przykazania wujka Tymoteusza II

 

11. Bądź dociekliwy. Sprawdzaj pewne rzeczy samodzielnie […] Miej świadomość, że niektóre treści w internecie są publikowane po to, aby ci zaszkodzić. Dowiedz się więcej o serwisach internetowych analizujących kampanie propagandowe (niektóre inspirowane z zagranicy). Weź odpowiedzialność za informacje, które przekazujesz innym.

 

12. Nawiązuj kontakt wzrokowy i prowadź niezobowiązujące konwersacje. […] To element postawy obywatelskiej i powinność członka społeczeństwa, a także sposób na pozostawanie w kontakcie z otoczeniem, przełamywanie barier społecznych oraz ustalenie, komu należy ufać, a komu nie. Jeżeli nastanie czas kultury donosu, krajobraz psychologiczny życia codziennego stanie się ważną kwestią.

13. Uprawiaj politykę w sensie fizycznym. Władze chcą, żebyś sflaczał w fotelu, wyładowując swoje emocje w kierunku ekranu. Wyjdź na zewnątrz. Udawaj się w nieznane miejsca z nieznanymi ludźmi. Poznawaj nowych przyjaciół i chodźcie wspólnie na marsze*.

14. Chroń swoje życie prywatne. Co paskudniejsze reżimy wykorzystają  swoją wiedzę o tobie, by wywrzeć na tobie presję. Regularnie czyść komputer ze złośliwego oprogramowania.

 

[…] Staraj się nie mieć nierozwiązanych problemów prawnych. Tyrani szukają haka, na którym będą mogli cię powiesić. Nie dawaj go im.

15. Wspieraj słuszne sprawy. Udzielaj się w organizacjach politycznych i innych, których poglądy podzielasz. Wybierz jedną lub kilka instytucji dobroczynnych i ustaw stałe zlecenie przelewu na ich rzecz. W ten sposób dokonasz wolnego wyboru, który wspiera społeczeństwo obywatelskie i pomaga innym czynić dobro.

16. Ucz się od ludzi z innych krajów. Podtrzymuj zagraniczne przyjaźnie i zawieraj nowe […] Zadbaj o paszporty dla siebie i swojej rodziny.

 

17. Nasłuchuj niebezpiecznych słów. […] Bądź wyczulony na hasła „zagrożenie” i „wyjątek” – są śmiertelnie niebezpieczne. Okazuj gniew, gdy ktoś podstępnie sięga do patriotycznego leksykonu.

18. Gdy nadejdzie niewyobrażalne, zachowaj spokój. Nowoczesna tyrania polega na zarządzaniu strachem. […] Nagła katastrofa, która wymaga zniesienia trójpodziału władzy, rozwiązania partii opozycyjnych, zawieszenia wolności słowa, prawa do rzetelnego procesu i tak dalej, to stara sztuczka hitlerowców. N i e   d a j   s i ę   n a b r a ć.

19. Bądź patriotą. [Bycie nacjonalistą] wcale nie oznacza tego samego, co bycie patriotą. Nacjonalista zachęca nas do ulegania najgorszym instynktom, a następnie mówi nam, że jesteśmy najlepsi. Jak pisał Orwell, mimo, że nacjonalista „nieustannie rozmyśla o władzy, zwycięstwie, porażce i zemście, nierzadko wcale nie interesuje się tym, co dzieje się w realnym świecie”. […] Patriota musi liczyć się z realnym światem, który jest jedynym miejscem, gdzie jego kraj może zostać otoczony miłością i troską. Patriota wyznaje uniwersalne wartości i standardy, według których mierzy swój naród, zawsze życząc mu dobrze, a zarazem pragnąc, aby stawał się jeszcze lepszy.

 

Jak widać, nie ma wśród polskich uczonych zgody, czym jest nowoczesny/prawdziwy patriotyzm

20. Bądź tak odważny, jak potrafisz. Jeżeli nikt z nas nie będzie gotowy zginąć za wolność, wszyscy umrzemy w tyranii.

 

* Z tym, że marsze są wtedy, kiedy już jest herbacie. Oto obrazki z Budapesztu, Londynu i Waszyngtonu:



 



Morał? Uważaj, kurwa, na kogo głosujesz, żeby nie wpuścił cię w taki kanał, który zmusi cię do wychodzenia na ulicę!

przykazania wujka Tymoteusza I

Jak widać, wydawcy tej książeczki zrobili wszystko, żeby zniechęcić ewentualnego czytelnika:

 

Książeczka jest ostentacyjnie niepozorna, żeby nie powiedzieć, że wygląda absolutnie nieciekawie. Być może celowo? Bo dla kontrastu jej zawartość jest nader interesująca. To dwadzieścia przykazań jednego z tęższych umysłów epoki, bacznego obserwatora dzisiejszych tendencji w świecie polityki. Ale obserwatora zaangażowanego, który chciałby powstrzymać to, czego być może powstrzymać się nie da. 

Jak? Oto pierwsza dziesiątka jego przykazań:

1. Nie bądź z góry posłuszny. Władza autorytarna w większości jest dana dobrowolnie. W czasach takich, jak dzisiejsze ludzie zastanawiają się, czego zażąda w przyszłości bardziej represyjny rząd, i są gotowi spełnić te żądania, zanim jeszcze je usłyszą.

2. Broń instytucji. To instytucje pomagają nam zachować przyzwoitość. […] Instytucje nie obronią się same. Jeżeli nie będziemy chronić każdej z nich od samego początku, runą jedna po drugiej. Wybierz zatem instytucję, na której ci zależy – sąd, gazetę, ustawę czy związek zawodowy – i stań po jej stronie.

3. Strzeż się państwa jednopartyjnego. Partie, które zmieniły w końcu kształt państw i wyeliminowały rywali, nie były wszechstronne od samego początku. Wykorzystały one natomiast pewien moment historyczny, aby uniemożliwić przeciwnikom czynny udział w życiu politycznym.

Wspieraj zatem system wielopartyjny i broń zasad demokratycznych wyborów. Póki możesz, głosuj w wyborach lokalnych i ogólnokrajowych. […]

4. Weź odpowiedzialność za oblicze świata. Symbole dnia dzisiejszego umożliwiają nastanie rzeczywistości jutra. Zwracaj uwagę na swastyki i inne oznaki nienawiści. Nie przyzwyczajaj się do nich. […]


5. Pamiętaj o etyce zawodowej. Kiedy przywódcy polityczni dają negatywny przykład, wynikające z etyki zawodowej zobowiązania do właściwego postępowania nabierają dodatkowego znaczenia […] Reżimy autorytarne potrzebują posłusznych urzędników. […]

6. Miej się na baczności przed organizacjami paramilitarnymi. Kiedy uzbrojeni ludzie, którzy zawsze twierdzili, że sprzeciwiają się systemowi, zakładają mundury i zaczynają maszerować z pochodniami i zdjęciami przywódcy, koniec jest bliski. Gdy popierające przywódcę bojówki mieszają się z policją i wojskiem, jest już po wszystkim.


7. Jeśli musisz nosić broń, bądź rozważny. Jeżeli należysz do uzbrojonych służb państwowych, niech Bóg błogosławi cię i ma w opiece. Wiedz jednak, że do zła uczynionego w przeszłości rękę przyłożyli policjanci i żołnierze, którzy w pewnym momencie zgodzili się działać niezgodnie z regulaminem. […]

8. Wyróżniaj się. Ktoś musi. Podążać za innymi jest łatwo. Robiąc lub mówiąc coś innego, możesz czuć się dziwnie, ale to uczucie niepokoju jest warunkiem wolności. […] Gdy dasz przykład, czar status quo pryśnie i inni podążą za tobą.


9. Dbaj o język. Unikaj fraz, które słyszysz od wszystkich innych. Wyrażaj się na swój sposób, nawet jeżeli chcesz przekazać tylko to, co twoim zdaniem powtarzają wszyscy. Postaraj się odgrodzić od internetu. Czytaj książki.

10. Wierz w prawdę. Porzucenie faktów oznacza porzucenie wolności. Jeżeli nic nie jest prawdą, wówczas nikt nie może krytykować władzy, gdyż nie ma do tego żadnych podstaw. Jeżeli nic nie jest prawdą, to wszystko jest spektaklem, w którym najjaśniejszy blask reflektorów można kupić za największą sumę pieniędzy.


homo connectis

Zgred czuje się ostatnio coraz bardziej wyobcowany, coraz bardziej e-wykluczony i ma silne wątpliwości, czy jest

 

a więc, czy osiągnął owe najwyższe stadium rozwoju człowieka.

 

Troszkę usprawiedliwia go wiek, bo nie zaczynał tak wcześnie jak dzisiejsi homini,

 

i nie nabył stosownych nawyków w stosownym wieku:

 

Zgred był ostatnio z M-lle w kinie na bardzo długim (2,5 h) polskim filmie, którego tytułu nie zdradzi (żeby mu nie robić kryptoreklamy) i zachwycił go niezwykły efekt wizualny, powodowany przez rozbłyskujące co jakiś czas w ciemności światełka ekranów telefonów celuralnych.

 

Zgred zawstydził się i zapragnął przyłączyć do owego spontanicznego show, ale w swoim konserwatyzmie wyłączył był przed seansem własny telefon celularny, którego włączenie dałoby zbędny efekt dźwiękowy.

Zauważył też jeżdżąc samochodem, że coraz więcej kierowców obsługuje swoje telefony celularne w trakcie prowadzenia pojazdów;

 

sam chętnie też by to robił, ale nie pozwalają mu na to słabe umiejętności jako kierowcy. Jako tradycjonalista używa więc w samochodzie tzw. sinego zęba i może więc tylko podziwiać rodaków, jak wiadomo najlepszych kierowców w Europie.

Tak więc Zgredowi, jak wszystkim ludziom w podeszłym wieku, pozostaje z zazdrością spoglądać na ludzi młodych, z taką swobodą dzielących uwagę między wirtualnym, w końcu, światem zewnętrznym, a światem realnym:

i pogodzić z faktem, że jest się przeżytkiem, że w pewnym wieku z telefonem celularnym, owym atrybutem człowieka współczesnego w ręku, wygląda się nieco komicznie:


 

kilerów dwóch

Zgreda spotyka ostatnio krytyka, że nic tylko ta Polska i polityka, że może by wreszcie coś z innej beczki, żeby płodozmian, różne różności, tak, jak drzewiej bywało, o butach ugg, pisarzach, malarzach, muzykach, wtyczkach do prądu, dyniach, casualach i dziesiątkach innych tematów.

No to będzie inaczej. Będzie o pewnych odmianach przyrody. A że, jak mówi ostatnie (?) prawo Murphy’ego – Mother Nature is a bitch – o pewnych niebezpiecznych jej przejawach.

W zasadzie temat sezonowo nie całkiem na czasie, bo tych stworzeń wraz z jesienią już jak na lekarstwo, ale z wiosną pojawią się znów i wtedy wiedza, jaką Zgred chce się podzielić, stanie się znów paląco aktualna.

Chodzi mianowicie o motyle.

 

A właściwie, skoro mowa o zagrożeniu, to tylko o górny rząd, nr 2 i nr 3. Chodzi mianowicie o bielinki i cytrynki.

 

W powszechnej opinii oba uchodzą za równie dla człowieka niebezpieczne: nic bardziej mylnego. Metodę uśmiercania człowieka mają podobną, ale różni je od siebie nie tylko kolor, i to trzeba wiedzieć.

Urodzonym killerem jest bielinek  (kapustnik, Pieris brassica).

 

Cechuje go ogromna zawziętość, i jeśli podejmie decyzję o ataku, masz, Czytelniku, małe szanse. Jeśliś młodzieniaszkiem, 20-30 lat i na dodatek szybkim w nogach, spierdalaj; twoje szanse obliczam wtedy na jakieś 40%. Bo bardziej prawdopodobne że dopadnie, wczepi się i zadusi. Jeśli jesteś dychawicznym emerytą, szans nie masz żadnych – poddaj się swojemu losowi: zamknij oczy i przygotuj na spotkanie ze Stwórcą.

Cytrynek (latolistek, listkowiec, Gonepteryx rhamni) natomiast, to inny typ osobowości.

 

Jest trochę rozmemłany i w zetknięciu z nim masz, Czytelniku, spore szanse na ujście cało. Metody są dwie: PETRYFIKACJA i DYSTRAKCJA. Pierwsza, to znieruchomienie. Cytrynek wzrok ma słaby i jeśli przestaniesz się poruszać, potraktuje Cię jako element przyrody nieożywionej. Po prostu sobie pójdzie, a właściwie poleci i zajmie się czymś innym.

Metoda druga polega na odwróceniu uwagi bestii. Dobrze jest mieć przy sobie to, co badacze Berkowitz i Cohen, którzy pół życia strawili na badaniu bielinków i cytrynków, nazywają butterfly decoy: może to być stary bilet autobusowy, lub ćwiartka chusteczki higienicznej.  Rzuć ją na wiatr, a kiedy cytrynek się owym  decoy zainteresuje, oddal się dyskretnie. Generalnie w zetknięciu z cytrynkiem masz jakieś 85% szans, że ujdziesz z życiem.


Jak więc widać, rozróżnienie między owymi latającymi zabójcami jest kluczowe. Przyrodę trzeba znać! Tylko daltoniści mają w niej przegwizdane.

O mieszkańcach zegarka

Zgred nigdy nie ukrywał, że zaciekle czytuje ludzi od siebie mądrzejszych, ponieważ sam będąc umysłowo dość średnio krajowo rozwinięty i permanentnie – jak większość Polaków – niedokształcony,  z ich pomocą próbuje zrozumieć dookolną rzeczywistość. I co jakiś czas trafia na ujęcie problematyki „co z tą Polską”, które uważa za na tyle trafne albo błyskotliwe, albo chociaż wyjątkowo interesujące, że warte jest udostępnienia tej garstce Krewnych i Znajomych Królika, która zagląda do jego bloga.

Dzisiaj zacytuje jednego z tych mądrzejszych profesorów, który wzmógł się tak, że mu się ulało. W eseju pt. „Jak zepsuliśmy polski zegarek”, o współmieszkańcach Przywiślańskiego Kraju prof. Romanowski rzecze oto tak:

… Polacy nie są przyzwyczajeni do sukcesu. A rząd dusz dzierży w Polsce Kościół katolicki, którego cele niekoniecznie są zbieżne z polską racją stanu. Tak czy inaczej, w 2016 r. […] III RP przestała istnieć. Dotąd nie wiemy, co właściwie powstało na jej miejsce.

Jarosław Kaczyński odkrył najgłębszą prawdę o Polakach – dotąd nieujawnianą, wstydliwie schowaną. A może niczego nie odkrył, tylko polscy inteligenci nie zdawali sobie z tego sprawy, a ci, którzy – być może – wiedzieli, nie mieli odwagi, by sięgnąć do takich rezerwuarów. Kaczyński miał tę odwagę. I nie mógł mieć wątpliwości: Polacy są inni niż od lat przedstawiają się sobie i światu. Nie pasują do Europy – ani do Zachodu, ani do Wschodu.

 

A ponieważ nie przeżyli absolutyzmu i byli gnębieni przez zaborców – nie lubią państwa. Lubią za to być przeciw – i w zasadzie wszystko jedno przeciw czemu.


Z czasów Rzeczypospolitej szlacheckiej zapamiętano warcholstwo, pogardliwy stosunek magnatów do króla, liberum veto. Dziś ten anarchizm idzie w parze z postawą roszczeniową: chcemy powierzenia państwu właśnie (bo komu innemu?) własnego losu, uwolnienia się od „nieszczęsnego daru wolności”.

Że nie ma w tym logiki? Nie szkodzi. Polacy […] ów brak logiki udowadniają nieustannie. Brak też logiki w równoczesnym domaganiu się kolejnych świadczeń socjalnych i wcześniejszej emerytury. Także – w największym zaufaniu, jakim naród obdarza prezydenta Dudę, i największej nieufności, z jaką równocześnie żywi do prezesa Kaczyńskiego…

A później profesor daje z grubej rury:

[…] Kaczyński dokopał się więc w Polakach czegoś najbardziej pierwotnego, prymitywnego, irracjonalnego. Zrozumiał przy tym, że z sukcesem źle się czują.

 

Pełną piersią oddychają tylko na pobojowiskach klęsk, wśród straconych szans „żołnierzy wyklętych”. W mroku „zdradzonych o świcie” pasażerów Tupolewa. „Naród – mówiła prof. Maria Janion – który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”.

Czy to dlatego III RP, przedmiot tyluletnich marzeń, nie została przez Polaków pokochana? Bo była zbyt dobra, zbyt wyrozumiała, ofiarowała narodowi pokój?

A tu pobrzmiewa coś znajomego:

Naród kocha PiS, bo najwyraźniej jest jego, narodu, emanacją, więc obie strony nie muszą wreszcie niczego udawać, niczym się krępować. Znikło poczucie wstydu.

[Czy] to kolejne konsekwencje niedorozwoju w Polsce klasy średniej, rachitycznego mieszczaństwa, upodlenia pańszczyźnianego chłopa? A może słabego zakorzenienia chrześcijaństwa, którymi jedynymi wyróżnikami są dziś aborcja, in vitro i kult św. Jana Pawła II?

Lub odwiecznego oddalenia od Europy (choć także cielęcego zapatrzenia w Europę, wywołującego przy tym kolejne kompleksy? Czymkolwiek to spowodowane, oczywiste jest zawsze to samo: Polacy jako ogół do Europy nie pasują. Jedyne, co ich w Europie interesuje, to kasa.


Podróż resentymentalna

Słowem, które w ostatnim czasie robi oszałamiającą karierę, jest resentyment. Zgredowi to słowo się nie podoba, bo wydaje się być wadliwie skonstruowane: przedrostek „re-” pełni w języku określoną funkcję (wszyscy intuicyjnie rozumieją, jak modyfikuje znaczenie słów takich jak „transmisja” czy „waloryzacja”) i nijak nie pasuje do „sentymentu”. Ale cóż, słowo istnieje i nic na to nie poradzimy.

W tzw. internetach do jego zilustrowania zaprzęgnięto nawet nieśmiertelnego nosacza sundajskiego, co znaczy, że słowo naprawdę trafiło w Polsce pod strzechy.

 

Ostatnio intensywnie użytkował powyższy termin Jan Hartman, pastwiąc się nad „ludźmi resentymentu”:

Mają swoje autorytety utwierdzające ich w przekonaniu, że jako wspólnota (np. naród) są strażnikami świętego i odwiecznego porządku rzeczy. I że są, razem ze swoimi przodkami, całkowicie niewinni i nieskalani.

 

Zło tego świata nie jest ich sprawą i nie można ich do tego mieszać ani też niczego od nich wymagać. Wystarczy, że oddają cześć temu Bogu, który jest największy i który zawsze ich obroni – również przed zniesławieniem. Jedyne wyzwanie, jakie gotowi są przyjąć, to drobne ofiary na szlachetne cele. Bardzo się nimi szczycą. Poza tym żadnego ryzyka i żadnego niepokojenia szanownych sumień.

Żeby system wykluczania wszystkiego, co wolne i radosne, co inne, co niedosiężne, mógł zadziałać, jakiś czynnik musi gwarantować, że jeden oportunista nie jest lepszy od drugiego, jeden frustrat nie ma lepiej niż inny, jeden tchórz nie jest zdaje się  odrobinę odważniejszy od tchórza z sąsiedztwa.

 

Tym czynnikiem jest guru – nadludzki autorytet, w obliczu którego każdy człowiek resentymentalnej wspólnoty oportunistów okazuje się nikim, ale za to równy pozostałym.

Bo lepiej, żeby wszyscy byli zerami, niż żeby ktokolwiek mógł szczycić się jakąś przewagą nad kimkolwiek.  Równość, równość zła, równająca w dół, jest imperatywem tej fałszywej wspólnoty (dlatego uważa się ona za demokratyczną).

 

Autorytetem takim może być bóstwo, król, kapłan – byleby lud mógł odnaleźć w nim wyidealizowany obraz samego siebie i byleby, pomimo swego wywyższenia, ów pan okazywał się „ludzki”,  „taki jak my”, „jednym z nas”. Guru pozwala się z sobą utożsamiać i przywraca ludowi spojonemu przez resentyment poczucie własnej wartości, tę mityczną dumę, co rusz rażoną i dręczoną kompleksami, a przez to domagająca się nieustającej terapii i odnowy.

[…] Poparcie uzyskane dzięki rezonowaniu kompleksów i lęków jest bowiem tym cenniejsze, że resentymentalna wspólnota nie szuka wolności, lecz pragnie ją oddać w zamian za bezpieczeństwo i zrównanie wszystkich w uniżeniu, a nawet poniżeniu.

Tu Zgred pójdzie po linii maluśkiego oporu i sięgnie do internetów po dość oczywistą ilustrację, bo przecie wszyscy wiedzą, kogo Hartman, wszak homo politicus,  ma tu na myśli:

 

Felietony felietonami, ale nad doraźną politykę Zgred jako zgniły pięknoduch zawsze przedłoży kawałek dobrej literatury. I do kogo sięgnie, żeby pociągnąć temat tego wpisu, ale wejść na wyższy poziom? Do Stasiuka, oczywiście. Który postuluje:

Raz na jakiś czas przychodzi chwila, że ludzie bez talentu muszą urządzić świat według swoich marzeń. Przecież nie mogą żyć w getcie. Raz na jakiś czas powinni sobie porządzić, tak jak pies powinien się wybiegać. Bo przecież to nasi bracia strąceni do piekieł, w otchłań, w Tartar resentymentu. Coś jak syryjscy uchodźcy, erytrejscy bieżeńcy. Tylko że azyl im nie wystarczy, nie wystarczą im zasiłek ani darmowa nauka języka, ponieważ tylko kraj cały teraz i Międzymorze w przyszłości są w stanie ukoić ich rozdarte dusze.

 

Więc raz na jakiś czas powinni to dostać. Nie są przecież od macochy ani sroce spod ogona. Są tacy sami jak reszta, tylko trochę inni. Są wprawdzie mniejszością, ale zadaniem dojrzałych demokracji jest obrona mniejszości i troska o ich godność oraz prawa. Więc trzeba dać im i kraj, i Międzymorze, żeby sobie jedno i drugie zrobili po swojemu w celu, jak mówi klasyk, zażegnania obojętności świata. Żeby sobie zrobili po swojemu i historię, i geografię, i chemię. I gramatykę (co im dość łatwo idzie) sobie zrobili. I żeby kinematografię zrobili, i higienę, i własną lekkoatletykę. I malarzy sobie zrobią, i zbudują im galerie, i pisarzy, dla których postawią  trzypiętrowe księgarnie. I medycynę niech sobie zrobią jakąś elegancką, i religię z porządnym papiestwem na miejscu, żeby nie trzeba było daleko jeździć. Niech sobie zrobią wszystko, żeby nie musieli się tak męczyć. Bo przecież serce się kraje, jak człowiek patrzy na ich mękę. Amen.

Pod wrażeniem

Zgred jest pod wrażeniem. Tym razem wywiadu – z nad wyraz kulturalnym starszym panem, dawnym zawodnikiem, a obecnie prominentnym działaczem sportowym, choć to ostatnie nie najlepiej się kojarzy (na przykład z działaczem piłkarskim Kręciną Zdzisławem). Ten starszy pan uprawiał kiedyś dyscyplinę, która Zgreda ani grzeje, ani ziębi, mianowicie kolarstwo.

 

Zgred – jak każdy – jeździł kiedyś na rowerze, ale bez przesady; ba, sporadycznie jeździ nadal. Ale bez majtek z żelową wkładką, aerodynamicznych rajtuzów czy kasku typu „kacza dupa”, tzn. z zawadiacko sterczącym z tyłu ogonkiem.

 

Choć ten model dawno jest passé, niestety. Teraz i tu, jak wszędzie, stawiamy na indywidualizację:

 

Więc żadnych kasków, za to z nogawką spiętą klamerką od bielizny, coby się w łańcuch nie wkręciła. Klasyczne januszostwo i tyle.

 

Więc wyczynowe kolarstwo Zgreda ni grzeje, ni ziębi i nie przyszłoby mu do głowy je śledzić. Skąd więc przyszło mu do głowy w ogóle obejrzeć ten wywiad? To wszystko z nudów, Wysoki Sądzie.

Ale dlaczego pod wrażeniem? Ano, bo od bardzo, bardzo dawna Zgred nie słyszał kogoś, kto tak swobodnie i tak ciekawie coś opowiada. Zupełnie nie starając się zrobić na rozmówcy, czy widzu wrażenia. Na nic się nie siląc. Będąc naturalnie wyluzowanym. Używając polszczyzny ekonomicznie, ale niezwykle skutecznie i poprawnie. Będąc po prostu urodzonym gawędziarzem. Gawędzącym bez ględzenia, co rzadko kto potrafi. Podając niekoniecznie ekscytujący temat w naprawdę ciekawy sposób. Opowiadając pyszne anegdoty (mniej więcej od połowy wywiadu) bez nawiasów, cudzysłowu, nijakiego ostrzeżenia. A na koniec serwując mimochodem niezwykle ciekawą historię, że tak powiem, dietetyczną. Nie starając się przy tym niczego propagować. Zgred z góry przeprasza za reklamy, i BARDZO poleca:



dyktat

Zgred jest niekiedy oskarżany o bycie e-wykluczonym., więc żeby zadać temu oskarżeniu kłam, postanowił przyłączyć się do wiralizacji* pewnego kontentu**, który ostatnio tu i ówdzie się pojawia.

W razie wątpliwości: kontent ma znaczenie wyłącznie historyczne i odnosi się do lat 30-tych zeszłego wieku, ale Zgred historią interesuje się nie od dziś, a poza tym to jego blog i może do niego wtrynić co mu się żywnie podoba. Nawet tych magików poniżej.

 

PORADNIK WPROWADZANIA DYKTATURY

  • zdiagnozować problemy najbiedniejszych i najmniej wyedukowanych
  • dać im wroga, najlepiej kilku, będących w zmowie
  • dać im bohatera, lub prawie boga
  • złożyć obietnice, najlepiej takie, których nie da się spełnić
  • obwiniać wroga o wszystkie problemy
  • wszelką opozycję i inaczej myślących podpiąć pod wroga
  • uczynić z najbiedniejszych i najmniej wyedukowanych naród wybrany, rasę Panów, lepszy sort itp.
  • zrobić z siebie męczennika dla dobra narodu (najlepiej, gdy osoba w roli wodza nie ma rodziny, można ludziom wmawiać, że wódz poświęca się sprawie)
  • podpiąć się pod wszystkie narodowe wartości
  • przypisać wrogie wartości opozycji
  • przypisać opozycji kolaborację z wrogiem
  • przypisać sobie patriotyzm, rewolucję, walkę dla sprawy
  • mówić, że dąży się do wzoru bohatera
  • za niespełnione obietnice obwiniać wroga i jego pomocników
  • być konsekwentnym (czas działa cuda)
  • wszelkie działania uzasadniać dobrem sprawy
  • pokazać, że walczy się z wrogiem
  • co jakiś czas poświęcić kogoś (wykorzystać ofiarę z wroga do eliminacji opozycji)
  • mówić, że jest się blisko realizacji celów i prosić naród o kolejne ustępstwa dla dobra sprawy, od najmniejszych do coraz większych
  • uzasadnić łamanie prawa wyższą koniecznością.

Gdy orientujesz się, że już jest dyktatura, z reguły jest za późno. Zaczynasz się buntować i przychodzą po ciebie.



 ——————————————————————————————————

* w nowym znaczeniu tego słowa, oczywiście.

** żeby nie było, że Zgred nie umie się posługiwać współczesną polszczyzną!

Pięta na Prezydenta!

Zgred uważa, że Prezydent powinien być emanacją Narodu. Ten nasz niby na oko jest,

 

ale ostatnio nie bardzo wiadomo o co mu z tą konstytucją chodzi, poza tym bardzo jakoś pokrzykuje, gdy przemawia. No i żonę ma jakąś taką trefną, nie do końca naszą.

Zgred proponuje zatem, żeby na Prezydenta wybrać posła Piętę. Wystarczy na niego spojrzeć

 

by od razu widzieć, że on nasz, krew z krwi, kość z kości najlepszych synów Narodu. Że z krainy, gdzie dzięcielina, pała, no i ten świerzop.

Kraj nasz przywiślański w 97% katolicki, a on, jak wiadomo, dobry katolik. Coś tam ostatnio troszkę nabroił, ale przecie chłop, każdemu się zdarza. Chyba lepszy taki, co se czasem obcą babę na chwilę przygrucha, niż taki, co permanentnie w grzechu żyje? A gdyby na ten przykład jakiego, tfu, geja wybrali? Co to  z chłopem? Wstyd byłby na cały Wschód.

 

Kwaśniewski święty nie był, lubiał wypić, ale swój chłop, to i Naród chętnie na niego zagłosował, i to nie raz.

 

Ostatnio co prawda jakby poważny się zrobił, przeszedł chyba na złą stronę mocy, ale już mu się Biniu do d… dobierze.

A Staszek Pięta poglądy ma zdecydowane, jasne,



i tak łatwo ich nie zmieni. Gwarancja jest. I krótką piłką gra, tak, jak lubimy. Nie to, co te nieloty Nawałki. Już on kogo trzeba pogoni:

 

Tak że na emanację Narodu nadaje się jak mało kto!



wędrówka ludów II

Zgred nieraz się w tym blogu natrząsał z tych, którzy wierzą w zatrzymanie fali uchodźców i ekonomicznych emigrantów na progu dostatniej Europy, do znudzenia powtarzając, że wędrówki ludów jeszcze nikomu w historii nie udało się powstrzymać. Nie dalej jak w lutym cytował na tę okoliczność mądralę Stommę.

 

Teraz zaś wyczytał u swojego idola Stasiuka piękne, bo literackie, ujęcie rzeczonej problematyki, po raz kolejny spieszy więc podzielić się swoim ulubionym pisarzem z p.t. Czytelnikami. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwi artyści widzą wyraźniej to, czego my, zwykli zjadacze chleba nie dostrzegamy, choć na to patrzymy. I jak trzeba gęgają jak owe gęsi kapitolińskie.

Cytaty pochodzą z najnowszej książki Stasiuka (Kroniki beskidzkie i światowe), którą Zgred otrzymał, jak zawsze, od M-lle. M-lle dba bowiem o to, żeby już całkiem nie przestał czytać:

No i przyszli. Powinniśmy * się tego spodziewać na tym naszym półwyspie, nie wiedząc czemu branym za kontynent. […] To żadna emigracja, to kolejna wielka wędrówka ludów.

Sami ją sprowokowaliśmy, chwaląc się naszym bogactwem, naszym bezpieczeństwem, naszymi prawami człowieka. Rozesłaliśmy te obrazy po świecie jak legendy o Kolchidzie, Eldorado, supermarketowym Shangri-La.

 

Za pomocą telewizji, którą wynaleźliśmy, za pomocą netu i Hollywoodu. To się nie miało prawa udać. Nie w dzisiejszych czasach. Skoro ludy potrafiły się przemieszczać tysiąc lat temu, to tym bardziej dzisiaj. Gdy mają opisane szlaki, wyznaczone drogi, gdy wiedzie ich GPS oraz gwiazda przewodnia dobrobytu. Przez lądy i wody idzie do nas wyklęty lud ziemi. Bo niby dokąd ma pójść?

 

Oczywiście można powiedzieć, że nie wszyscy są skrajnie biedni, nie wszyscy umierają z głodu. Ale przecież wymyśliliśmy fetysz nieustannego wzrostu, uczyniliśmy cnotę z nieograniczonego bogacenia się, a poprawa własnego losu jest dzisiaj jedyną panującą religią. Zawsze była. Ale teraz odbywa się to w skali globalnej. Jedziemy ze wsi do miasta, do innego kraju. Lecz oni, lud wyklęty, muszą zmienić część świata, kontynent i cywilizację.

[…] Porzucą swoją wieś z meczetem, który niemal nie różni się od reszty lepianek. Porzucą błękitne jezioro ze słoną, martwą wodą. Jeśli nie oni, to ich dzieci, ich wnukowie. Nie mają innego wyjścia. Tak jak miliony innych. Przyjdą, żeby sprawdzić, ile były warte nasze opowieści o bogactwie i wolności. Otworzyliśmy im drogę, tworząc ze świata jedną wspólną przestrzeń.

 

Oczywiście to miała być nasza przestrzeń. Dla naszych towarów, naszych nadziei i naszych podróży. Nasze prawa miały nad nią panować. Nie spodziewaliśmy się, że oni przyjdą. W każdym razie nie spodziewaliśmy się, że będzie ich aż tylu. Ale zwabiliśmy ich. Napięcie między naszą dostatnią częścią świata a upośledzoną resztą stało się po prostu nie do zniesienia. Żeby je osłabić, wysyłaliśmy co najwyżej wojsko, towary, na których nam zbywało, i demokratyczne bajędy, których sens był mniej więcej taki, że owszem, jesteście ludźmi, ale tak naprawdę staniecie się nimi dopiero wtedy, gdy będziecie jak my. Możecie tutaj tańczyć swoje tańce,

od święta przebierać się w kolorowe stroje, opowiadać swoje baśnie, poprawiać nam nasze liberalne samopoczucie, zarabiać na nasze emerytury, pokazywać sztuki i otwierać tanie restauracje ze swoim jedzeniem,

lecz ludźmi staniecie się dopiero wtedy, gdy będziecie jak my. 

Taka jest Stasiukowa diagnoza. A czy jest jakaś wizja przyszłości? Owszem:

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by przywołać obraz exodusu we wszystkich portach naszego półwyspu. Stłoczeni, objuczeni, obładowani resztkami bogactw, z bezużytecznymi kartami kredytowymi, wpatrzeni w martwe ekrany telefonów będziemy na horyzoncie wyglądać statków, które nas zabiorą do jakiejś nowej ojczyzny, bo nasza będzie już zajęta.

———————————————————————–

* tu brakuje „byli”, ale Panie Redaktorki trzymają rękę na pulsie i słyszą, że współcześni Polacy już nie potrzebują takich subtelnych językowych rozróżnień.