Zainspirowany orzeczeniem jakiegoś
sądu, że porównanie tzw. „państwa Kaczyńskiego” do państwa mafijnego jest OK,
Zgred postanowił podzielić się z PT czytelnikami swoimi refleksjami na ten
temat zasadności owego porównania.
Wskutek prasowych doniesień o tzw. mafii pruszkowskiej czy wołomińskiej, większości ludzi słowo to kojarzy się z grupą dżentelmenów najwyraźniej ze smakiem objadających się proteinowymi odżywkami, którzy zarabiają na swój kawałek chleba forsownym nakłanianiem wybranych obywateli do dzielenia się z nimi środkami płatniczymi, ułatwianiem wybranym obywatelkom cielesnych kontaktów z płcią przeciwną na zasadach merkantylnych, wprowadzaniem do obrotu substancji niedozwolonych, dokonywaniem zaboru mienia w postaci pojazdów mechanicznych w kraju i za granicą itp. Wyobrażają sobie ją mniej więcej tak,
a jej wierchuszkę mniej więcej tak:
Czytelnicy Mario Puzo czy konsumenci
amerykańskiego kina wiedzą, że to organizm nieco bardziej wyrafinowany, historycznie
co prawda może wyglądający tak,
ale nieco później już tak:
I zajmujący się co prawda
pierwotnie tym, co wyżej wymieniono, ale później inwestujący w legalne interesy
na coraz większą skalę i raczej stroniący od polityki.
To wszystko oczywiście jest możliwe w krajach (albo co najmniej środowiskach) kategorii B, czyli katolickich, nauczonych i nie kwestionujących hierarchiczności, gdzie nakazy moralne od zawsze traktuje się elastycznie. Bo jak wiadomo, w krajach kategorii A, czyli czysto protestanckich, warunków do powstania tego typu relacji nie ma. Zgred, niezachwianie wierzący w zależność miedzy wyznaniem a mentalnością ludzi i społeczeństw twierdzi, że udany projekt państwa mafijnego, czyli z jednym tylko capo dei tutti capi pełniącym rolę jego głowy i całym aparacie kościelnym, medialnym, gospodarczym i państwowym mu podległym, może powstać jedynie w kraju kategorii C, czyli prawosławnym.
A co z tą Polską? – żeby zacytować klasyka. No właśnie. Nasz Prezes Tysiąclecia do zostania głową państwa dziwnie się nie kwapi. Kościół co prawda zblatowany, ale na przykład z mediami już gorzej – np. jednego właściciela stacji telewizyjnej udało się po dobroci przekonać, ale ten drugi wciąż pyszczy. Z całą resztą też nie najlepiej: Prezes pracuje nad aparatem państwa i „nowymi elitami ekonomicznymi” ale efekt jest słaby – co rusz wychodzi na jaw, że tam raczej drobni krętacze.
Taki Usmanow, Fridman, Wekselberg, Lisin, Mikelson, Tymczenko, Alekperow, czy Potanin to paniska, nastojaszczy oligarchowie, a nasi? Eh…
Z „nowymi elitami kulturalnymi” też ekipie Prezesa nie idzie najlepiej. Póki co, jedynym, zdaje się, osiągnięciem jest
Ten
wpis znów będzie się składał z cytatów, a właściwie z jednego, ale za to długaśnego
jak Mur Chiński. Oj, M-lle nie będzie zadowolona, bo uważa, że Zgred powinien „bardziej
się starać”. A niby dlaczego nie wolno cytować, skoro inni potrafią wyrazić coś
celniej, zgrabniej, bardziej błyskotliwie, albo chociaż zabawniej?
Tym
razem Zgred walnie tu przydługi cytat, bo jest pod silnym wrażeniem. Oto Wojewódzki
Jakub, przez wielu poufale nazywany Kubusiem, naczelny trefniś RP, jajcarz nad
jajcarze, skandalista, pracowicie budujący swoją legendę Don Juana (co on chce
ukryć?), postanowił powiedzieć coś swojej młodej publiczności NA POWAŻNIE. Jak ów
Wernyhora, wiedziony widać – jak tamten – rozpaczą nad nadciągającym upadkiem Rzeczpospolitej,
postanowił późnych nastolatków i dwudziestolatków+ ostrzec, apelując do ich obywatelskich sumień (zakładając, że takowe mają), robiąc wykład na temat demokracji i aktualnej sytuacji politycznej w Przywiślańskim Kraju.
Zgred
wyśmiewał się kiedyś we wpisie „Szpetota, obciach i Lamborghini”
z jego gustu (ten paskudny samochód w kolorze rzekotki drzewnej) i skłonności do anekdociarstwa w autobiografii, ale to, co Kubuś wydalił z siebie w emocjonalnym wpisie w tzw. medium społecznościowym, wprawiło go w zadziwienie, żeby nie powiedzieć, że mu ogromnie zaimponowało. Wow.
Zgred wątpi, czy elukubracje Kubusia skierowane do dzieci Zuckerberga trafią (tzn. czy sprawdzi się jako tzw. influencer nie tylko w kwestii paskudnego obuwia, które reklamuje na wizji), ale z solidarności pokoleniowej go wesprze i obficie zacytuje, chociaż przy Zgredzie Kubuś to właściwie szczyl…
fot. FremantleMedia -Wojtek Kurczewski
Mógłbym zacząć ten tekst od słów
– Polacy (niektórzy) – Już wiem, ile kosztują wasze żołądki; teraz, 13
października, dowiem się, ile kosztują wasze sumienia. Ale nie zacznę, bo zaraz
usłyszę
– Warszawka, elita, ferrari, TVN, resortowe dziecko, nie wie co to prawdziwe życie, bo 500+ zjada na lunch.
Poza wszystkim, dosyć mam takiej retoryki. Wiem jednak jedno. Prawdziwe życie, to także niebycie
ślepym i głuchym na coraz głośniejsze pytania. Może należę do pokolenia, dla
którego demokracja to pojęcie z kategorii idealizmu politycznego. Ale jak
śpiewał przed laty mój kolega z zespołu Raz, dwa, trzy – Trudno nie wierzyć w
nic…
Demokracja jest w ruchu. Ewoluuje i
zmienia oblicza. Składa się z wyborów i wątpliwości. Zadaje trudne pytania. Populizm jest miły dla ucha. Ona nie zawsze. W Polsce można by uznać,
wszyscy jesteśmy za demokracją. Tylko każdy za własną. Doświadczamy
ogólnoświatowego kryzysu demokracji, którą nazwałbym proceduralną. Widocznie
długie lata używania, zabrały jej pierwotną atrakcyjność. Winston Churchill
mawiał – Najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest krótka rozmowa z
przeciętnym wyborcą. Brutalne, ale i prawdziwe. Dlatego piszę do Was. Bo ciągle
uważam, że nie jesteście przeciętni.
W wyborach do Europarlamentu, w grupie wiekowej 18-29 blisko 70 procent z Was pokazało, że ma centralnie w dupie, jaką
twarz będzie miała nasza umęczona ojczyzna w Europie. W ostatnich
wyborach samorządowych 63 procent najmłodszych wyborców olało chęć
współdecydowania o swoim najbliższym otoczeniu. Ponad 3,5 miliona osób
zdezerterowało od zdecydowania, co im się podoba a, co nie, co ich wku*wia, a
co nie. Na ich własnym terenie, podwórku, ulicy. Ciekawe. Warto,
żebyście wiedzieli. Odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za to, co robimy, ale
także za to, czego nie robimy. Rzygam wszystkimi politykami, ale wiem swoje.
Demokracja to nie jest licencja na zabijanie przeciwników politycznych. To
świadoma sztuka rozłożenia rozczarowań, której złożony spektakl możemy
podziwiać od 1989 roku. Lekko licząc, jest Was blisko 5 milionów! Moglibyście zrobić w tym kraju wszystko. Jesteście najsilniejszą
„partią”, jaka się pojawiła od czasów pierwszej Solidarności.
Jak można nie wykorzystać takiej siły? To lenistwo, obojętność, konformizm czy
brak charakteru? Naród to coś więcej niż tylko klub konsumentów. W demokracji wolno głupcom i cwaniakom głosować, a więc wolno
głupcom i cwaniakom rządzić. To będzie, czy tego chcecie, czy nie,
także Wasza reprezentacja. Jeśli nosicie w duszach muzykę wolności, to ktoś wam
może do tej muzyki dopisać własne słowa. A one mogą być przerażające. Bo inni
pójdą na wybory jak po swoje. A to jest także i Wasze.
Podoba
Wam się to państwo, które dostajecie na co dzień? Wybierzcie je. Ja już przeżyłem parę lat w czasach
monopartii, więc sobie poradzę. Dajcie im mandat, niech
powołując się na głos suwerena, czują jego prawdziwą wolę. Nie podoba Wam się to państwo, które zdaniem
wielu Polaków jest konsekwentnie likwidowane w imię interesów jednej partii?
Pokażcie to. Zamanifestujcie swój sprzeciw gospodarza. A nie
postawę olewającego wszystko sublokatora. Pamiętajcie. Ludzie, którzy głosują
na nieudaczników, złodziei, oszustów i krętaczy nie są ich ofiarami. Są ich
wspólnikami. Bez względu na polityczne logo. Może znaczna część Waszego
narodowego ducha od słowa wolność woli słowo porządek. Zatem pokażcie to. Potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z
najsilniejszych motywacji ludzkich. Często bywa skłócona z
potrzebą wolności. Czujecie się bezpieczni? Zamanifestujcie to.
Zadacie
mi pytanie, czy Was rozumiem. Niestety muszę powiedzieć, że tak. Wcześniej czy później każdy polityk zaczyna
traktować państwo jak łup. Media pokazujące polityków zaczęły
zamieniać się w kabaretowy wrestling, a charyzma wielu z nich ma dynamikę
wędrującego lądolodu. Oni są jednak tylko pośrednikami. Odwracając się plecami od nich, odwracacie się
plecami o swej przyszłości. Milczenie, gdy trzeba protestować,
uważam za tchórzostwo. Najogólniej rzecz biorąc, nasze społeczeństwo składa się
z „prawicowych zje*ów wiernych Bogu i ojczyźnie” oraz
„lewackiego bydła i podludzi”. Z czego prosto wynika, że ja jestem
poza społeczeństwem. A Wy?
[Na
koncercie Podsiadły i Hemingwaya] 60 tysięcy młodych ludzi tworzyło
2-godzinną wspólnotę pod wielką Polską flagą. Miałem łzy w oczach. Bo także
taki może być ten nasz patriotyzm. Mały, lokalny, codzienny. Pokazaliście, jak
wielką moc kulturotwórczą ma Wasze pokolenie. Dalej macie tę moc. We wspólnych
sprawach także. I niczym memento na nadchodzące dni
wybrzmiały słowa tekstu piosenki zespołu Bajm, którą Dawid wykonał – Co mi Panie
dasz, w ten niepewny czas? Jakie słowa ukołyszą moją duszę, moją przyszłość na
tę resztę lat… Dziś te słowa zależą od Was.
Na zakończenie zadedykuję Wam zdanie, które wiele lat temu
napisała do mnie Moja Wielka Miłość, gdy przestaliśmy być razem – Nie zgadzam
się na twoją nieobecność.
Ten
wpis jest w zasadzie na życzenie przyjaciela, który powiedział Zgredowi, że
najbardziej lubi jego wpisy „te takie językowe”. Zgred nie bardzo wie, o co
przyjacielowi chodziło, ale wpis będzie o języku. I pełen starczego zgredzenia.
Jak
wiadomo, wszyscy Polacy, poza tym, że są „jedną rodziną” (aczkolwiek silnie
dysfunkcyjną), znają się na futbolu, a pomału także na języku angielskim. Do
tego stopnia, że mądrale odpowiedzialni za dystrybucję filmów nie tłumaczą już
ich tytułów. Być może wciąż mają traumę po The Sting (Przekręt),
pokazywanym jako „Żądło”, może po wtopie z
ale bardziej prawdopodobne jest to, że dokonują projekcji swojego własnego środowiska, obytego z anglosaską kinematografią, na ogół polskich widzów, albo mają dość powszechne złudzenie, że angielski tytuł kryje w sobie głębsze znaczenie niż by miał polski. Tak czy owak od pewnego czasu oglądamy Pulp Fiction, Quantum of Solace (obowiązkowo „solejs”), Avengers, czy ostatnio Parasite. Niekiedy polski tytuł dodawany jest do oryginalnego – „Głębia”-The Abyss, a niekiedy odwrotnie – Body/„Ciało” – tu zapewne chodziło o przydanie filmowi „Ciało” głębi (Abyss).
Ciekawe zjawisko Zgred zaobserwował ostatnio u żurnalisty Węglarczyka Bartosza, wielkiego miłośnika filmów, który ogłosił ostatnio, że filmem jego życia jest Great Beauty. Dał w ten sposób do zrozumienia, że oglądał ten film w Ameryce i nigdy nie zadał sobie trudu, żeby dowiedzieć się, jaki tytuł włoski film La Grande Bellezza miał w Polsce.
Tłumaczenie angielskich manieryzmów na polski stało się najpierw domeną sfer muzycznych – wszędzie wtykane, irytujące „wiesz” (you know), a ostatnio politycznych – np. „na koniec dnia” (at the end of the day). Sfery artystyczne i polityczne ponoszą także winę za nowe znaczenia starych, dobrych słów. Zgred jest wiekowy, więc dla niego „projekt” to wciąż rysunek na kalce technicznej, a „molestowanie” to natrętne namawianie, ale on w pojedynkę psucia polszczyzny nie zatrzyma.
Radosne wcielanie angielszczyzny do polszczyzny często odbywa się kosztem oryginalnej wymowy tych słów, o której użytkownicy mają słabe pojęcie. W raz z dzikim kapitalizmem wdarło się do języka polskiego słowo „lizing” (leasing), z komputerami wepchnęło się ulubione przez Zgreda „diLEJT”
a otwierające się na świat sfery muzyczne zaadoptowały słowo „kower” (cover version).
Z angielskimi dyftongami (dwugłoskami) Polacy toczą walkę już od przedwojnia. Najpierw je spłaszczali – „dżems” (James), „tłen” (Mark Twain) czy „kembridż”, „bebi” i „ledi”, a najgorzej chyba skatowano biednego Chamberlaina (ale jemu to się akurat należało), to teraz wtykają, gdzie się da.
Ze świata polskich reklam Zgreda rozbawiła ostatnio radiowa, z „emirejts”
a to dlatego, że na jej końcu padał slogan Fly Emirates!, wypowiedziany przez rodowitego Anglika, który zupełnie nie dał się skusić polską wymową. Z kolei radiowa (a może i telewizyjna) reklama „bi pi altimejt”
hasała po RTV przez trzy lata, zanim ktoś się zorientował i ją poprawił (swoją drogą, dlaczego „bi pi”, „bi bi si” i „dżi pi es”, a nie np. „ju es ej”?).
Polacy potrafią. Z Iron Maiden „ajron”, z Deep Purple zrobili „parpl”, z biednej Tiny Turner zrobili „Tarner” – dlaczego więc nie „czarczil”???
No, starczy tej starczej żółci – skądinąd najbardziej polskiego z polskich słów.
13 lipca liczące ok 15.000 żołnierzy siły broniących demokracji
buntowników starły się z przeważającym liczbowo wojskiem wiernym władzy
centralnej, oskarżanej o próbę zapewnienia sobie władzy na drugą kadencję – z
pominięciem wyborów. Bitwa skończyła się klęską źle dowodzonych lojalistów, a
upojeni zwycięstwem buntownicy wymordowali około 3.000 jeńców, kwiat ówczesnej
armii.
Nie, to nie było gdzieś daleko. Rzecz działa się w roku Pańskim 1666 pod Mątwami koło Inowrocławia, demokracja była szlachecka, władzą centralną zaś król Jan Kazimierz, chcący wprowadzić zasadę vivente rege. Po stronie rokoszan najdzielniej walczyli (jak zwykle) Wielkopolanie, po stronie królewskiej źle dowodził między innymi późniejszy król Jan Sobieski, który ledwie uszedł z życiem, osłaniany przez żołnierzy, którzy zginęli, by go uratować. Uciekając zgubił ponoć własną szablę. Zbrodni wojennej dokonano na królewskich dragonach.
W bitwie brał udział kończący swoją wojskową karierę podgolony szlachciura o nazwisku Pasek, który zanotował co następuje:
Który którego napadł, to się wprzód pytali: „Ty z którego
wojska?” – „Ty też z którego? (…) „Bijmy się!” – „Jedź do dyjabła!” – „Jedź też
ty do dwoch!” To sobie dali pokój.
Opisu tej bratobójczej bitwy nie znajdziecie Państwo w szkolnych podręcznikach do historii, gdzie od polskich zwycięskich bitew się roi – chociaż po prawdzie, częściej je przegrywaliśmy. A szkoda, bo z prawdziwej historii Polski moglibyśmy się o sobie tego i owego dowiedzieć.
Zgredowi marzy się, żeby polska szkoła odpuściła sobie literaturę i historię pisane „ku pokrzepieniu serc”. Bo już chyba, kurde, nie musimy ich krzepić? Tendencyjne pokazywanie polskiej historii, a nawet ordynarne jej fałszowanie, ma u nas, niestety, długą tradycję.
Wracając do naszej bitwy: my, proszę Państwa, raczej nie jesteśmy potomkami pięknie wyglądających husarzy (którymi byli herbowi) myśmy raczej z chłopów, przy odrobinie szczęścia z mieszczan (zresztą w dużej mierze napływowych*) i nieszczęsna tradycja tych podgolonych łbów w gruncie rzeczy nie jest nasza.
Ci efektowni goście ze skrzydłami utrzymywali naszych przodków w półzwierzęcym, niewolniczym stanie tak skutecznie, że wyzwolił ich i przywrócił minimum ludzkiej godności dopiero zaborca. Któremu zresztą byli wdzięczni, a gdy nadarzyła się okazja, zwyczajem klas ludowych na elitach brali odwet. Jak poniżej, w Galicji.
Bo to się, proszę Państwa, nie zmienia. Chociaż teraz, chwała Bogu, już nie tak krwawo.
*) czy wiedzieliście Państwo, że księgi grodzkie królewskiego miasta Krakowa jeszcze w XV w. prowadzone były po niemiecku?
Co jakiś czas Dyskretny Doradca Rządu wpadnie w nastrój żartobliwy i ośmieszy, otumani, przestraszy naród jakimś trudnym słowem. A to „ojkofobią” od niechcenia rzuci, a to „dyfamacją” walnie, aż wszyscy przysiądą, a to „imposybilizmem” zamacha. Największą jednak karierę zrobił jego „suweren”, bo to zgrabne słowo, wiele tłumaczące, niezbyt długie i przeto łatwe w użyciu nawet przez tych, co z polszczyzną na co dzień się borykają. Wręcz genialne w swojej lapidarności, proste jak uderzenie obuszkiem i natychmiast zamykające usta wszelkiej maści krytykantom.
Ostatnio atoli
odezwał się głos niejakiego Krasowskiego Roberta, co głowę widać ma twardą i na
obuszek odporną. Ówże pismak twierdzi, że nie żaden to suweren, ino DEMOS.
Prawi oto
Krasowski (Polityka nr 26):
Demos
to rola polityczna, wymagająca rozsądku, którego od milionów nie sposób oczekiwać.
Zalew sondaży buduje wrażenie, ze demos jest racjonalnym podmiotem, który
myśli, pragnie, przewiduje i kalkuluje. Który ma sensowne poglądy i sensowne
oczekiwania. Który świat rozumie i rozumnie ocenia. To jednak socjologiczna
fikcja […]
Solidarnościowi
politycy z początku nie rozumieli demosu. 4 czerwca 1989 r. był najważniejszym dniem
w powojennej historii, można było oddać głos za wolnością i niepodległością. Tego
dnia 40 proc. demosu do wyborów nie poszło, a 40 proc. z tych, którzy poszli,
głosowało za PZPR. Rok później co czwarty wyborca poparł awanturnika z Peru.
Kilka lat
później demos przeszedł samego siebie – jedne wybory po drugich wygrali komuniści.[…]
Elity szukały głębokich wyjaśnień. Politycy
odwrotnie. Pojęli, że nie istnieje tu żadna głębia. Demos nie myśli, ale się
miota.
Sondaże
próbują uchwycić poglądy demosu. A ten, pytany o zdanie, udaje, że poglądy
posiada. Chce dobrze wypaść przed samym sobą.
Mówi,
że zależy mu na dobrej władzy, na sprawiedliwym państwie, że ceni w politykach
kompetencję, że lubi znać prawdę. Mówi wszystko, co mówić wypada. Ale prawda
wygląda inaczej. Gazet nie czyta, informacji nie rozumie, polityków ocenia po
fryzurze i sposobie mówienia. Potrafi znienawidzić za przypadkowe zdanie albo
polubić, bo grzeczny.
Z
działań władzy wychwytuje niewiele, Z pretensji opozycji przyjmuje co drugą.
Którą i dlaczego – nikt nie wie. Wierzy w zarzuty, nawet absurdalne, wierzy w
zapowiedzi, nawet nierealne.
W tym co myśli, nie ma logiki. […]
Z takim
żywiołem politycy musieli się dogadać. Zaczęło się żmudne zbieranie doświadczeń.
Co myśli demos, nie wiadomo, ale jeść lubi na pewno. Więc w roku wyborczym
bestię dobrze nakarmiono. Rok wcześniej na wszelki wypadek karmiono również.
Mądrość rozwijano dalej – najlepiej ją karmić bez przerwy. Z początku sądzono,
że na początku kadencji można podjąć bolesne decyzje. Z czasem uznano, że
lepiej ich nie podejmować w ogóle. […]
W sprawie pieniędzy demos wysyłał jasne sygnały. Elity żądały reform, odwagi, kompetencji. Ale demos gusta miał inne. Za reformy polityków karał boleśnie.
Zarówno za nieudane, jak i udane. Bo zawsze znaleźli się jacyś pokrzywdzeni, niezadowoleni, na których opozycja i media skupiały całą uwagę. Więc wszelki wysiłek władzy nabierał samobójczego wymiaru. Elity żądały odpowiedzialności, szczerości i powagi. Ale tu również demos miał inne potrzeby. Opowieści o układzie lub zamachu dawały 30 proc. poparcia.
Opowieści
o wyzwaniach stojących przed krajem – poniżej dziesięciu.
I tak
dalej w tym stylu przez następne półtorej strony.
Nie wiem,
jak Państwu, ale Zgredowi się wydaje, że tu się obraża Naród Polski. I uważa, że
kochany nasz Marele Conducător powinien powiedzieć Panu Zbyszkowi, żeby jego ludzie tego ojkofoba
Krasowskiego prześwietlili, a zwłaszcza zbadali, kto mu za tę wredną robotę
płaci.
Przyglądając się amerykańskiej w stylu kurtce tej krasawicy
(w Rosji wciąż jak na Podkarpaciu – co amerykańskie, to piękne)
i dziwując się angielszczyźnie na odwrociu,
Zgred nie mógł się oprzeć kilku refleksjom w odniesieniu do
uniwersytetów. A właściwie zarazy, która, jak widać dotarła też na Wschód.
Jeśli u nas mogą być uniwersytety techniczne, medyczne, ekonomiczne,
przyrodnicze, artystyczne i gimnastyczne (chociaż ten dopiero w planowaniu),
dlaczego Ruskie nie mogą sobie zafundować językoznawczego? Ciekawostką jest motto
tej szacownej uczelni, skądinąd obowiązkowej dla przyszłych oficerów FSB i GRU:
Zgredowi wydaje się, że uniwersytet w swojej pierwotnej
formie, w której opierał się raczej na ględzeniu o wszystkim i o niczym
La Scuola di Atene. D.R.
i w której jak ognia wystrzegał się wszystkiego co techniczne, padł na pysk najpierw w Monachium, w którym politechnikę przemianowano na Die Technische Universität München bodaj jeszcze w latach siedemdziesiątych. A potem już poszło.
Jak
się jednak wydaje, w zakamarkach umysłów u tęgich głów akademickich błąka się
jednak niejasne wspomnienie, że w uniwersytetach chodziło o wykształcenie
bardziej uniwersalne, stąd niektóre robią gwiazdę z zejściem do szpagatu, żeby
się uwiarygodnić:
Tu z
ciekawości Zgred sięgnął do nieocenionej Wikipedii, z której dowiedział się, że
Uniwersytet (łac. universitas magistrorum et scholarium, ‚ogół nauczycieli i uczniów’) – najstarszy rodzaj uczelni o charakterze nietechnicznym, której celem jest przygotowanie kadr pracowników naukowych oraz kształcenie wykwalifikowanych pracowników.
Pomijając potwierdzenie
powyższych rozważań, definicja zaskoczyła Zgreda owymi „wykwalifikowanymi
pracownikami”, bo pracując w tak zdefiniowanej instytucji, przez ponad 40 lat
ulegał złudzeniu, że chodzi tu przede wszystkim o przygotowanie w nich ludzi o nieco
szerszych horyzontach, wyposażonych w aparat pozwalający zrozumieć otaczający ich
świat w całej jego złożoności. Myślał, że wykwalifikowanych pracowników kształcą
szkoły średnie nieogólnokształcące, ale najwyraźniej się mylił.
Zafascynowany, czytał dalej:
Cechą charakterystyczną uniwersytetów jest autonomia, która sprowadza się do stanowienia rozległych uprawnień statutowych o charakterze samorządowym. Cechą uniwersytetów jest również wolność akademicka, czyli wolność nauki i nauczania.
No, te złogi czasów
minionych od niedawna mamy chyba za sobą?
Z dalszej lektury Zgredowi wyszło, że na uniwersytetach w Polszcze obowiązywać będzie „model Napoleona”, w odróżnieniu od przeżytków w rodzaju „modelu Kanta”, czy „modelu Humboldta”. Napoleon, gość niewysoki, który co prawda jako zbawca ojczyzny jak wiadomo nie dociągnął do emerytury, swoje wiedział. Na przykład, że ludzie tęsknią za przywódcą narodu, który nie dopuści do rozprzężenia w państwie. A w uniwersytetach puszczonych samopas zawsze się mogą wykluć jakieś miazmaty*, które zakłócą jego sprawne funkcjonowanie.
Ale studentowi generalnie i tak wszystko jedno, jaki model. Jak zabaluje, to następnego dnia na wykładzie się zdrzemnie. Jak ten w niebieskim, w Bolonii, w Roku Pańskim 1350:
* M-lle stwierdziła, że „miazmaty” trzeba ludziom wyjaśnić, ale Zgred pomyślał: „niech se sami sprawdzą”.
Jak wiadomo, kobieta zmienną jest, takoż w wyglądzie, o czym
wie każdy facet pozostający w heterozwiązku i widujący swoją żonę/dziewczynę/partnerkę
rano, zanim się uzdatni i będzie gotowa objawić się światu. Czasami te kobiece metamorfozy
są dość spektakularne, zwłaszcza, kiedy do roboty weźmie się fachowiec
(fachowczyni?):
Komentarz do tego zdjęcia zależny będzie od wielu czynników.
Zwykła męska szowinistyczna świnka zapewne powie „Panie, jak te baby robią nas
w bambuko!”, znawczyni designu zobaczy tu wpływ estetyki Barbie, antropolog element
rytuału godowego, a feministka autorytatywnie stwierdzi, że to patriarchat (zwany
ostatnio przez pewną blond pisarkę dziadeksem) doprowadził kobiety do przesadnej
dbałości o własny wygląd*.
Faktem niezaprzeczalnym jest, że kobiety gotowe są zrobić
sporo, żeby uatrakcyjnić swój wygląd. Niestety czasem przegną i niepostrzeżenie
wchodzą w estetykę zarezerwowaną dla nadmuchiwanych lal,
albo do bólu wygładzają sobie rysy zaawansowanymi
szpachlami. I tu Zgred pragnie przestrzec przed pewną sławną ponoć vlogerką
makijażową,
która, jak się wydaje, faworyzuje i popularyzuje tę właśnie szkołę
poprawiania damskiej urody.
Ponieważ wszyscy mówią ostatnio o 30-leciu nowoczesnej
Polski, Zgred wpisze się w ten trend i przy tej okazji także tę rocznicę
odnotuje. Otóż najbardziej spektakularna metamorfoza kobiecego wyglądu tegoż
30-lecia niewątpliwie stała się udziałem pani minister z zapomnianego rządu,
która idealnie wpisywała się w jego siermiężną estetykę,
ale do czasu. Potem coś się stało, nie wiemy co, ale dało to
niezwykły efekt:
Była Pani Minister poszła zresztą za ciosem,
a nawet zaszalała:
dziennik.pl
Można? Można.
Zgredowi zaimponowała ostatnio pewna przenikliwa polityczna komentatorka,
na co dzień starannie zakomponowana, która odważyła się wrzucić w
ogólnodostępne media swój konterfekt w
trakcie porannego biegu dla zdrowia:
Jakby chciała powiedzieć, że kobiety mają prawo wyglądać jak
chcą, i nikomu nic do tego.
Z kronikarskiego obowiązku Zgred odnotowuje Święto Konstytucji w kraju, który jest mu szczególnie bliski, to znaczy Norwegii. Odbyło się kilka dni temu i obchodzono je jak zwykle: maszerującymi orkiestrami i paradą z flagami.
Orkiestry były szkolne, paradowały dzieci, a flagi były dość miniaturowe. Dzieci maszerowały przed trybuną honorową, którą był balkon Pałacu Królewskiego z zamieszkującą go rodziną:
Tego samego pałacu, przed którym stoi pomnik ciemiężyciela i okupanta, szwedzkiego króla. Norwegowie go nie usunęli, bo wierzą w ciągłość historii, pomników nie burzą, nieciekawych okresów w historii gumką nie wycierają, bo naiwnie myślą, że nawet one jakoś tam ten ich naród tworzą – Zgred wspominał już o tym tu:
Miarą naiwności Norwegów jest to, że nie mają nawet żadnego instytutu narodowego pamiętania, bo ufają swoim historykom. Nawet polityki historycznej namacalnej nie mają! Jakiś niedorozwinięty ten ich naród.
Więc te dzieci paradowały, chorągiewkami machały, a Pan Król i jego syn uprzejmie się kłaniali:
No i Duma Narodu tak sobie świętowała.
Tu ktoś PT Czytelników Zgredowi zarzuci, że nie patriota, bo naszego Święta Konstytucji, w końcu dwa tygodnie temu, nie odnotował. Kosmopolita pieprzony. O jakichś kropidełkach wtedy pisał…
No więc Zgred, mimo, że uważa, że coraz trudniej być w Polszcze patriotą (bo nie sposób się równać z Prawdziwymi Patriotami) przecie się zasromał. I spieszy nadrobić.
Więc w kraju naszym Święto Konstytucji obchodzono jak zwykle: orkiestrami, paradami i flagami:
Tyle, że orkiestry były wojskowe, paradowali dorośli, a flagi były bardzo duże. Pojawiły się nawet takie niebieskie, od kilku tygodni szczególnie modne. Zgred już kiedyś o nich pisał tu:
Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył, chwycił je, ucałował, z radości podskoczył, Zakręcił je nad głową…
Mickiewicz Adam, Pan Tadeusz
Zgred czuł, że poprzedni post wymaga rozwinięcia – to święcenie wodą wody wydało się mu się na tyle interesujące, że wymagało dalszego, jak to mówią, researchu. Zgred obiecuje jednak, że na tym odcinku serial o Święconce się już skończy. Otóż ten ostatni przykład
to rzecz wcale nie odosobniona. Jak się okazuje, istnieją Kropiący, którym potrzeba więcej adrenaliny, krótko mówiąc lubią żyć niebezpiecznie. Jak ten tutaj. Stoi na dziobie jednostki pływającej niczym bohater Conrada, zaczytany w brewiarzu, kpiąc z niebezpieczeństwa, a może ufając Panu, że na żaden dyskomfort go nie narazi? A pływanie w długim gieźle to nie to samo, co w kąpielówkach.
Wypłynąwszy na szerokie wody akwenu, przystępuje do dzieła:
Ale cóż to, co kropiący dzierży w prawicy?
Tak, to kropidło nowoczesne, polowe, nie wymagające asysty pacholęcia ze stosownym naczyniem liturgicznym, cud techniki wręcz.
I tu wyjaśnienie. Generalnie, do działań terenowych Kropiący najchętniej używają modelu Z Kulką:
Nie, proszę Państwa, to nie jest zaparzacz do herbaty, to certyfikowane kropidło polowe. Występuje w wielu odmianach:
Niekiedy nawet całkiem eleganckich:
Dla tradycjonalistów z drewnianym trzoneczkiem:
Także w odmianie złoconej, aczkolwiek niektórzy przełożeni tego nie pochwalają:
Dla zwolenników nowoczesności też coś się znajdzie:
chociaż, jak powiedziano, odmiana złocona jest nieco ryzykowna, bo a nuż ktoś zakabluje szefowi. Dla praktycznych Kropiących z kolei, odmiana z kapturkiem, o tyle fajna, że woda święcona nie wycieka, kropiąc co popadnie:
Są wreszcie odmiany bardziej dizajnerskie, jak na przykład ta, którą łatwo pomylić z jakimś elementem o zastosowaniu ściśle technicznym:
Istniejące również w wersji na bogato, co zdaniem Zgreda stanowi pewien zgrzyt:
A oto inna dizajnerska odmiana, nader elegancka:
Ale prawdziwym hitem jest kropidło, które zupełnie jak kropidło nie wygląda, o swoim liturgicznym przeznaczeniu przypomina dyskretnym krzyżykiem na rękojeści, a ponadto wyposażone jest w gustowny futerał. Zgred sądzi, że Kropiący Żeglujący pokazany powyżej ma w ręku ten właśnie model:
No, starczy. Zgred ma nadzieję, że P. T. Czytelnicy przyzwyczaili się już do nowego miejsca i nowej, bardziej siermiężnej szaty „prawie raptularza”. Cóż, czcionka będzie odtąd szara/czarna i wyszukanie starszego postu bardzo, bardzo utrudnione, ale nic na to Zgred nie poradzi. Ale komentowanie i udostępnianie powinno być łatwiejsze.
Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył, chwycił je, ucałował, z radości podskoczył, Zakręcił je nad głową…
Mickiewicz Adam, Pan Tadeusz
2 tygodnie temu było przed Świętami, więc było o święconce. No, poniekąd. Święta, święta i już po, ale ktoś by mógł pomyśleć, że w Polszcze kropi się tylko dwuślady, bo wiadomo, nie wszystkie drzewa przy drogach jeszcze wycięte, więc wciąż mogą zaatakować. Więc nie, kropi się też jednoślady, pojedynczo,
i zbiorowo.
A rowery, to już masowo. Wiadomo, Zły czyha na pacholęta zwłaszcza, więc najbardziej narażone są na wszelakie urazy:
Hulajnogi elektryczne też się w swoim czasie pokropi, jak tylko Kropiący się z nimi trochę oswoją. Na wszystko trzeba czasu. Póki co, Kropiący dobrze się już oswoili z kapitalizmem. Pytanie, czy to na pohybel Złemu, czy żeby zysku przysporzyć?
To się nazywa „za jednym zamachem”… No, ale wewnątrz też trzeba.
Kropiący zawsze z Ludem Bożym… i z Bożą Krówką.
Ale żeby innym sklepom nie było przykro, polecimy np. też po pralkach:
I po czymś tam jeszcze, co sterylności wymaga – po ciasteczkach? Obwodach scalonych?
Kropiącym nic, co ludzkie, nie jest obce. Pokropimy i szambo, żeby Zły się tam nie zaczaił – a może, żeby umiarkowanie ciekło?
My tu gadu, gadu o pierdołach, a na pokropienie czekają obiekty naprawdę ważne. Pokropimy więc murawę, żeby Nasi kropnęli ze trzy gole, a Gościom na pohybel, niechaj się po mokrym ślizgają:
Na niektóre obiekty jednak bym uważał:
To są tzw. „ryzykowne zachowania”.
I to też, bo kropiący może się skąpać. Zaraz, zaraz… Wodę wodą?
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.