o inteligencji, tej sztucznej

Widmo krąży po Europie – widmo sztucznej inteligencji. Ach, to europocentryczne myślenie… Po świecie ono krąży, po świecie. Najpierw, jak wszystko od pewnego czasu, pojawiło się ono w Nowym Świecie, potem na Nowym Świecie (chwilowo w Europie), a teraz dotarło nawet do Trzeciego. I strach, że Ona nas kiedyś wykończy.

Stała się rzecz bez precedensu: Oto grupa mądrali ze strasznym dzieckiem Muskiem na czele, ale także m.in. ze Stefanem Woźniakiem od Apple, klerkiem Hararim i tysiącem innych tęgich głów w składzie (zapewne wszyscy, co do jednego, czytelnicy Myśliciela z Krakowa, a właściwie ze Lwowa),

zaapelowała o wzięcie na wstrzymanie, bo emanacja AI, czyli tzw. ChatGPT, naprawdę tych gości ciężko przestraszył. Zassał tyle ludzkiej wiedzy i to z każdej dziedziny, że potrafi udzielić sensownej odpowiedzi na najbardziej złożone pytania. Siedzi tam jak taka obżarta ropucha

która cud, że jeszcze się nie rozpękła, i prawie wszystko wie, a wkrótce będzie wiedziała wszystko. Więc powstał popłoch, bo ona nie tylko wszystko wie, ale wszystko potrafi lepiej niż człowiek. Strach padł na wszystkich, żeby dać przykład sfer artystycznych, bo Ona wygeneruje np. każdy obraz,

każdą fotografię, każdy gatunek literacki na każdy zadany temat, w każdym zadanym stylu znacznie lepiej niż ten czy inny gryzipiórek czy inszy pacykarz. Nie mówiąc o tym, że wypracowania uczniom już pisze. Rozpacz.

Oczywiście apel mądrali spali na panewce (o co z tą panewką chodzi Zgred już tłumaczył w którymś poście), lub – alternatywnie rzecz ujmując – mogą go sobie w dupę wsadzić, bo Chińczyk, który najlepiej wie, jak na swój wzór świat urządzić,

a sprytny jest nad podziw, ochoczo z możliwości AI skorzysta i w końcu przejmie cały ten zachodni sklepik. Albo raczej to, co z niego zostanie.

Ostatnio w Polityce spytano różne tęgie naukowe głowy jak przekonać AI (symbolizowaną przez komputer HAL9000 z Odysei Kosmicznej),

że ludzkość jest warta ocalenia. Na ogół mądrale rzucali bzdurne romantyczne pomysły, żeby jako przykłady ludzkiego geniuszu i niezastąpialności podsunąć jej np. różne utwory muzyczne, od Bacha poprzez Szostakowicza do Milesa Davisa, albo obrazy, np. „Mleczarkę” Vermeera

i tylko jedna osoba, Susan Blackomore, udzieliła odpowiedzi, zdaniem Zgreda, jedynej sensownej:

Kwestionuję wasze pytanie. Ludzka kreatywność nie jest mierzalna w funtach, dolarach czy rupiach, ale nie jest mierzalna także nasza chciwość, urojenia czy niszczycielstwo. Dzięki naszej zdolności do troski, odczuwania, naśladowania i rozmnażania, uwolniliśmy niezwykłą kulturę, która pozwala nam niszczyć naszą własną planetę. I gdybyśmy przybyli na inne planety, je również byśmy zniszczyli. Być może HAL – bez swojej umiejętności oddychania, odczuwania, kierowanego prawami płci ciała i niezdolny do powielania się – miałby więcej rozumu niż my. Potrafiłby dojrzeć, że dla dobra reszty wszechświata najlepiej byłoby nas wyłączyć.

refleksje różne

No, dosyć tego rozmemłania i pławienia się w jakiejś podejrzanej poezji i dziwacznym malarstwie.

Jak PT Czytelnicy wiedzą, Zgred, kiedy nie chce mu się samemu za dużo kombinować,  czasem rzuca im na pożarcie garść cytatów z mądrzejszych od niego. Proszę się nie bać, dziś będą tylko dwa:

… na całym Zachodzie ten typ polityki, do jakiego przywykliśmy, jest niedostosowany do nowych czasów. Posłowie, parlamenty, tryb podejmowania decyzji – to z epoki, której już nie ma. Rewolucja internetowa zmieniła wszystko. Przychodzi agresja Rosji na Ukrainę i w ciągu tygodnia przez świat przetacza się tsunami, które Jacek Dukaj nazywa transmisją emocji. Przez obrazy, memy, pod wpływem powszechnego ludu międzypaństwowego rządy zmieniają politykę o 180 stopni, a globalne korporacje swoje strategie. Wchodzi na scenę nowy podmiot polityczny, na co dzień ukryty. Państwa są coraz słabsze, systemy przedstawicielskie ułomne, politycy na dole rankingów zaufania. Ten nowy podmiot wymaga innej polityki, innego systemu przedstawicielskiego. System wymyślony w drugiej połowie XIX wieku i utrwalony po II wojnie jako istota systemu demokratycznego przestaje działać. Nadchodzi nowe.

To był Bartłomiej Sienkiewicz z wywiadu z D. Subbotko, w wysokiej formie.

Bartłomieja Zgred bardzo sobie ceni, ale tylko wtedy, kiedy rzeczonego nic nie wyprowadzi z równowagi, bo wkurw powoduje u niego całkowitą utratę obiektywności i w jego wypowiedzi wkrada się wtedy chaos. Ale to, co mówi, jak jest w formie, powoduje czasem, że cierpnie skóra.

Drugi cytat jest ze św. Tomasza z Akwinu. Zgred usiłuje się do tej jego modlitwy stosować, ale słabo mu to wychodzi.

Panie, […] zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. […] Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca kilku przyjaciół. Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i dodaj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. […] Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być święty, ale zgryźliwi starcy to jedno ze szczytowych osiągnięć szatana.

Owa modlitwa pochodzi jakoby z grobu św. Tomasza w Tuluzie,

ale fact checking odkrywa bezlitosną prawdę: to apokryf. A szkoda.

Poza cytatami będzie też celebrycka tabela, chociaż dawno już nieaktualna w kwestii przynależności do klubów, bo piłkarze to ludek mobilny, stale wędrujący za chlebem,

MiejscePiłkarzKlubRoczna pensja (brutto)
1.Kylian MbappeParis Saint-Germain93 mln euro
2.NeymarParis Saint-Germain49 mln euro
3.Lionel MessiParis Saint-Germain40,5 mln euro
4.Gareth BaleReal Madryt34 mln euro
5.Cristiano RonaldoManchester United31,5 mln euro
Eden HazardReal Madryt30 mln euro
7.Kevin De BruyneManchester City24,7 mln euro
8.Karim BenzemaReal Madryt24 mln euro
9.David De GeaManchester United23,3 mln euro
10.Sergio BusquetsFC Barcelona23 mln euro
Robert LewandowskiBayern Monachium23 mln euro

ale przecie dająca jakieś pojęcie rodzicom nieletnich dzieci, którzy zastanawiają się, na jakie to dodatkowe zajęcia swoją pociechę płci męskiej zacząć wozić.

A tymczasem w Polsce…

Lud góralski, co prawda nizinny, ale uzbrojony w sztandary i ciupagi, najpierw się zbiera,

a potem maszeruje w obronie bezwzględnej, niepodważalnej, całkowitej i niekwestionowanej świętości jedynego prawdziwego i prawowitego papieża, jaki był, znaczy się Jana Pawła II.

pięknoduch i barbarzyńcy

Zgredowi nie chce się dziś komentować rzeczywistości, bo znów skrzeczy jak stadko kruków krążące nad padliną. Woli eskapistycznie wrócić do wywołanego w poprzednim wpisie, niedocenianego – zdaniem Zgreda – polskiego poety. Chorego na Polskę, ale przecie Europejczyka, dzięki swojemu darowi, oczytaniu i szerokim horyzontom głębiej niż Zgred i – niczego nikomu nie ujmując –Ty, Czytelniku, sięgającego tam, gdzie źródła współczesnej Europy.

Tak jak tu poniżej, gdzie Kaczmarski pisze o innym, rzymskim poecie, wygnańcu, absurdalnej ofierze intryg czy też polityki. Aż dziw, że o tym wygnaniu nie zrobił filmu reżyser Misji i Vatela Roland Joffé.

Za to moment tego wygnania namalował, w swoim jakże – że Zgred posłuży się banałem – wyprzedzającym epokę stylu, podziwiany onegdaj przez Zgreda i M-lle w National Gallery niezwykły malarz, Turner. Obraz ten, Ovid banished from Rome, nie jest tak znany jak Rain, steam and speed, czy też The Fighting Temeraire tugged to her last berth to be broken up. Dlaczego nie jest? Ano dlatego, że nie wisi ani w Londynie, ani w Paryżu, tylko kisi się w jakiejś prywatnej kolekcji.

Widzimy tu nieistniejące, bajkowe Wieczne Miasto, wyglądające jak CGI, utopione w oślepiającym zachodzie słońca i gdzieś tam maleńkie ludzkie figurki, z których jedna chyba usiłuje wyrwać się wlekącym ją żołdakom. Czy to wygnany poeta? Tego nie wiemy i nigdy się nie dowiemy.

A wiersz o nim autorstwa Kaczmarskiego, to pieśń o tęsknocie, zgorzknieniu i nadciągającej starości. Enjoy.

Cóż, że pięknie, gdy obco – kiedyś tu będzie Rumunia
Obmywana przez fale morza, co stanie się Czarne.
Barbarzyńcy w kożuchach zmienią się w naród ambitny,
Pod Kolumną Trajana zajmując się drobnym handlem.

Umrę, patrząc z tęsknotą na niedostrzegalne szczyty
Siedmiu wzgórz, które człowiek zamienił w Wieczne Miasto,
Skąd przez kraje podbite, z rąk do rąk – niepiśmiennych
Iść będzie i nie dojdzie pismo Augusta z łaską.

Nie ma tu z kim rozmawiać, zwój wierszy wart każdej ceny.
Ciała kobiet ciekawych brane pośpiesznie, bez kunsztu
I bez szeptów bezwiednych – chłoną, nie dając nic w zamian,
Białe nasienie Imperium w owcą pachnącym łóżku.

Z dala od dworu i tłumu – cóż to za cena wygnania?
Mówiłem wszak sam – nad poezją władza nie może mieć władzy.
Cyrku w pustelnię zamiana spokój jednak odbiera,
Bo pyszniej drażnić Cesarza niż kupcom za opał kadzić.

Rzymu mego kolumny! Wróg z murów was powydziera
I tylko we mnie zostanie czysty wasz grecki rodowód…
Na nim jednym się wspieram tu, gdzie nie wiedzą – co Grecja,
Z szacunkiem śmiejąc się z czci, jaką oddaję słowu.

Sen, jedzenie, gra w kości do bólu w schylonych plecach,
Wiersz od ręki pisany dla tych, którym starczy – co mają.
Piękna tu nikt nie obieca, za piękno płaci się złotem.
Pojąłem, tworząc tu, jak z Ariadny powstaje pająk:

Na pajęczynie wyrazów – barwy, zapachy i dotyk,
Łąki, pałace i ludzie – drżący Rzym mojej duszy –
Geometria pamięci przodków wyzbyta brzydoty,
Zwierciadło żywej harmonii diamentowych okruszyn.

Stoją nade mną tubylcy pachnący czosnkiem i czuję,
Jak zmieniam się w list do Stolicy, który nikogo nie wzrusza.
Kiedyś tu będzie Rumunia, Morze – już Czarne – faluje
I glebą pieśni się staje ciało i świat Owidiusza.

Owidiusza na wygnaniu, Ovide chez les Scythes, namalował także Delacroix, ale ten obraz, zgodzicie się chyba, chluby mu nie przynosi:

Tak w Londynie życie płynie

Jest w Londynie na Placu Trafalgarskim kościół.

Kościół jak kościół, ale z jednej rzeczy słynie: to tam narodziła się słynna Akademia Neville’a Marrinera. Jeśli Czytelniku zgłodniejesz, zejdź do tamtejszej krypty, bo w niej możesz zjeść co prawda niezbyt dobry i niezbyt tani lunch, ale za to bez czekania. Oczywiście, jeśli Ci nie przeszkadza, że Twój stolik stoi na czyjejś nagrobnej płycie.

Spod stołu Zgreda i M-lle na przykład, o pamięć prosił „Mr. Charles Adlard, który opuścił ten padół 9 lutego 1825, w dziewiętnastym roku życia, po kilkudniowej chorobie”.

Nawet jeśli jesteś, Czytelniku, młody i wciąż jeszcze nieśmiertelny, na chwilę może się nad Karolem zadumasz. Ale cóż, jego już nie ma, a Ty jesteś, a Londyn czeka! Więc wychodzisz, Czytelniku, na Plac, a tu a must, Galeria Narodowa. Wchodzisz i prędzej, czy później wylądujesz na ciut dłużej przed tym wielgachnym obrazem Holbeina, bo Holbein  przecież wielkim malarzem był.

Nie jest to chyba jego najwyższe osiągnięcie, w porównaniu na przykład z namalowanym rok wcześniej wizerunkiem gdańskiego kupca Georga Gisze, ale jest jego pewnie najbardziej intrygującym portretem. Stoją tu dumnie dwaj goście, ubrani kosztownie, zwłaszcza ten z lewej, bo temu z prawej, jako duchownemu, nie wypadało (ale spokojnie, tej swojej szuby też w Szmateksie nie kupił). Akurat ich twarze Holbeina chyba na tyle nie zaciekawiły, żeby nadać im jakiś indywidualny rys, więc jako sumienny rzemieślnik zrekompensował im to bogactwem klamotów, rupieci oraz gratów, z których każdy coś znaczył, każdy o czymś miał świadczyć.

Na przykład zażyczyli sobie, żeby odnotować ich młody wiek, bo przecież byli dumni, że, jak mówią Amerykanie, osiągnęli sukces. Wiek tego z lewej, de Denteville’a, wypisany jest na złotej pochewce jego sztyletu,

A wiek klechy, de Selve’a,  na książce, o którą się opiera:

Może ci goście byli parą (fi donc!), a może po prostu uznali, że we dwóch wyjdzie im taniej?  Two for the price of one? Może to sknerstwo żabojadów rozeźliło Hansa i na koniec zepsuł im ten kosztowny przecież obstalunek jakimś dziwnym, do niczego nie podobnym, sterczącym jak na weselu obiektem? Kiedy Zgred zobaczył ten obraz po raz pierwszy, a było to tak dawno, że najstarsi ludzie tego nie pamiętają, z boku z prawej strony na parkiecie namalowane było czerwone kółko, w którym trzeba było stanąć, żeby zobaczyć, co Hans tam ukrył. Teraz go nie ma i z powodu zielonego sznurka wymaga to niejakiego odchylenia od pionu.

Więc najpierw ten biedny Karol, a teraz to, znów Memento. Aha, ten z lewej, poseł, dożył jednakowoż sędziwego wieku lat 51, temu z prawej stan duchowny chyba nie służył,  bo zszedł osiem lat po spotkaniu z Holbeinem w Londynie.

I jak tu, stojąc przed owym dubeltowym portretem Francuzów  nie pomyśleć o świętej pamięci Jacku Kaczmarskim, który robi za przebrzmiałego barda przebrzmiałej styropianowej Solidarności,  a jako wielki poeta dopiero kiedyś, kiedyś zostanie doceniony…

Jeszcze pod ręką globus – z taką mapą świata / Na jaką stać strategię, plany i marzenia,

Jeszcze insygnia władzy, sobolowa szata / Gęsty, trefiony włos i ręki gest bez drżenia…

Jeszcze w zasięgu dłoni zegar – jeszcze wcześnie / Pewności siebie ruch wskazówki nie odbiera,

Wzrok – lustro duszy – widzi wszystko nawet we śnie / Któremu spokój niesie Cyfra i Litera.

Tyle zrobili już, jak na swe młode lata / Ulega dziejów wosk ich nieomylnym śladom –

To Georges de Selve – obiecujący dyplomata / I Jean de Dinteville – francuski ambasador.

Dyskretny przepych – tylko echem dostojeństwa / Turecki dywan, włoska lutnia – znak obycia.

W milczących ustach bezwzględnego smak zwycięstwa / W postawach – wielkość – osiągnięta już za życia.

Ciężka kotara obu wspiera tym – co kryje. / Patrzą przed siebie śmiało, pewni swoich racji,

Wszak dyplomacja włada wszystkim dziś – co żyje / A oni – kwiat szesnastowiecznej dyplomacji!

Nie wiedzą, co to ból, co dżuma, albo katar./ Zachciankom wielkich – świat uczyni zawsze zadość…

To Georges de Selve – obiecujący dyplomata… /  Jean de Dinteville – francuski ambasador.

Lecz w nastrojonej lutni nagle struna pęka / I żółkną brzegi kart w otwartej wiedzy księdze

Za krucyfiksem błądzi mimowolnie ręka / Strzałka zegara iść zaczyna coraz prędzej!

Straszliwy kształt przed nimi zjawia się w pół kroku / I niszczy spokój – czy artysta się wygłupia?

Nie, to nie żart! Na kształt ten trzeba spojrzeć z boku! / Żeby zobaczyć jasno, że to czaszka trupia

Byli – i nie ma ich, ach – cóż za wielka strata! / Jak nazywali się? Któż dzisiaj tego świadom?

Ach! Georges de Selve! Obiecujący dyplomata… / Ach! Jean de Dinteville, francuski ambasador…

bracia czescy

Nie, tym razem nie będzie o tamtych Czechach, o których Państwo, Zgred ma nadzieję, pomyśleliście:

Kiedy emerytowany generał (wojska, nie naszej Ochotniczej Straży Pożarnej) Petr Pavel rozpoczął w Czechach swoją kampanię prezydencką, zadano mu kilka klasycznych pytań, z tych, które zadane polskim politykom powodują, że niebożęta martwieją, myślą intensywnie jak by się tu nikomu nie narazić (a zwłaszcza komuś w mieście pierników) i bardzo ważą słowa, a czasem się wiją jako te piskorze. No więc co generał odpowiedział?

Śluby dla par homoseksualnych i adopcja przez nie dzieci? 

– Jako prezydent podpiszę taką ustawę.

Eutanazja? 

– Tak jak każdemu życzę godnego życia, tak myślę, że każdy ma prawo do godnego odejścia. Przynajmniej ja chciałbym to prawo.

Zaostrzenie prawa do aborcji? 

– Nie. Możliwość aborcji uznaję za prawo kobiet do decydowania o własnym ciele.

Legalizacja marihuany? 

– Nie popieram klasycznego modelu prohibicji, ale dostępność marihuany musi być ściśle kontrolowana i uwarunkowana jasnymi i egzekwowalnymi zasadami.

I, PROSZĘ PAŃSTWA, TEN GOŚĆ WYGRAŁ WYBORY! Mолодцы, Czesi!

Bo Pavel się po prostu nie boi. W r. 1992 na czele plutonu Czechów służących w ramach UNPROFOR w Jugosławii wyciągnął spod ognia Chorwatów i  Serbów 53 żołnierzy francuskich, w tym kilku już rannych. W tej samej wojnie, w której trzy lata później batalion Holendrów bez wystrzału pozwolił Serbom wymordować  300 bośniackich muzułmanów w Srebrenicy.

Nawiasem mówiąc Pavel dostał za to później od Francuzów i nie byle co, bo Croix de Guerre i, oczywiście, Legię Honorową.

Bracia Czesi, jak wy to robicie? Macie tam jaką niezamieszkałą wieżę z kości słoniowej, albo chociaż niewielki zameczek?

I jeszcze, drań, wygląda jak prezydent!

Lukas Kabon / Anadolu Agency/ABACAPRESS.COM

A tymczasem w Polsce…

ze wsi i ze świata

Jak się zapewne PT Czytelnicy domyślili, Zgredowa wieża z kości słoniowej stoi na wsi, bo kto by chciał ją sobie budować w mieście, gdzie ludzkość tak hałasuje? O wsi wyraził się następująco Pan Jan, świętej już pamięci:

– Fajne jest na wsi to, że można się odlać w krzaki albo gdzieś pod drzewem. To jest dla mnie wolność. Jestem człowiekiem, który stara się żyć bez prądu. Nie przeglądam internetu. Nie wysyłam SMS-ów. W tej wsi ludzie długo nie chcieli mieć asfaltu. Bali się, że będą jeździć samochody i motory – kury im zabijać, hałasować, smrodzić. To było urocze. Marzy mi się wieś tylko z polnymi drogami. Staram się mieć teraz jak najmniej kontaktów z żywym światem.

Zgred zawsze Mu zazdraszczał, gdyż sam wciąż nie może się uwolnić od Internetów i SMS-ów. Wieś Zgreda co prawda wyasfaltowana jak się patrzy, ale jest dość spoko, bo powietrze czyste i tylko w niektóre dni, zależnie od wiatru, jest w nim delikatna świńska nuta. A to dlatego, że w okolicznych obejściach występuje Wielka Biała Polska:

Sielskość wsi Zgreda ostatnio jest mocno atoli zagrożona, bo w okolicznym lesie, tak jak w całym Przywiślańskim Kraju odbywa się Wielkie Rżnięcie:

Powiadają, że to wielkie zamówienie eksportowe od Finlandii. Ale przynajmniej jest spokój, bo w tym, co z lasu zostało (i gdzie aktualnie nie ma Rżnięcia) można spacerować bez obawy, że człowiek napotka jakąś dziką zwierzynę. No i można się w krzaki albo gdzieś pod drzewem.

A tymczasem w Słowenii…

Straszne, sepleniące dziecko europejskiego lewactwa

wypowiedziało się w sposób następujący;

Jesteśmy dominującym gatunkiem na stosunkowo małej planecie, rozwijającym swoją cywilizację w kierunku wielu różnych form samozniszczenia (zburzona równowaga ekologiczna, jądrowa samozagłada, rewolta społeczna na skalę całej planety…), nie wspominając już o lokalnych przejawach głupoty, takich jak obecna „politycznie poprawna” lewica, która zamiast pracować na rzecz szerokiej solidarności społecznej, piętnuje nawet potencjalnych sojuszników, stosując purystyczne kryteria pseudomoralności, wszędzie węsząc seksizm i rasizm, wszędzie znajdując nowych wrogów.

No, Sławoj, grubo. Idziesz, bracie, pod prąd.

A tymczasem w Polsce…

W miejscowości Gębarzowo, a dokładniej w miejscowym ZK, zdesperowani klawisze uznali, że bez interwencji Królowej Polski już sobie ze swoim, nie bójmy się tego słowa pierdlem, przez ADHD Pana Zbyszka pękającym w szwach, nie poradzą. Więc zamówili sobie kopię MB Częstochowskiej, co by się gorąco pomodlić. Zgred nie może sobie odmówić zamieszczenia fragmentu reportażu (Fot. ks. R. Malewicz, kl. J. Sucharski / archidiecezja.pl), bo to w końcu dobry przykład:

I co? I kopia już zaczęła pomagać! Oto Pan Mateusz, wyczulony na to, co w polskiej trawie piszczy, opowiedział się za wprowadzeniem kary śmierci. W końcu kiedyś była, i komu to przeszkadzało?

Więc jest nadzieja na rozgęszczenie polskich Zakładów Karnych. Trzeba się modlić, i tyle!

No, ale zawsze znajdą się malkontenci.

kulturalny kontent

Zgred od dawna już podejrzewał, że uprawianie kultury w Przywiślańskim Kraju od dawna już nie polega na kontemplowaniu Vermeera, czytaniu Stendhala i słuchaniu Schmelzera, że gdzieś tworzony jest zupełnie lokalny kulturalny kontent, bo my co prawda papugą narodów, ale to sroce spod ogona nie wypadliśmy i może gdzieś u nas uzdolnieni Rodacy warzą jaką pożywną duchową strawę (w końcu daliśmy światu bigos).

Postanowił więc Zgred ów kontent znaleźć, zanim zupełnie w tej swojej wieży zgnuśnieje i pajęczyną zarośnie. Klnąc przeto i pomstując zlazł z niej, co było dość wyczerpujące ze względu na znaczną ilość stopni,

i udał się tam, gdzie – jak zgadywał – takowy kontent najłatwiej będzie znaleźć. Podejrzewając, że szukać należy raczej w świecie Zuckerberga niż Gutenberga, odpalił komputer i wszedł w uniwersum YOUTUBE, bo słyszał, że prawdziwa action jest teraz tam właśnie. I była, jak najbardziej.

Zaczęło się niewinnie: oto okazało się, że wywiadowanie celebrytów w jadącym samochodzie, skopiowane u nas z angielskiego bodaj formatu i funkcjonujące od lat jako ONET RANO, ma swój krakowski odpowiednik, który zaczął się zapewne jako parodia warszawskiego, ale już przynosi kierowcy, Panu Filipowi, spory dochód. Wywiadowani wożeni są tu złotym małym fiatem (stąd tytuł „Duży w Maluchu”) i wskutek wstrząsów są nieco rozmyci i nieco się jąkają.

Ale to było tylko zabawne preludium. Bo później ku swojemu zdumieniu Zgred odkrył, że faceci, których znał jako kompetentnych i błyskotliwych komentatorów sportowych

i politycznych

w telewizji, w radio i w popularnych portalach wiadomościowych, są w nich jeno incydentalnie, bo ich prawdziwe życie jest gdzie indziej. I bynajmniej nie ogranicza się do sportu i polityki.

Wiecie Państwo, ilu Rodaków obejrzało odcinek tzw. „Hejt Parku” (wypustka „Kanału Sportowego”), w którym bohaterem jest nieznany Zgredowi bliżej Pan Kajman? 10 000 000.

Zgred żyje już długo i niejedno widział i słyszał, ale uwierzcie Państwo, tam bywa naprawdę GRUBO. Zwłaszcza językowo, gdy goszczeni są tzw. standuperzy, a jeszcze bardziej, kiedy do programu dzwonią rozochoceni Rodacy raczej nie będący członkami PAN-u.

Na koniec tej kwerendy, mocno już oszołomiony Zgred niejako pobocznie dowiedział się, że istnieje w tym katolickim kraju popularne radio o nazwie newonce.net (rodzime, nie dajcie się zwieść skądinąd zgrabnej nazwie), w którym swój tzw. podkast mają dwie tzw. pracownice seksualne, i że ów tzw. podkast ma tytuł „Dwie dupy o dupie”…

I pomyślał sobie Zgred, że time to die, i udał się z powrotem do swojej wieży (która zdążyła już mocno podupaść), ryzykując, że nadmiar wrażeń może spowodować jego exitus już na wysokości pierwszego piętra.

klientela

Słysząc i widząc w mediach określenia „ludzie Morawieckiego”, czy „ludzie Ziobry” Zgred zawsze się zastanawia, skąd owi „ludzie” się biorą. Bo że istnieją, to fakt stary jak świat. Zjawisko fachowo określane jest jako „klientelizm”.

I tu Zgred pójdzie w poprzek złych opinii na temat Wikipedii częstokroć wyrażanych w kręgach Akademii, bo Zgred jest Wikipedii entuzjastą. Nie bezkrytycznym i nie zawsze tej polskiej, bo tam, gdzie może, niepatriotycznie korzysta chętnie z wersji zagranicznych, ale w przeciwieństwie do wielu uczonych Koleżanek i Kolegów, którzy wybrzydzają, ale po cichu korzystają, zawsze głosi chwałę tego błyskawicznie dostępnego źródła informacji. Więc je zacytuje:

Klientelizm – układ nieformalnych zależności typu ekonomicznopolitycznego, w ramach których wpływowy decydent polityczny (lub zasobny dysponent dóbr ekonomicznych) – (patron) roztacza opiekę nad osobą (lub grupą społeczną) – (klientela) w zamian za poparcie polityczne. Zjawisko klientelizmu jest powszechnie uznawane za formę patologii społecznej, ponieważ narusza formalne i oficjalne reguły gry politycznej i ekonomicznej. Powiązania typu klientelistycznego zaburzają prawidłowy (z punktu widzenia obowiązujących urządzeń i instytucji społeczno-politycznych) proces dystrybucji dóbr politycznych i ekonomicznych, doprowadzając do powstania „szarej strefy” nie podlegającej ogólnospołecznej kontroli. 

W najprostszym wydaniu mamy tu do czynienia z nepotyzmem (mało kto wie, że nepos to „wnuk”), szeroko znanym ze stosunków lokalnych

lub uczelnianych, gdzie podobno na wydziałach podobno prawa i podobno medycyny uświęcony jest podobno tradycją, ale na poziomie ogólnokrajowym nepotyzm jest ryzykowny, bo zawsze jakiś pismak powiązania rodzinne wygrzebie i tylko z tego kłopot.

No więc skąd biorą się „ludzie Morawieckiego”, „ludzie Ziobry” i innych prominentnych polityków, którzy czekają w kolejce do zupełnie przypadkowo wolnych posad? Czy zlatują się jak ów chyży rój

do każdego, kto może im coś załatwić? Zgred podejrzewa, że nie, że muszą to być ludzie sprawdzeni. Co najmniej koledzy i koleżanki ze studiów, jeszcze lepiej ze szkoły, a może nawet wierni druhowie (i druhenki) z dzieciństwa?

Tak więc drodzy rodzice, bacznie przyglądajcie się typom przywódczym już w przedszkolu Waszego Dziecka, bo może warto zainwestować w jego przyjaźń z kimś takim?

o krasnalach

W ostatnich dniach Kraj Przywiślański zalały niemieckie krasnale, wciskane nam, Polakom, przez niemieckojęzyczne supermarkety i nie tylko. Że niemieckie, od razu widać po czapkach. Stoją im, jakby czymś wypchane:

Tak, jakbyśmy nie mieli własnych krasnali. Wystarczy pojechać na Opolszczyznę i popatrzyć w ogródkach: do wyboru, do koloru.

No, te akurat jakieś może za bardzo tęczowe. Ale ten tu to wyraźnie rodzimy, nawet podpisany. I czapka mu obwisa, jak trzeba:

Tu to dopiero wyraźnie widać, który obcy, niemiecki, a który swojski, filut taki:

Czas skończyć z tym niemieckim imperializmem kulturowym!

Dziadek to zawsze mówił Beckowi, jak ten jeszcze za pułkownika biegał: Józuś, od Niemca i Ruskiego dystans równy trza trzymać”.

A my teraz już temu Niemcu w objęcia wpadli, już on nas poddusza… Na szczęście mamy Pana Antoniego i Pana Grzegorza, ci dystans do Ruskiego zmniejszają jak mogą, Niemcu nas z objęć w końcu wyrwą i niedługo będzie tak, jak chciał Dziadek.

Ruskie

Tych kilku stałych czytelników bloga Zgreda wie, że prędzej czy później przychodzi czas na cytaty z ludzi od niego kompetentniejszych. A kto może być kompetentniejszy w kwestii np. Ruskich od Wiktora Jerofiejewa, kiedy mówi:

….mamy przodków w imperium Dżyngis-Chana, niszczycieli innych cywilizacji. Ordyńcy opuścili zdobyty Bagdad, przed ich najazdem najwspanialsze miasto świata, kiedy nie mogli znieść smrodu odciętych głów układanych w wielometrowe piramidy. Wyrośliśmy ze Złotej Ordy, azjatyckiej cywilizacji zdobywców i krwawych morderców. Rosja nie ma innych tradycji państwowych jak despotia. Najważniejsze, by kochać cara, być posłusznym chanowi, to wtedy, rabie, może coś dostaniesz.

Weźmy nasze słowo „dacza”. Po angielsku to „country house”, po prostu domek na wsi. Ale „dacza”, marzenie Rosjanina, pochodzi od czasownika „dać”. Dobry, posłuszny niewolnik może coś dostać. Daje władza, car daje, czynownicy dają. Rosjanin modli się, żeby dostać, i żyje po to, by dostać. A jak ktoś daje, może odebrać.

Europa myśli, że istnieją reguły, jakieś prawo rzymskie, zasady. Wiadomo to od czasów antycznych, od początków cywilizacji judeochrześcijańskiej, śródziemnomorskiej, jakkolwiek ją nazwiemy. U nas rządzi obyczaj koczowników Złotej Ordy. Kiedy czambuły gnają przez step, życie nic nie znaczy, ani własne, ani cudze.

[…] Europejczycy uważają Rosję za cywilizowaną po europejsku, tylko czasami coś się w niej kitwasi. Całkiem spory kawałek Rosji leży w Europie, muzyka jest europejska, malarstwo, literatura. Ale Rosja nigdy Europą nie była, podobnie jak brytyjskie Indie nie były Anglią, choć mówią tam po angielsku. Nikt się temu nie dziwi, ludzie jeżdżą do Indii posmakować innej cywilizacji niż europejska. Tymczasem Rosja w waszej optyce musi być Europą. Z jakiej racji?

Z Rosją kłopot polega na tym, że jesteśmy biali, a nie ciemni jak Hindusi. Myślicie więc, że skoro jesteśmy biali i mieszkamy niedaleko, to jesteśmy Europejczykami. Od wieków okłamuje was kultura przyjęta przez 15 proc. Rosjan, która jest naprawdę wysoka i rzeczywiście europejska. Te kilkanaście procent poszło do łóżka z Europą. Ale reszta Rosjan uważa, że to zdziry, tylko przydatne, bo można się nimi chwalić, pokazywać jako najdoskonalszy wykwit cywilizacji. Jeśli potomek Złotej Ordy trafia do Europy, chce się kimś podeprzeć.

No to w takim razie ulubione zdziry Zgreda to dwaj panowie B:

A swoją drogą to Annuszka już rozlała olej, Władimirze Władimirowiczu.