Ponad miesiąc temu Zgred pozwolił sobie wygłosić mały pean na cześć tego zagrożonego gatunku – polskiego inteligenta.
Życzliwi donieśli, że wpis ten spowodował w pewnych kręgach ożywioną dyskusję na temat współczesnej inteligencji, w której przewijał się wątek powszechnie znanych postaci z tytułami profesorskimi, w opinii dyskutujących (szkoda, że nie na forum ogólnym, ale ta platforma ponoć bardzo to utrudnia) absolutnie nie zasługujących na miano inteligentów.
Zgred kilkakroć już wypowiadał się na ten temat, dowodząc, że także w kwestii intelektu tzw. rozkład normalny jest nieubłagany i podzbiór „profesorowie” niczym się nie różni od podzbioru „hodowcy królików”: jest w nim – w dużym uproszczeniu – niewielu osobników prawdziwie mądrych, duża liczba mieszczących się w przedziale między przeciętnymi i miernotami, oraz pewna, niewielka liczba skończonych durniów.
W dyskusji przywoływano, w kontekście negatywnym, Panią Profesor Pawłowicz; Zgred nie ma kompetencji, żeby ocenić jej mądrość, może jedynie ze zdziwieniem zauważyć, że Rzeczona nie ma wykształconego nawyku poprawnego użycia spacji w interpunkcji, powszechnie przecież występującego u dużo piszących naukowczyń i naukowców:
Władysław Bartoszewski miał dość kompaktową definicję inteligenta:
Ale Zgred, doceniając i nie ujmując tej definicji prawdziwości, uważa, że jest ciut niekompletna.
I nie chodzi o kryterium wykształcenia, które przy definiowaniu inteligencji podkreślano od zawsze, bo sprawa jest kontrowersyjna.
Więcej o tym niżej.
A w ogóle jak się wydaje, w młodym pokoleniu, tak długo się utrzymujący fetysz wyższego wykształcenia zanika:
(GTA to komputerowa napierdalanka, a „mody” to wymyślone przez użytkowników modyfikacje gry)
Podobno dzisiejszy inteligent, to nie to samo, co inteligent „za komuny”. Jakiś czas temu ukazała się, i bez echa przeszła, pewna książka,
a w jej recenzji Maria Fredro Boniecka napisała co następuje:
To pamiętnik przedstawiciela inteligencji, czyli ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat nadawali polskiemu życiu styl, charme i smak. W III RP przepadli na lichych emeryturach albo dołączyli do tzw. klasy średniej, lepszej na dzisiejsze czasy, lecz od tamtej inteligencji odległej o lata świetlne lub plan Balcerowicza. Tak czy siak, czytać warto. Gdyż, w zależności od punktu widzenia, to (…) świadectwo czasów. Można utyskiwać, lecz my wszyscy z tych czasów, chcemy czy nie chcemy.
Zgred uważa, że inteligent faktycznie się zmienił, ale przecież szczątkowo istnieje nadal; postanowił zatem wsadzić kij w mrowisko i – zapewne obrażając niektórych PT Czytelników – podjąć próbę jego arbitralnego (i absolutnie subiektywnego) zdefiniowania poprzez stosunek do różnych… no właśnie, czego? Przejawów kultury? I nie obejdzie się tu bez delikatnego klasizmu, sorry.
Inteligent a wykształcenie. Konieczne nie jest, ale pomaga. Maturę dobrze jest mieć, najlepiej przedwojenną. Ważna jest ciekawość – tego wszystkiego, co jesteśmy w stanie ogarnąć naszym niedoskonałym umysłem. Dla Zgreda np. ideałem humanisty jest oświecony dyletant, i ma nadzieję, że jemu samemu udało się ten poziom osiągnąć.
Wiara w to, że wykształcenie wyższe zrobi z kogoś inteligenta, jest złudzeniem.
Studia są przereklamowane, zwłaszcza w Kraju Nadwiślańskim, gdzie uniwersytetów coraz więcej i coraz podlejszych.
Inteligent a pieniądze. Z tym słabo. Nastojaszczego inteligenta, który doszedł do fortuny, ze świecą szukać – nie ta formacja umysłowa. Finansowy spryt i zapobiegliwość, krótko mówiąc łeb do interesów, u inteligenta występuje nader rzadko. Bo inteligent to generalnie niedojda. Może już nie klepie biedy jak ci przed wojną,
ale daleki od tego nie jest. Nadwyżek nie ma. Jak coś ma, zaraz przeputa na podróże zagraniczne. Macie większą szansę natknąć się na niego w Sienie czy innym Paryżu, niż w Zakopanem, Mielnie, czy Hurgadzie.
Inteligent a język. Inteligent o niego dba. Pracuje nad nim ustawicznie. Z uporem godnym lepszej sprawy używa zaimka „tę”. W końcówkach wybrzmiewają u niego nosówki. Wie, że „bynajmniej” używane jest tylko w zdaniach z przeczeniem*, a już na pewno nie użyje „bynajmniej” zamiast „przynajmniej”; wie, że to „opór” ma być najmniejszy, a nie „linia”; no i ta nieszczęsna „półtora”…
Każdy z PT Czytelników może tu wpisać własne przykłady.
Inteligent-polityk (rara avis, ale w polskiej przyrodzie też występujący) zaś wie, że rząd się „formuje”, a nie „formułuje”; że nie jest się „na klubie”, tylko „na posiedzeniu klubu” itp. itd.
Inteligent ogranicza swoje użycie wyrazów niecenzuralnych, bo nie chce, żeby mu się zdewaluowały. Są jednak sytuacje, a niektórzy mówią, że nawet czasy, w których bez przeklinania ujechać się nie da; eliminacja może możliwa nie jest, но стремится к этому надо, jak w tym ruskim porzekadle.
Inteligent toczy ustawiczną walkę z ubożeniem języka, mając świadomość jej beznadziejności, ale uważając ją za kwestię honoru. Pewnie dlatego, że jak jego krewny – dżentelmen – nawykowo broni przegranych spraw.
Inteligent a książki. Inteligent je nie tylko kupuje, ale też je czyta (audiobooki uważa za zło konieczne), często kompulsywnie,
jak Iga Świątek tu:
Nie muszą to być książki aktualnie w modzie. Zgred aktualnie poleca np. Czas drogi Patricka Leigh Fermora. A Ty, Czytelniku, czy znasz klasykę? Colasa Breugnon Rollanda, na przykład? Tak, Colasa Breugnon?
Inteligent a kino. Naturalny habitat inteligenta to co prawda kina studyjne, ale nie samą niszą inteligent żyje. Więc ogląda chętnie filmy Wesa Andersona, Linklatera, czy Menzla, ale co, na nowego Bonda miałby nie iść? Albo ma udawać, że nie abonuje Netfliksa? Gońcie się.
Inteligent a moda. Ma do niej stosunek podejrzliwy. Słabo się jej poddaje. Wie, że to, co aktualnie modne, nigdy nie jest prawdziwie eleganckie. Ceni sobie to, co klasyczne, tzn. to, co się sprawdziło w ostatnich 100 latach.
Inteligent a muzyka. W klasycznej ma orientację co najmniej bardzo ogólną, a nawet upodobanie do konkretnej epoki lub kompozytora. Nie wyłącza radia, kiedy słyszy Szopena, a w wydaniu bardziej zaawansowanym dość szybko odróżni Koncert e-moll od Koncertu f-moll.
W muzyce rozrywkowej bez trudu odróżnia produkt czysto medialny od prawdziwego talentu. Boleje nad zalewem utworów niekoniecznych i tęskni do czasów sprzed Davida Bowie, w których bez talentu nijak nie dało się zrobić kariery.
Inteligent a sztuka. Jak w muzyce: w sztuce ma orientację co najmniej bardzo ogólną, a nawet upodobanie do konkretnej epoki lub malarza/rzeźbiarza/instalatora. Często lubi np. Łempicką,
Albo Dudę-Gracza
ale się do tego nie przyznaje, bo nie wypada. W wydaniu naprawdę hardcorowym pasjonuje się kropkami, ciapkami i mazami:
A to ma tytuł „Untitled”. Naprawdę???
Inteligent a sport. Interesuje się, ale rzadko uprawia. Jest większe prawdopodobieństwo, że kręci go tenis i siatkówka, niż koszykówka, ale jak reprezentacja kraju w piłce kopanej po raz kolejny daje ciała, nader chętnie przyłącza się do sarkastycznych komentarzy.
Inteligent a smak. De gustibus … i tak dalej, wiadomo, ale u inteligenta odruchowo występuje tendencja do szerokiego zastosowania kryterium estetycznego, także np. w stosunku do polityki i polityków, zgodnie zresztą z zaleceniami Herberta. Zbigniewa, nie George’a.
Inteligent a sztuczna inteligencja, inaczej AI:
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.