w blokach

kopana a siatkowa

Takie tam

gatunek zagrożony

danse macabre

Jakiś czas temu przysłano Zgredowi, bez słowa komentarza, plik z poniższym  zdjęciem:

Zgred poddał rzeczoną fotografię wnikliwym oględzinom. Pierwsze wrażenie było takie, że mamy oto do czynienia z klasycznym zdjęciem z urlopu na greckiej wyspie, gdzie ceprom w ramach rozrywki w przerwach między taplaniem się w basenie, popijaniem cienkich drinków i spożywaniem śródziemnomorskich specjałów serwuje się występ lokalnego zespołu folklorystycznego,

który następnie zachęca zgromadzonych do powtórzenia figur swojego tańca i czerpie satysfakcję z ich pociesznych podrygów.

Rychło jednak Zgred pojął, że sprawa jest bardziej złożona i postawił hipotezę, że mamy do czynienia z tańcem rytualnym z elementami transcendentalnymi. Ku tej hipotezie skłoniła go analiza wyglądu postaci oznaczonych numerami „1” i „6”:

Zwłaszcza zaś dobrze odżywionego osobnika w luźnej szacie, wykonującego figurę z lewej strony kadru. Jak się wydaje, osobnik ów ma pewną wprawę we wchodzeniu w trans; w jego fizys widoczna jest błogość, sugerująca, że osiągnął on stan flow. Także osobnik skrajnie prawy wydaje się być bliski osiągnięcia kontaktu z absolutem.

Zupełnie inaczej zachowują się postacie  oznaczone numerami „2”, „3” i „4”. Jak się wydaje, zupełnie nie pojęły one sensu rytuału, i gładko weszły w tryb imieninowo-weselny. W ich gestykulacji widać pewną lekkość, wynikającą z wielokrotnego udziału w imprezach towarzyskich. Nr 3 to nawet wygląda na zawodowego wodzireja.

Dziwny niepokój Zgreda wzbudziła postać oznaczona nr „5”, która wyraźnie nie wpasowuje się ani w tryb transcendentny, ani imieninowo-weselny. Zgred obawia się, że starszy pan został tu doprowadzony pod przymusem i nie bardzo orientuje się w otaczającej go rzeczywistości. Czy nie powinny się tym zainteresować odpowiednie służby?

granfalon itp.

Zgred przeprasza PT Czytelników za większą niż zwykle przerwę we wpisach; na ogół starał się wrzucać coś co dwa tygodnie,  (ang. fortnight, polskie dwutydzionek), ale nagromadziło się powodów doczesnych, które zmusiły Zgreda do zlezienia z wieży z kości słoniowej i interweniowania, translokacji etc. No i nie wydolił. Teraz też miało być co innego, ale z braku mocy przerobowych u Zgreda PT Czytelnicy muszą zadowolić się cytatami z ludzi od niego mądrzejszych:

W teoriach psycho-socjologicznych zagościł też termin granfalon, zapożyczony z eseistyki i epiki Kurta Vonneguta.

Oznacza silną identyfikację z grupą, której nic nie spaja poza tym, że sama przynależność do niej jest źródłem ponętnych fruktów psychicznych: poczucia wyjątkowości, wyższości moralnej (jesteśmy ci ostatni prawi w zepsutym świecie) i intelektualnej (tylko my znamy prawdę). Zwalnia ono z wszelkich psychicznie niekomfortowych dylematów.

Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego propagandowej armii bez wątpienia udała się toporna, ale brutalnie konsekwentna operacja zbudowania owej sekty – granfalonu. Pozycja wodza sięgająca kultu (cóż, że nachalnie aranżowanego), chroniczne poczucie zagrożenia ze strony coraz to nowych wrogów, manichejska, spiskowa teoria funkcjonowania świata, martyrologiczna polityka historyczna, a ponad wszystko – chroniczne poczucie krzywdy.

Ono działa bardzo specyficznie, bardzo zbliża ludzi, również w relacji polityk – wyborca (może nie jest bez wad, ale jest tak samo lekceważony i spychany na margines jak ja).

Bardzo wiele osób przynależnych do tej sekty granfalonu – więcej niż średnio w społeczeństwie – cechuje pewna dyspozycja psychologiczna. Tu nie chodzi o temperament, osobowość, mówiąc potocznie, charakter i jego zaburzenia. To orientacja na dominację społeczną (z ang. SDO – social domination orientation). Oznacza ona pewien agregat stale zainstalowany w umyśle, polegający na przekonaniu, że zawsze i wszędzie obowiązuje hierarchia, a manifestacja bezwzględnej władzy (urzędnika nad petentem, ekspedienta nad klientem, szefa nad podwładnym, państwa nad obywatelem) oraz okazywanie podległości temu, kto tę władzę ma, należą do natury świata*.

Taki pogląd pociąga za sobą rozumienie demokracji jako niepodzielnych rządów większości nad mniejszościami, wyższości woli (ludu, suwerena) nad prawem i „sprawiedliwy” podział dóbr, a nie np. trójpodział władzy. Silne SDO w danym społeczeństwie oznacza większe przyzwolenie na autorytaryzm.

[…] Ucząc swych zwolenników czy raczej poddanych owego SDO, rządzący zaszczepili im pewna chytrość retoryczną. Kiedy próbujesz dyskusji, używasz racjonalnych argumentów, racjonalnego opisu rzeczywistości, słyszysz:

  1. To nieprawda (kłamstwo, manipulacja, propaganda)
  2. A oni byli jeszcze gorsi (też kradli, oszukiwali, dzielili łupy między swoich)
  3. To atak na tradycyjne wartości (na Kościół, na rodzinę)

Tego rodzaju triki należą do standardowego arsenału walki politycznej, ale na froncie, w politycznym teatrze stosowane są przeważnie z cynicznym rozmysłem. W masowym użyciu ryglują dostęp do umysłów.

Ewa Wilk, POLITYKA)

A teraz gombrowiczowsko, z innej beczki, aczkolwiek nie całkiem:

Najsroższy człowiek w Polsce, którego życie polega na przeczeniu własnej śmieszności, jest kompletnie i w każdym sensie śmieszny. Od rana do wieczora. Wystarczy przez chwilę w ową perswazję, że jest poważny i srogi, nie wierzyć.

I co?

Jest bardzo śmieszny.

[…] Śmieszność nie wyklucza straszności […] Słowem, jest i straszno, i śmieszno właśnie**. A im straszniej, tym śmieszniej.

(Stanisław Mancewicz, Tygodnik Powszechny)

——————————————————————————————-

* Dokładnie to wdrukowuje ludziom prawosławie. Dlatego człowiek Zachodu tak bardzo nie może zrozumieć Ruskiego.

** Это как  тигра ебать

zryw

Niedziela 4. czerwca była słoneczna i ciepła, nic więc dziwnego, że warszawiacy tłumnie wybrali się z dziećmi do ZOO i cierpliwie stali w długiej kolejce po bilety:

Poza tymi, naturalnie, którzy zdecydowali się dzień święty święcić i pojechali metrem na mszę o 12:00 w kościele Sióstr Wizytek do na Krakowskim Przedmieściu:

Żarty żartami, ale to był chyba już ostatni taki zryw polskiej inteligencji, która od lat nie mogła zrozumieć, co się w tym kraju dzieje:

O biedna polska inteligencjo, w PRL-u stojąca w kolejkach po książki czy bilety do DKF-ów i zawsze przez władzę traktowana podejrzliwie;

inteligencjo w latach 90-tych rzucona na głęboką wodę kapitalizmu (w wulgarnej wersji zza Wielkiej Wody) i wydymana przez banki, bo uwierzyła, że może w miarę bezboleśnie poprawić swoje siermiężne warunki życiowe, nie rozumiejąc drobnego druku i brutalnych praw tegoż kapitalizmu (a tu ZONK!); inteligencjo, w ostatnich latach zarządzana przez tych, którzy opanowali jego podstawową zasadę zgarniania ku sobie wraz ze sztuką manipulowania przekazami nie wymagającymi znajomości trudnej sztuki myślenia; inteligencjo, stale martwiąca się o los Polski;

inteligencjo z Europą w sercu, której już wydawało się, że jesteśmy oto wreszcie bezpiecznie osadzeni w głównym nurcie Zachodu i nie pojmującą fundowanego nam bezrozumnego parcia na Wschód; inteligencjo …

Kłaniam ci się głęboko, bądź pozdrowiona!

Wysysanie jajka

No więc władza wybrana przez naród na jego podobieństwo zrobiła kolejny krok w postulowanym onegdaj przez Zgreda marszu ku Wschodowi.

Właściwie robienie wydmuszki

z państwa, w którym zostawia się skorupkę w postaci wszelkich instytucji przypisanych do systemu demokratycznego, ale wysysa się z nich białko i żółtko, ma w Kraju Przywiślańskim pewną tradycję. Ćwiczono tę sztuczkę już w II Rzeczpospolitej, idealizowanej przez lata komuny i dalej niekiedy uważanej za wzorzec metra,

pomijając jej ciemne sprawki, takie jak jak uzbrojeni oficerowie w Sejmie, procesy brzeskie i Bereza.

„Nie ucz babci wysysać jajka”, powiadają Anglosasi,

co najwyraźniej stosuje się też do Dziadka i dziadka.

Sztuczkę, o której mowa doprowadziła do perfekcji putinowska Rosja, gdzie przecież też jest Duma, bardzo nowoczesna, i niezależne sądy…

Władza wybrana przez naród na jego podobieństwo ma jeszcze w Przywiślańskim Kraju to i owo w zanadrzu. Wciąż nierozegrana jest karta ukraińska, czyli wykorzystanie zainstalowanego w ludzkim genomie niczym w NATOwskich samolotach systemu „swój-obcy” i przyzwolenie na atak na Obcych, jeżeli to się politycznie opłaci. A przygotowanie artyleryjskie w Internetach, gdzie na „ukrów” leje się hejt, trwa już od pewnego czasu. Ostatnio balon próbny wypuścił MSZ. A młodzi, sfrustrowani mężczyźni już w blokach:

No cóż, historia lubi się powtarzać. Pamiętacie Państwo „Kabaret”?

Zgreda wykład historyczny

Dawno, dawno temu był sobie król. Król, jak to król: knuł, wojował, puszczał z dymem, wycinał w pień i chędożył na potęgę. Ten konkretny miał bodaj osiemnaścioro pociech o których wiadomo, z pięć żon (w tym jedną 13-latkę) i nieokreśloną liczbę konkubin.

Nazywał się Charlemagne, po naszemu Karol Wielki. Po ojcu Pepinie zwanym Krótkim odziedziczył spore królestwo Franków, ale nie miał zamiaru na nim poprzestać: miał wizję odtworzenia cesarstwa rzymskiego, które było sparciało i w końcu rozsypało się kilkaset lat wcześniej. A ponieważ był twardzielem i miał dużo szczęścia, wyzionął ducha już jako cesarz, de facto pierwszy władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego.

Jego państwem była wtedy prawie cała Zachodnia Europa. Na stowarzyszenie z Cesarstwem załapali się Czesi i Morawianie, co zrozumiałe, a także NRD-owcy i, psim swędem, Chorwaci z Serbami. My, dzikie ludy dalej na wschód pozostaliśmy poza Imperium. Tak zresztą jak południowi Włosi. Przypadek? Północy Karol też wolał nie ruszać, bo na Półwyspie i na Wyspach rządzili inni bogowie i Wikingowie robili rozpierduchę.

Ekskluzywny karoliński klub może już wtedy coś przeczuwał? Nie, to nie tak, że już wtedy nas spisali na straty. Jednemu z następców Karola, Ottonowi, marzyło się dalsze rozszerzenie Imperium.

Odwiedził zatem wodza świeżych chrześcijan na wschód od NRD i tutejszemu watażce włożył ponoć na głowę jakąś zapasową koronę, którą zawsze brał ze sobą w podróż.

Dał mu też kopię świętej włóczni*. Drugą taką dał wodzowi Madziarów, ale i tamtym specjalnie to nie pomogło.

(W ogóle to Ottonowi jako Niemcowi przyświecał pewnie w tym wszystkim jakiś niecny cel; jeszcze nie wiadomo jaki, ale IPN na pewno kiedyś odkryje stosowne kwity.)

Lepiszczem Imperium była chrześcijaństwo; w kraju nad Wisłą się co prawda nigdy do końca nie przyjęło, ale tutejszy ludek jak pelikan łyknął show rzymskiego kościoła: złote hafty, kielichy i to okadzanie naprawdę robiły wrażenie.

W XVI wieku karolińska Europa dzięki zawadiace z Wittenbergi  w tej mądrzejszej części zrzuciła z siebie ten dławiący ją ciężki, haftowany złotem ornat, pogoniła funkcjonariuszy rzymskich, wybrała osobistą rozmowę z Panem Bogiem i jej rozwój ruszył z kopyta; Najstarsza Córa Kościoła się ociągała i ćwierć milenium  później zapłaciła za to lejąca się z gilotyny juchą.

My tu nad Wisłą w r. 1555 mieliśmy naszą szansę, ówczesna inteligencja (tzn. światlejsza szlachta) na sejmie w Piotrkowie prosiła króla, żeby rozważył podobną transformację, ale na tronie mieliśmy wtedy depresyjnego miękiszona w żałobie, a ten to olał.

To wtedy mniej więcej zapatrzyliśmy się na Wschód, pokochaliśmy te luźne, kryjące brzucho szaty, zdobne guzy, kutasy, wyszywane złotem pasy, futrzane czapy z piórami etc. My, szlachta – bo nie wiedzieć czemu to z nią się utożsamiamy, my w większości potomkowie pańszczyźnianego chłopstwa traktowanego jak zwierzęta.

Rozwój karolińskiej Europy jeszcze przyspieszył wskutek Oświecenia; do kraju nad Wisłą dotarło ono jednak tak rozwodnione, że praktycznie starczyło na oświecenie jednostek i generalnie słabo się przyjęło.

Następnie wskutek tego naszą zacofaną ojczyznę przeputaliśmy, psim swędem 150 lat później odzyskaliśmy, ale panująca już powszechnie w karolińskiej Europie demokracja, jako produkt obcego nam Oświecenia też się u nas słabo przyjęła.

Mimo to Zachodnia Europa nas jak ta matka marnotrawnego syna-alkoholika przytuliła i ma teraz z nami kłopot; bo czyż matka może spodziewać się wdzięczności od syna-alkoholika? Bo w nas, proszę Państwa, wciąż siedzi ten Wschód. I tak trwamy, rozpięci między nim a karolińskim Zachodem.

Nie ma co się oszukiwać, proszę Państwa. Lud polski chyba też zrozumiał, że ten tak zwany „turecki” (nomen omen) szpagat, który uprawiamy, zbyt jest bolesny, żebyśmy mogli trwać w nim wiecznie, i dokonał już wyboru.

No bo na ch. nam cała ta Europa, panie? Tylko nas wyzyskują, niewolników z nas chcą zrobić, wolności pozbawić. A najgorsi to ci Niemcy, panie. Cały czas kombinują, jak by nam Wrocław i Szczecin odebrać. A myśmy komunizm obalili!

Teraz robale nam każą jeść. Samochody nam zabrać chcą, gady. A pedalstwo jakie harde tam! Dżendery wszystkim w głowach mącą. Baba to baba, chłop to chłop i tyle! Słyszała pani, co ksiądz w kazaniu ostatnio powiedział? Papieża naszego jeszcze się czepiają!

Że co, że ci, co rządzą, kradną? No kradną. Ale się dzielą. Nasi są, gęby mają takie swojskie. Kombinują? No może. A kto nie kombinuje? A jak ma władzę, to i zarobić swoje musi. Zawsze tak było, jest i będzie. Niech żyje Polska i wysoko wzlatuje nasz Orzeł Biały!

—————————————————————————————————————————————

*jak widać procederu produkcji kopii co bardziej wziętych relikwii nie wymyślili święci mężowie z Częstochowy.

rodzaje nostalgii

W Przywiślańskim Kraju mnożą się malkontenci. Zgred nieustannie słyszy utyskiwania na władzę legalnie wybraną przez suwerena, i to dwakroć. Ostatnio oburzają się na to, że w pokojach hotelowych owa władza zainstalowała kamery, czy na to, że pozwoliła przedsiębiorczym przedsiębiorcom opylić tu na lewo ukraińską pszenicę przeznaczoną dla Afryki. Jakby to były jakieś afery… Bo według malkontentów afera goni u nas aferę, a z praworządności to już, kurde, nic nie zostało. Gdyby ludzie naprawdę uważali, że praworządność jest zagrożona, to wyszliby chyba na ulicę, jak w filii Europy na Bliskim Wschodzie,

a przecie nie wychodzą! W ogóle to przesada, że jest u nas tak źle. Są w Europie kraje, gdzie jest gorzej, na przykład ten, w którym rządzi były kierownik sowchozu. Nie mówiąc już o niektórych krajach w Ameryce Południowej!

Zgred zaobserwował ostatnio u malkontentów dwie nowe, ciekawe postawy: eskapistycznie-nostalgiczną, egzemplifikowaną przez filozofa Hartmana,

A przecież mi żal… eleganckich, pięknie ubranych ludzi, mądrych rozmów, prowadzonych językiem dalekim od ulicznego, odrobiny szarmancji, klasy, uprzejmości nieprzechodzącej na ty w pierwszym wypowiedzianym zdaniu, napiwku dla szatniarza, ukłonów i skinięć głowy, francuskich słówek, gracji i dowcipu niekoniecznie zrozumiałego dla wszystkich wokół. Erudycji i kultury, które są czymś trochę mniej i trochę więcej niż fachowość. Och, czy naprawdę dla demokracji i sprawiedliwości było absolutnie niezbędne, aby tak w obyczaju wszystko ze szczętem zluzować, wyrównać, sprowadzić do form najprostszych i jednolitych, dostępnych dla każdego, lecz odartych z wdzięku i bardziej subtelnej kultury?

i nostalgicznie-wkurwioną, egzemplifikowaną przez aktora Żebrowskiego:

… ktoś mi podmienił mój kraj. Nie znam takiego kraju i nie wiem, gdzie się podział ten, który znałem. Inteligencki, ambitny, uśmiechnięty, tolerancyjny, aspirujący, kulturalny, ciężko pracujący kraj, który zadziwiał świat tempem zmian, pokojowym stylem przemian, pokojowym wyprowadzeniem Armii Czerwonej, wejściem do NATO, do UE, organizacją mistrzostw Europy w piłce nożnej, stworzeniem WOŚP. Przecież byliśmy z tego dumni. Czy dzisiaj ktoś by nas zaprosił do UE? Nie sądzę. Przecież nie chcieliśmy być drugimi Węgrami. Przecież dzisiejsze chamstwo i złodziejstwo w życiu publicznym nie tylko jest akceptowane przez ogromną część społeczeństwa, ale nawet w duchu popierane. Wsparte zawłaszczonymi mediami narodowymi. Popierane pod hasłem „OK, kradniemy. Ale dla Polski. I mamy na to pozwolenie”.

Na szczęście jednak od czasu do czasu znajdzie się ktoś, kto o dzisiejszej Polszcze myśli ożywczo i jednoznacznie pozytywnie, jak  dziennikarz Sroczyński:

żyjemy w czasach przełomowych dla Europy i jako kraj frontowy nadzorowany przez USA jesteśmy zbyt istotni, żeby pozwolono nam utonąć w pieniactwie i paranojach. Przed II wojną światową podobny rozkład państwa i degrengolada klasy politycznej doprowadziły do tragedii, teraz w zasadzie nie znaczą nic. Polskiej gospodarki ani PiS ani żaden inny rząd nie rozłoży, bowiem większy wpływ ma na nią koniunktura w Niemczech czy Chinach oraz nieprawdopodobna elastyczność polskich firm, niż Sejm, Glapiński, czy którekolwiek z ministerstw, a jeśli chodzi o nasze bezpieczeństwo – ono zależy wyłącznie od Stanów, a nie tego, kto u nas rządzi i jakie rzeczy wygaduje na forum międzynarodowym. Polska polityka w pewnym sensie nie istnieje, toksycznym sporem skazała się na niebyt i nieważność, geopolityczna wielka zmiana jedynie przesuwa się przed oczami naszych polityków, którzy udają w tym wszystkim własną podmiotowość karczemnym sporem, bo nie mają żadnego innego pomysłu. Sytuacja międzynarodowa uczyniła z Polski kraj zarządzany przez geopolitykę, a nie lokalne elity i czasem można pomyśleć, że to dobrze.