gatunek zagrożony

lament 2

W ostatnim wpisie Zgred zamieścił kostyczne* wynurzenia Macieja Maleńczuka, który podzielił się w wywiadzie swoim marzeniem o Polsce, w której chciałby żyć:

….oczytanej, pośród inteligentnych ludzi, którzy dobrze mówią po polsku.

Zgred nie ma tak wygórowanych marzeń. Zgred chciałby żyć wśród ludzi, którzy jako tako piszą po polsku. Zgred namiętnie czytuje bowiem internetowe portale, w których brylują przedstawiciele polskiego Nowego Dziennikarstwa (New Journalism), bez kompleksów, bo zapewne po licencjackich (a może nawet magisterskich!) studiach dziennikarskich, jak najbardziej uczestniczący w kulturze, tyle że w wydaniu współczesnym, czyli są oblatani w filmach i serialach. Z czytaniem u nich natomiast słabo, a jakoś tak jest, że ten, kto nie czyta, ten bardzo się z językiem polskim mocuje. Oto cytat z artykułu z ONETU sprzed kilku tygodni:

Przedziwna sytuacja wydarzyła się podczas koncertu TOPtrendy w 2007 r. Pierwsze miejsce, czyli krążek, który Polacy kupowali wtedy najchętniej, zajął album „Psauterz Wrześniowy”. 

Pal sześć ortografię, ale dobrze by było, żeby owi Nowi Dziennikarze rozumieli polszczyznę, którą się posługują. Zgred czasem nie wydzierży, i jak czyta, że

…politycy pokłócili się o rzędy dusz (też ONET),

rząd dusz

to nawet, jako znany upierdliwiec, poprosi w komentarzu Nowego Dziennikarza czy Nową Dziennikarkę, który/-a pewnie Dziady nawet oglądał/-a w telewizji o sprawdzenie, o co tam właściwie z tymi duszami chodziło… Ale na ogół mu się nie chce, bo zmiany w języku są jak współczesna wędrówka ludów: nie da się ich zatrzymać, a kto wierzy, że się da, ten kiep.

Tak więc chyba trzeba się przyzwyczaić, że wskutek takiej, a nie innej jakości narodowego wykształcenia słowa będą używane niezgodnie z ich znaczeniem tak często, że w końcu to znaczenie zmienią. Tak jak czasownik przyznać, który dla Nowych Dziennikarzy oznacza to samo, co „oświadczyć”, czy „stwierdzić”: Prezydent przyznał, że nie może się spotkać z kanclerz Merkel. Musimy się także pogodzić z tym, że nowe rządy się formułuje, że wskutek intensywnego pożyczania z języka angielskiego w zaskakujących (na razie) sportowych kontekstach pojawiają się w polszczyźnie słowa takie jak konferencja; a o tym, że molestowanie wcale nie oznacza(ło) narzucanych drugiej osobie awansów natury seksualnej pamiętają już tylko tacy zgrzybiali osobnicy, jak Zgred.

Osobnym zjawiskiem jest intensywne ociosywanie gramatyki polskiej, by była łatwiejsza w użyciu.

Dziś rano Zgred usłyszał w radio reklamę, rozpoczynającą się od słów Obecnie wiele matek ma problem, żeby pójść z dzieckiem do przychodni. Że co?

O nieszczęsnej półtorej i zaniku czasu zaprzeszłego i wcale nie subtelnych rozróżnień między powinien a powinien był Zgred już przynudzał; ostatnio fascynuje go coraz szersze użycie przyimka na, nie tylko w zwrotach typu na obiekcie czy na stołówce, bo to od dawna polski standard, ale także w z lubością używanym przez wywiadowanych parlamentarzystów zwrocie na klubie.

No, ale czas wrócić do meritum, czyli do wyzywanego nagminnie od wykształciuchów polskiego inteligenta.

Jest to osobnik coraz rzadziej występujący w przyrodzie. Za czasów słusznie minionych mówiono jeszcze o inteligencji jako warstwie społecznej; odkąd jednak odkryto, że polskie społeczeństwo jest klasowe, mowa jest tylko o klasie – ludowej i średniej, bo jesteśmy na dorobku i wyższej się jeszcze nie dochrapaliśmy**. W klasie średniej na wspomnianą inteligencję miejsca jednak nie ma, bo tu kryterium jest dochód, a z tym u inteligencji różnie bywa:

Co więc czyni z człowieka inteligenta? Jak już ustalono w poprzednim odcinku tego miniserialu, wykształcenie od dawna nie ma tu nic do rzeczy, a inteligentem wcale nie musi być ten, kto za takiego uchodzi.

Co więc czyni z człowieka inteligenta? Czytanie i związane z nim: orientacja we współczesnym świecie, wrażliwość, zdolność do refleksji, racjonalność, dystans do zachowań stadnych i poczucie odpowiedzialności – za siebie, innych i miejsce, w którym żyje. W największym skrócie.

A Maleńczuk? Można się z niego podśmiechiwać, że się każe fotografować na tle książek, ale ma do tego prawo, bo to inteligent pełną gębą. O czym wie każdy, kto zetknął się z jego „Cantigas de Santa Maria”.


* Niemodny już przymiotnik, ale można kogoś nim postraszyć w towarzystwie.

**Zgred proponuje, żeby roboczo do klasy wyższej zaliczyć każdego, kto w Polsce jeździ Bentleyem.

Inteligent hybrydowy

Tempora mutantur,  et nos mutamur in illis, mawiali starożytni. Nie przewidzieli jednak niesamowitego przyspieszenia, które funduje czasom szeroko rozumiany liberalizm w połączeniu z rewolucją informatyczną. Nos mutamur in illis? Nie wszyscy.

W słusznie minionym PRL-u tzw. decydenci żywili naiwną wiarę, że społeczeństwo w swojej masie da się dźwignąć na wyższy poziom kultury, maltretowali je zatem Teatrem Telewizji, Pegazem, przysłowiowym już Kabaretem Starszych Panów, czy Festiwalem Piosenki w Opolu, w którym – jak widać z perspektywy czasu, sporo było propozycji na bardzo przyzwoitym poziomie artystycznym.

W latach 90-tych okazało się, że społeczeństwo, o dziwo, w znacznej części życzy sobie czegoś zupełnie innego. Do głosu doszła kultura dyskotek w remizach strażackich, proponujących zupełnie nowy sound, czyli muzykę znaną jako „disco polo”. Zachodnie koncerny weszły na rynek z propozycją zupełnie innej prasy niż dotychczasowa, siermiężna prasa partyjna. Przećwiczywszy u siebie dużo wcześniej tabloidy, na pewniaka wdarły się z nimi do naszych kiosków, nie przejmując się, że jakaś Katarzyna B. może wskutek którejś ich publikacji utracić cześć.

Ludzie, jak to się dziś elegancko mówi, o „niewielkim kapitale kulturowym”, w komunizmie wbrew oficjalnym hasłom zahukani i marginalizowani, nareszcie dostali też swoją telewizję, nie brzydzącą się owego disco polo, pokazującą to, co najprzedniejsze, a więc amerykańskie filmy i seriale (a także wybrane polskie, jak ten o czterech dzielnych mieszkańcach czołgu i ich sympatycznym sierściuchu), co więcej, dającą im możliwość oglądania tam samych siebie! Big Brother uzmysłowił im oto, że każdy z nich może się pojawić w szklanym okienku, każdy może mieć swoje warholowskie pięć minut sławy. Owi widzowie pchają się więc do TV na wyprzódki, gotowi pojednać się tam na wizji z wyrzuconą niegdyś z domu córką, lub opowiedzieć wszystkim  o swoich skłonnościach, niegdyś uznawanych za wstydliwe.

Wspomniany Big Brother dokonał jeszcze jednego: skutecznie zakwestionował ogólnie przyjęte dotąd  w ludzkich umysłach połączenie „praca-wynagrodzenie”. Oto okazało się, że ciężkie pieniądze można dostać za samo bycie, ewentualnie za wysłanie w stosownym momencie na stosowny numer stosownego SMS-a. Ale to odrębny temat.

Polacy w swojej masie przystosowali się do nowej rzeczywistości zdumiewająco szybko. Za zmieniającymi się czasami nie nadążył, co już nieraz odnotowano, tylko polski inteligent. W poprzednim, niesłusznym systemie nie było mu najgorzej; musiał co prawda knuć przeciwko komunie i trochę biedował, ale jego wysoka pozycja społeczna nie była specjalnie kwestionowana. Szczycił się znajomością trudno dostępnych pozycji literackich, bywał tam, gdzie wypadało bywać i gdzie spotykał równych sobie. Oglądał kino moralnego niepokoju. Tzw. społeczno-kulturalna prasa kwitła i wyćwiczony w pojmowaniu aluzji mędrek zawsze znalazł w niej coś smacznego dla siebie.

Ostanie 20 lat to zmierzch tradycyjnego polskiego inteligenta. Przygięty do ziemi natłokiem informacji, której nie potrafi przesortować, przytłoczony dostępnością wszystkich możliwych pozycji literackich i filmowych, zmuszany do obcowania z nowinkami technicznymi on, który niegdyś szczycił się byciem „humanistą” i kontestował współczesne gadżety, sam się, jak to się obecnie mówi, wykluczył. Jest w głębokim odwrocie. Nie znający języków obcych, ale za to pielęgnujący piękną polszczyznę, słysząc dookoła „tą książkę” zamiast „tę książkę”, „oboje” zamiast „obaj”, czy zestawienia typu „półtorej miesiąca”, zasłaniając uszy wycofał się do swojej wieży z kości słoniowej w bloku, pełnej zakurzonych książek i analogowych płyt z operowymi ariami, skąd z przerażeniem śledzi ów nowy, coraz mniej zrozumiały dla niego świat nowych technologii i nowych ludzi.

W tym nowego typu inteligentów, dla których sugerowałbym nazwę „inteligenci hybrydowi”.

Inteligent hybrydowy, bo czerpie swój napęd zarówno z kultury tzw. „wysokiej”, jak i „niskiej”. Ma wyższe wykształcenie (choć niekoniecznie uniwersyteckie), śledzi w TV swoje dwa ulubione seriale (w tym „Doktora House’a”), ale też chadza do kina – i to nie tylko na najbardziej kasowe pozycje, od prasy tabloidowej trzyma się z dala, czasem przeczyta jakąś głośną książkę, chociaż preferuje formy krótsze, jak blog. Nie rozstaje się ze swoim laptopem. E-mailu nie używa do pisania listów, tylko wiadomości. Zdarza mu się trafić na koncert muzyki poważnej, mówi mu coś nazwisko Polański, ale nieco lepiej orientuje się kim jest, jak to się niekiedy elegancko określa, „pani Doda”. Czytuje wybraną prasę tygodniową. Snobując się, wzorem dawnych inteligentów, na wspomnianych ludzi o „niewielkim kapitale kulturowym” (jak to swego czasu czynił literat M.N.) mówi takim samym jak oni, mocno uproszczonym, za to bardzo wyrazistym  językiem, ale za to – w odróżnieniu od nich  rozumie w 90 % język wiadomości TV i gadających tam głów. Ze swadą mówi po angielsku. Zżyma się na „puszczane przez polityków ogniste bąki”, jak to zręcznie określił Andrzej Stasiuk, ale w odróżnieniu od gardzących polityką pięknoduchów z dawnych czasów, pasjonuje się nią, i nie przebierając w słowach daje temu wyraz w internetowych komentarzach. Słowem, w nowych czasach czuje się jak ryba w wodzie.

Z dawnego typu inteligentem, linearnie postrzegającej świat sierocie po Gutenbergu, on, wychowany na kulturze obrazkowej, nie czuje wielkiego powinowactwa.

Do „rządu dusz” nie pretenduje.