na odlew

Jak powszechnie wiadomo, Zgred nawykowo wyłapuje w prasie wszelkie diagnozy sytuacji, w której znalazła się Serenissima, bo pomaga mu to samemu zrozumieć, gdzie i kiedy daliśmy ciała.

Dziś podsumowanie przez twardziela nad twardziele, lidera Obywateli RP, Pawła Kasprzaka. Rzeczony to cierń w boku rządzących, żeby nie powiedzieć ból w ich d… ; gość, który zęby zjadł na protestach, biernym oporze i wyśmiewaniu zadęcia władz.

 

Jak można się było spodziewać, wywiadowany Obywatel RP Kasprzak, stary jakobin, nie patyczkuje się, czyli wali prosto z mostu, żeby nie powiedzieć na odlew:

 

Demokracja nie jest wartością?

– W odbiorze społecznym to tylko opis techniki rządzenia, coś dla politycznych cwaniaków. Skutek jest taki, że PiS ma tych wstających z grobu „żołnierzy wyklętych”, legiony bohaterów i szarże husarii, żywioł, który budzi drżenie serc, a my pieprzymy coś o demokratycznych procedurach. Nie ma po naszej stronie wiarygodności.


Bo co?

– Bo daliśmy dupy. Np. mówiąc, że nie stać nas na to 500 plus. Przez lata powtarzaliśmy – mając rację – że liczy się spójność budżetu, a gadanie o aksjologii jest populizmem groźnym dla ustroju, Geremek nazywał to racją stanu. […] W zbożnym wysiłku tłukliśmy ludziom do głowy te wszystkie liberalne prawdy, nie tylko ekonomiczne, ale też kulturowe, jak szacunek dla mniejszości wyznaniowych, seksualnych itd. I teraz to zostało odrzucone jako krępujące naszą „wolność”. Zerwaliśmy te kajdany i z dumą możemy oświadczyć światu: „Jebać ciapatych!”. Jest w tym coś z rabacji ludowej. Razem z polityczną poprawnością poszedł się pieprzyć zdrowy rozsądek ekonomiczny. A patrząc na demolkę sądów, lud rechocze z uciechy.

Nareszcie można dorżnąć tych, którym wiedzie się lepiej?

– Tak, ale oceny to jedno, a próbować zrozumieć tych ludzi to drugie. […] Czyli te mechanizmy, które wyhodowały patologię. I odwetowe zapędy. Bo oni nie tylko chcą dostać 500 plus, ale chcą, żeby to pochodziło z licytacji majątków tych sukinsynów, którzy rządzili. 


szczególny miesiąc

Po ulicach pomykają pierwsze aniołki, ani chybi więc mamy miesiąc maj.


A wraz z nim Wybory Małej Miss.


Oto zeszłoroczna zwyciężczyni:


Zgred wyczytał, że w tym roku Rodacy wydadzą na tę, w zasadzie już świecką, imprezę 4 mld złotych. Cztery MILIARDY.

Jest to okazja, kiedy stosownym prezentem (uwaga, ponoć w tym sezonie dronów się już nie nosi!) można pokazać rodzinie i sąsiadom, że mamy ten gest! 


I że nam się nieźle powodzi. A osobiste powodzenie Polak interpretuje jako znak, że obdarzony został łaską…

Oj, chyba się Zgredowi wyznania pozajączkowały.  To nie w kraju nad Wisłą, gdzie chrześcijaństwo, jak wiadomo, nigdy głębszych korzeni nie zapuściło. Tak, to jest w krajach nad różnymi innymi rzekami.

Że jest maj, widać także po dziwnie konserwatywnie odzianej młodzieży w wieku późnoszkolnym.


Wybory Dużej Miss odbyły się sto dni wcześniej,

A teraz trzeba wiedzieć, ile ważą dwie cegły, skoro cegła waży trzy kilo i pół cegły?


Zgred za cholerę nie wie, ile ważą te dwie zas…ne cegły, cieszy się więc niezmiernie, że ma to za sobą.

 

Tchórzofretka z damą

Ostatnio strasznie w Polszcze dużo hałasu o Tchórzofretkę z damą, którą państwo polskie zakupiło, co by nikt jej stąd nie wywiózł.

 

 

Nie do końca wiadomo, czy ten ktoś by chciał, albo czy by mógł, ale teraz na pewno nie wywiezie. No i tanio tchórzofretkę dostaliśmy, bo na każdego z nas, drogi Czytelniku, przypada niecałe trzy eurasy. Taniocha!

My tu w Kraju Przywiślańskim nie mamy wątpliwości, że właśnie przy tchórzofretce Leonardo* wspiął się na szczyty swego talentu. Co prawda bezmyślny tłum nogami głosuje za innym portretem mistrza,

 

ale nie od dziś wiemy, że to wraża robota nieprzychylnej nam Europy.

Nasza Dama ma zresztą tam, w Luwrze, kumpelę, Damę z fochem (która wisi kilkanaście metrów od tak podziwianej przez tłuszczę smutaski), przy której nikt się nie zatrzymuje, o czym Zgred pisał już tu w maju 2013.

 

Co wyraźnie pokazuje, że przymioty artystyczne dzieła nijak nie mają się do jego popularności. Przypuszczalna modelka Damy z fochem (oficjalny tytuł La Belle Ferroniére) to zresztą przykład klasycznego sponsoringu, który w quattrocento wyglądał zupełnie tak samo, jak w dzisiejszych czasach. Niejaka Crivelli Lukrecja – o ile to ona – została tu sportretowana chyba świeżo po kłótni ze swoim sponsorem. Swoją drogą, Leonardo bardzo się tu postarał, by to wiernie oddać.

Dziw, że przy obecnych trendach my tu w Polszcze tak bardzo się postaraliśmy o portret tchórzofretki trzymanej przez Gallerani Cecylię, która nie dość, że też żyła w grzesznym związku (zresztą z tym samym gościem), to jeszcze w nim zaciążyła, co zasłania rzeczoną tchórzofretką.

Chyba, że sens jest głębszy, że chodzi tu o symboliczną ochronę życia poczętego, o prawa nienarodzonych?

Ciekawe, że ktoś już walczył o równe traktowanie naszej sponsorowanej z tamtą, w Luwrze, bo na portrecie tchórzofretki dopisał w lewym górnym rogu La Bele Feroniere, dając tym dowód na to, że z kursu języka francuskiego odpadł dość szybko.

Ostatnio pojawiła się na scenie dziejowej (tym razem rozgrywanej w maglu) kolejna niewiasta, Dama z pretensjami. Do kasy, zresztą tej, na którą się zrzuciliśmy.

W młodości klepała biedę, nie mogąc pozwolić sobie nawet na kiecę szytą na miarę,

 

ale przecie się z tej biedy już wykaraskała, co widać tu:

 

Dlaczego więc handryczy się z ojcem o tę kasę? Taka ładna pani, a taka pazerna!

—————————————————————————————

*Antycypując pytania p.t. Czytelników z mniejszym kapitałem kulturowym, tzn. gdzie ów Leonardo grał i na jakiej pozycji, spieszymy wyjaśnić, że liga była włoska, naonczas najsilniejsza w świecie, i że grał  podówczas w drużynie oligarchy Sforzy, na pozycji pomocnika. Bardzo kreatywnego.

 

dojenie kobyły

Jakoś tak, kurde, dziwnie się dzieje, że intensywną politykę historyczną uprawiają tylko kraje o ustroju ewidentnie autorytarnym,

 

czy te, które raźnym krokiem w tę stronę zmierzają, rojąc przy okazji o dawnej wielkości:

 

 

Zgred wie, że trudno nam sobie to wyobrazić, ale w krajach o nudnej, ustalonej demokracji często nawet nie istnieje w języku pojęcie „polityka historyczna”. Kobyłę historii* dawno tam ujeżdżono, uważa się ją za mniej lub bardziej oswojoną, dawno ją weterynaryjnie przebadano, zmierzono i zważono. Tak więc na jej temat nie da się wiele nowego powiedzieć. Historię po prostu się ma, czasem bardziej, czasem mniej chlubną. Bo władza ma to do siebie, że to i owo lubi przemilczeć, czasem wręcz zataić, a zadaniem historyka jest wywlec – w imię prawdy – to, co zalatuje, na światło dzienne. Nikt tam jednak nie widzi potrzeby, by jakąś część historii pisać zupełnie na nowo i za pomocą tej podrasowanej wersji cokolwiek sobie czy światu udowodniać. Zgred ma podejrzenie graniczące z pewnością, że przy historii majstrują wyłącznie ci, którzy czują się niepewnie i chcą nią wyleczyć jakieś swoje kompleksy.

Zgred pisał już o postawie Norwegów, którym dziwnie nie przeszkadzają pomniki duńskich i szwedzkich władców, pisał też o naszych narodowych ciągotach do wykasowywania z historii kraju całych okresów (patrz wpis Rozpirzyć! z 4. grudnia 2017). Ostatnio w Kraju Przywiślańskim odbywa się intensywne dojenie kobyły,

 

tzn. ugniatanie historii jak plasteliny i modelowanie jej w nowy, piękny kształt, by zaspokoić potrzeby chwili. W najlepsze trwa malowanie w radosnych kolorach dość ponurego przecież Międzywojnia, a takoż kitowanie i szpachlowanie pęknięć i szpar w gładkim obrazie szlachetnego Polaka z czasów okupacji.

 

Przy czym postrzeganie historii wydaje się dziwnie płytkie, co o tyle osobliwe, że wśród polityków historycy są wyraźnie nadreprezentowani. Na przykład wymyślają oni sobie nawzajem od Targowicy, bez głębszej refleksji, jakie nasze narodowe cechy i jaka sytuacja ówczesna do niej doprowadziły. A wystarczyłoby trochę się zastanowić (ewentualnie doczytać), żeby człowieka ciarki przeszły i wytrzeźwiał.

Co gorsza, niektórzy mają ambicję utrwalenia swojej wizji historii; manipuluje się więc programem szkolnym, by wychować Nowego Polaka, dumnego z Ojczyzny i przekonanego o jej wyższości nad innymi, słabszymi ojczyznami. No bo albośmy to jacy-tacy?

Nowi Polacy zresztą już są:

 

A właściwie nowi-starzy.

Napisały ostatnio literacko dwie łebskie dziewczyny, Sylwia Hutnik i Grażyna Plebanek

 

coś, czym idealnie utrafiły w sedno omawianej kwestii:

Wyobrażamy sobie kraj, w którym historia jest czymś, co się wydarzyło. Nie można tego odwołać, ani zmienić. Gdzie błędy się omawia, a następnie wyciąga z nich wnioski. I nie trzeba rozwalać pomników ani zmieniać nazw ulic, bo pamięć narodu i tak ma swoje archiwum. Znajdują się w nim rzędy zakurzonych albumów ze zdjęciami, gdzie widać twarze, napisy, scenografie. I gdzie to, co działo się kiedyś, ma swój kontekst i konsekwencje. Jak przy pociągnięciu sznurkiem: zdarzenia następują po sobie, są ze sobą nierozerwalne, ponieważ łączy je logika. Nie można wyciąć fragmentów sznurka i związać go w byle jaki supeł, bo wylezie fastryga. Nikt się nabierze na to, że przeszłość była wysokim szatynem, skoro na zdjęciach widać wyraźnie, że to niski blondyn.

A na koniec rzecze dandys Dehnel

w felietonie sygnalizującym narastającą w Kraju Przywiślańskim tendencję do używania quasi-staropolszczyzny:

… idzie ta Pseudorzeczpospolita Jedynego Narodu w kontuszu z kreszu, z kijem bejsbolowym majtającym się u boku jak parodia karabeli, idzie ten upiór z lat najgorszego upadku, zadowolony z siebie, upojony złotą wolnością, napompowany dumą, dumą, narodową dumą – dopóki historia nie pokaże mu miejsca w oślej ławce i nie każe spłacać długów dzieciom, wnukom i prawnukom.

—————————————————————-

* to taka aluzja literacka, jak jej Czytelniku nie znasz, to se sprawdź.

optymista Hawking

Rozstał się z tym najlepszym ze światów Stephen Hawking. Gość miał, jak to zręcznie ujmuje okoliczna ludność, „łeb jak sklep”. W pokręconym ciele procesor, który mu pozwalał ogarniać nieogarnialne. Jak się wydaje, początkowo podziwiał człowieka i jego intelektualne możliwości:

 

Potem jednak zaczął ludzkość ostrzegać i delikatnie  nawoływać do wzięcia  się w garść.

 

Co Zgreda trochę śmieszyło, bo towarzystwo, które nie było dotąd w stanie dogadać się nawet w kwestii poruszania się po tej samej stronie dróg czy stosowania jednakowych gniazdek i wtyczek,

 

nigdy nie rokowało nadziei na to, że zachowa się racjonalnie w jakiejkolwiek innej sprawie, nawet życia i śmierci.

Zwłaszcza, że w większości obdarzone zostało tzw. „łaską wiary”, w wyniku czego poważnie potraktowało nawoływania typu

«Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»

Czego skutki widzimy gołym okiem.

Skądinąd zdumiewające jest to, że ów cytat z jednej ze Świętych Ksiąg ludzkości żyje i ma się dobrze, a całkiem niedawno posłużył pewnemu cymbałowi do uzasadnienia dorzynania i tak ledwo zipiącego, dotychczas umiarkowanie molestowanego fragmentu Natury w Kraju Przywiślańskim.

Wracając do Hawkinga: przeprowadziwszy kalkulacje, których natury możemy się tylko domyślać, niedługo przed śmiercią zawyrokował, że dla Matki-Ziemi nie ma ratunku. I chociaż, jak wiadomo, „Matka, jest tylko jedna!”

 

Zaproponował matki zastępcze, rozpoczynając od Księżyca i Marsa. Zasugerował też, że o ile ludzkość ma przetrwać, musi zacząć wyp…..lać ze śmietnika, który stworzyła, uczyniwszy Ziemię sobie poddaną, najpóźniej za 30 lat.

Very funny.

 

Wszystko już było

Zgred ma podejrzenie, że nasz niechętny i pogardliwy stosunek do Rosji powoduje brak głębszego zainteresowania tym arcyciekawym sąsiadem. Zapewne więc mało kto wie o tamtejszym ruchu tzw. okcydentalistów, swojsko nazywanych „zapadnikami” (за́падники) w pierwszej połowie XIX wieku. A szkoda, bo historia jest pouczająca.

Bo historia zawsze jest pouczająca.

Nieszczęśni owi „zapadnicy” żywili przekonanie o konieczności zreformowania takiej oto Rosji 

 

w duchu zachodnioeuropejskim.

Krytykowali oni carskie samodzierżawie i w swojej naiwności domagali się zastąpienia go systemem rządów znanym z krajów zachodnich. W owych czasach (!) odchodzili od prymatu wiary, sprzeciwiali się krępowaniu swobód obywatelskich, nadmiernemu ingerowaniu państwa w życie publiczne oraz w życie jednostki.

 

Rywalizowali z nimi słowianofile, którzy owszem, dostrzegali konieczność rozwiązania szeregu problemów społecznych Rosji, ale inspiracji dla dokonania niezbędnych reform poszukiwali w jej historii, utrzymując, że każde państwo rozwija się we właściwy sobie sposób i broń Boże nie może wzorować się na innych. Opowiadali się za usunięciem z Rosji elementów kultury zachodniej, wprowadzonych do kraju przez obłąkanego Piotra Wielkiego, twierdząc, że ich pojawienie się zakłóciło harmonijny rozwój społeczeństwa. Za szczególną zarazę uważali zachodni racjonalizm i legalizm.

Brzmi Państwu znajomo?

Jak wiadomo, na szczęście słowianofile odnieśli w Rosji w końcu zwycięstwo,

 

 

chociaż nie bez kilkudziesięcioletniego okresu błędów i wypaczeń.

 

 

Nawiasem mówiąc, jedną z ciekawszych postaci owej XIX-wiecznej debaty był arystokrata z pochodzenia, Michaił Aleksandrowicz Bakunin.

Był on wielkim przyjacielem ciemiężonej wówczas (a niektórzy twierdzą, że zupełnie do niedawna) Polski, a osobistym m.in. Julka Słowackiego. W roku 1863 był jednym z inspiratorów zorganizowania z Zachodu wyprawy, która miała m.in. na celu pomoc polskiemu powstaniu styczniowemu.

Miał też różne ciekawe przemyślenia, ale to zbyt szeroki temat.

 

wędrówka ludów I

Zgred nie raz już na tych łamach podkpiwał sobie z tych, którzy mają złudzenia co do możliwości powstrzymania marszu biednego Południa ku bogatej Północy. Nie trzeba bowiem studiować historii by wiedzieć, że wędrówki ludów nikt nigdy i nigdzie jeszcze skutecznie nie zatrzymał. Jest mozolna i nieubłagana, a przybysze stopniowo zasiedlają nowe dla nich tereny i zmieniają tamtejsze stosunki ludnościowe i zastaną kulturę.


Zgred nie przepada za Ludwikiem Stommą, bo działa mu na nerwy jego samozadowolenie; przyznać jednak musi, że potrafi on czasem coś wyjątkowo zgrabnie ująć i ładnie opowiedzieć. Ostatnio LS zajął się wspomnianą wędrówką ludów, tłumacząc ją wojną i biedą, która jest

[…] zupełnie niewyobrażalna dla bezrobotnego nawet i bezdomnego ze Starego Kontynentu.  Nieuleczalne wobec braku lekarstw choroby. Wszechobecny głód i nadzieja długości życia w granicach 30 lat.

[…] Tymczasem ludzie chcą żyć. Nawet byle jak, patrząc z naszego, cywilizowanego punktu widzenia. W minimalnym bezpieczeństwie, bez skręcającego bólu w pustym żołądku, z żywo narodzonymi dziećmi. Nie jest tajemnicą, jak potężny jest w przede wszystkim młodym człowieku instynkt życia. To, czego dokonują walczący o życie, nie przyszłoby nawet do głowy instruktorom w „szkołach przetrwania” – popularnej rozrywce szukających mocnych wrażeń sytych Europejczyków. Dlatego też przepaści między Północą a Południem utrzymać się nie da.


[…] Od ziem przeklętych dzieli nas tylko Morze Śródziemne – płytka kałuża nawet w skali naszej niewielkiej planety. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu południowe Włochy, Sycylia, Grecja, Hiszpania nie miały żadnego kłopotu z przybyszami z Południa. Potem były to indywidualne przypadki, nieco później pojedyncze grupy. Dzisiaj jeszcze większość śmiałków idzie na żer smakowitym tutejszym rybom. Ale docierają już do przeciwległych brzegów tysiące. Eskalacji tego procesu nikt nie zatrzyma, jak i posuwania się przybyszów na Północ. Taka jest logika dziejów i logika życia.


[…] Czyli wybór jest prosty. Albo podać rękę, albo wbić nóż – alternatywa, która, jak nawołuje papież Franciszek, chrześcijaninowi nie powinna  w ogóle przyjść do głowy. Jest jeszcze druga: albo my ich przyjmiemy, albo on sami wejdą, bo nie mają innego wyjścia.


Możemy się jednak pocieszać, że z tego powodu przyszłym, odległym od nas pokoleniom nie grozi los np. Etrusków, choćby z tej prostej przyczyny, że – jak powiada Naomi Klein – „z tej planety nie da się już więcej wycisnąć”. Więc tych pokoleń po prostu nie będzie.  

ta półtora

Niniejszy wpis powstał na zamówienie przyjaciela Zgreda, Tomasza M., którego znudziły elukubracje niniejszego autora na temat dziwności użycia słowa „półtora” przez ludność kraju. Zgred długie lata wierzył, że jest to odmieniający się przez rodzaje liczebnik, stąd „półtora roku/miesiąca” (bo ten rok/miesiąc), ale „półtorej doby” (bo ta doba). Powszechne jednak w ludzie polskim traktowanie słowa „półtora” jako rzeczownika i używanie go w zaskakującym połączeniu z innym rzeczownikiem, np. „półtorej miesiąca/roku” skłoniło Zgreda do rewizji swojego spojrzenia na gramatykę naszego języka. Zgred ma bowiem wielką wiarę w zasadę „skoro wszyscy ci mówią, że jesteś pijany i nie powinieneś prowadzić samochodu, to oddaj kluczyki i idź spać”*. Tak więc Zgred przyjął do wiadomości, że uczeni w piśmie się mylą i „ta półtora” to jednak rzeczownik, a nie liczebnik i postanowił sobie tę półtorę wyobrazić. Zgred ma w tym niejaką wprawę, bo odkrył już kiedyś każuala (wpis „Chrońmy każuale!” z 19 marca 2013). Zgred wyobraża sobie, że tu może też chodzi o jakieś zwierzę, które roboczo można nazwać np. unumetdimidialis zgredilis. Półtora mogłaby na przykład wyglądać jak ta oto półtora nieszczęścia:

 

Inne wersje półtorej są oczywiście dopuszczalne i Zgred ogłasza niniejszym konkurs na jej wizerunek. Najlepsze półtory będą nagradzane.

——————————————————————-

*Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy ci „wszyscy” zmówili się, żeby cię odrzeć z godności i podmiotowości, bo chcą, żebyś został na kolanach; wtedy walcz i upieraj się, że jesteś trzeźwy, nie trać nadziei, że może znajdziesz kogoś, kto cię w tym utwierdzi – śmiało siadaj za kierownicę i udowodnij tej bandzie.

marudzenie

Tak się jakoś składa, że nikt z cenionych przez Zgreda i chętnie przez niego czytywanych ludzi pióra nie tryska entuzjazmem do aktualnej wersji Polski. Zgred wielokrotnie się zastanawiał, dlaczego tak jest i jakoś nie potrafi znaleźć sensownej odpowiedzi. Może oni wszyscy mają jakiś feler, jakąś skazę, która każe im kwestionować, krytykować, podważać i ogólnie nie pozwalać się ponieść fali entuzjazmu z powodu, że Kraj Przywiślański wreszcie odzyskał podmiotowość i jest w świecie traktowany z coraz większym respektem? Może dokucza im wszystkim śledziona, albo inny jakiś organ, w związku z czym nie potrafią cieszyć się życiem w wolnym, demokratycznym, praworządnym i coraz sprawiedliwszym kraju, w którym trwa długo wyczekiwany proces wymiany elit z gorszych, tylko polskojęzycznych, na lepsze, nasze?

Na przykład taka A. Bielik-Robson, już kiedyś przez Zgreda przywoływana przy okazji napomknięć o fenomenie Big Brothera i Warsaw Shore (wpisy z 3 listopada i 14 grudnia 2013) marudzi w wywiadzie w taki oto sposób:

Polska jest w stosunku do Zachodu kompletnie zaburzona czasowo. Oświecenie miało rządzić kierunkiem historii, decydować o tym, czym jest postęp, nakreślić mapę dziejów powszechnych. A polskie społeczeństwo jakoś z tych kolein wypadło, tkwi w osobliwej achronii, ahistorycznym bezczasie. […] Oczekiwanie, że nagle Polska nadrobi 500 lat trwałego zapóźnienia, jest naiwnością. […] Nie wystarczyło otworzyć kolejnego wydziału europeistyki i zagonić tam studentów w oczekiwaniu, że po kilku latach wyjdą z nich gotowe kadry modernizacyjne. Jak mówią specjaliści od historii intelektualnej, pewne idee muszą się głęboko zakorzenić, muszą uzyskać tzw. długie trwanie.

I dalej:

[…] Wszyscy wiedzieli, że w polskim społeczeństwie tkwi pokusa regresu. Przecież w 1989 r. jedynie aktywna mniejszość chciała liberalno-demokratycznych przemian. Milcząca większość podeszła do tego projektu bez entuzjazmu, niewykluczone, że dalej wolałaby tkwić w PRL, takim „fajnym, jak za Gierka”.

 

[…] Duża część społeczeństwa, która najpierw nie bardzo chciała zmian, a ostatecznie nie skorzystała na nich dostatecznie, dorwała się w końcu do głosu i zaciągnęła hamulec. Wybrana przez nią partia rządzi, tanecznym krokiem wracając do PRL, ale pod auspicjami antykomunizmu. Jarosław Kaczyński znakomicie rozgrywa wszystkie nostalgie związane z ideą państwa jako przedszkola, w którym nikt nie musi stawać się dorosły, nikt nie musi się o nic troszczyć, bo zrobi to pani wychowawczyni.


Ci bardziej wyrywni to wówczas tylko zdradzieckie łże-elity, które jak wiadomo, kradną i żerują na prostym ludzie. Transformacja to krwiożerczo-złodziejski akt kolonizacyjny. Historia III RP natomiast to historia uzurpacji, zamachu stanu, jakiejś obcej normy narzuconej z zewnątrz, tym razem przez Brukselę. W PiS jest dużo inteligencji, która postanowiła wypowiedzieć posłuszeństwo transformatorom. Jako narodowi inteligenci pełnymi garściami korzystają z języka postkolonialnego, traktując sytuację ostatnich 30 lat jak klasyczny najazd konkwistadorów z Zachodu, któremu musi się przeciwstawić to, co autentycznie polskie. […] Tutaj najważniejszy jest resentyment wobec wszystkiego, co jakoś obce, podsycany przez religię monolityczną, czyli dla wszystkich bez wyjątku. Ideałem, do którego ten regres odrzucający transformację zmierza, to Polska będąca syntezą różnych okresów PRL. Władysława Gomułki, żeby ciągle gonić te paskudne elity i zapewniać masom to miłe poczucie egalitaryzmu.

 

Kardynała Wyszyńskiego, żeby dać im religię w postaci zamkniętego w sobie ludowego katolicyzmu, dla którego nie ma żadnej alternatywy. I Edwarda Gierka, który dosypuje kolejne 500 plus, a więc daje poczucie ekonomicznego zadowolenia. To jest oferta, która jeśli się nie sypnie gospodarczo, jest nie do przebicia.

[…] [Wyborca] zawsze wybierze PiS, bo ta partia oferuje mu pakiet doskonały. Co można sobie lepszego wymarzyć, syntezę różnych okresów PRL plus telewizję, która mówi od rana do wieczora, że jesteś solą ziemi i prawdziwą elitą, oraz księdza, który mówi to samo? Nikt tego nie przebije.


krakanie trochę z boku

A trochę z boku kracze Chris Niedenthal. Jakby ktoś nie skojarzył, chodzi o gościa, który w Warszawie w stanie wojennym pstryknął to zdjęcie, setki razy reprodukowane:

 

A kracze trochę z boku, bo on nie do końca nasz.  To trochę jednak Angol. Ktoś powie, że Niedenthal has gone native, jak mówią w dyplomacji, uzasadniając konieczność odesłania dyplomaty do domu. Ale Zgred nie wierzy, że ten gość jest całkiem Polakiem, mimo rodziców, obywatelstwa i Polonia Restituta. Bo zdążył nasiąknąć tamtą kulturą, chociaż się od niej odżegnuje. Dla Zgreda kryterium jest sposób picia herbaty, którą Niedenthal jeszcze czas pewien po przeprowadzce do Polski sporządzał w obrzydliwej, angielskiej wersji, u nas, nie wiedzieć czemu, zwanej „bawarką”. Więc daleko mu do 100% polskości, z naszym cienkim czajem, niekiedy wciąż zaparzanym z „esencji”, a nawet z użytej już raz torebki, jak w Poznaniu i Krakowie… Więc jednak patrzy na Polskę trochę z boku, nie ma siły. Ale też jest na nią chory, jak Celiński. Rzecze ów Niedenthal:

[…] Wydaje mi się, że przez ostatnie 27 lat Polacy nie zdążyli polubić własnego państwa, dlatego trochę im nie zależy, że właśnie jest niszczone. Urodziłem się w Londynie, ale w Polsce przeżyłem najlepsze chwile swojego życia i smutno mi, że kraj, który pokochałem, tak brzydko się zmienia.

[…] W głowie mi się nie mieści, jak w mieście, w którym powstanie warszawskie otaczane jest takim kultem, można było dopuścić do przemarszu faszystów. […] Czuć było, że czują się pewnie. Mają ciche przyzwolenie ze strony władz. Nie muszą się już kryć ze swoimi poglądami. Jak mogło dojść do tego, że ksiądz błogosławi oenerowców przed marszem? Dzwonią do mnie znajomi z zagranicy i pytają, co się dzieje. Polska w oczach Europy staje się krajem niezrozumiałym, obcym.

[…] Jak się spojrzy szerzej na to, co się dzieje na świecie, to rzeczywiście widać jakiś zły trend. Działania Putina na Ukrainie, wybór antydemokratycznego prezydenta w USA, tak jakby ludzie zmęczyli się tym długim okresem bez wojny i podświadomie do niej parli. Pozornie to brzmi bez sensu, ale jest w nas jakiś gen samozagłady i obym się mylił, ale chyba właśnie się uaktywnia. Zapomnieliśmy już, czym jest wojna, i zaczynamy niebezpiecznie flirtować z myślą, że może nie byłoby takie złe podpalić świat jeszcze raz.

(z wywiadu w Polityce)


fot. Michał Buddabar

[…] Nieocenioną rolę w praniu mózgów pełnią tak zwane narodowe media. Zadziwiająco dużo osób nadal je ogląda, słucha tej propagandy rodem z PRL-u. Przecież ten styl konstruowania przekazów informacyjnych, styl mówienia, myślenia i tłumaczenia jest wypisz wymaluj z czasów komuny. I wciąż to działa na ludzi.

[…] Jest mi przykro, że PiS przytrafił się nam właśnie w momencie, gdy ciężka, mozolna praca Polaków w stronę integracji z Zachodem zaczęła przynosić efekty. Mieliśmy jakąś pozycję w Europie, wbrew temu, co mówi władza. Nie byliśmy na kolanach przed Unią Europejską. Za to teraz jesteśmy, bo nikt nas nie słucha, straciliśmy wiarygodność. Za chwilę nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Putin zaciera ręce, bo od dawna chce zdestabilizować Unię Europejską, a teraz może to robić również naszymi rękami.

[…] Anglia też już nie jest w tej chwili normalnym krajem. Mam pecha, że należę do dwóch krajów, gdzie jeden zupełnie zwariował, a drugi wprawdzie jest w silniejszej pozycji, ale też coś mu odbiło. Przez wiele lat byłem szczęśliwy mając do dyspozycji paszport brytyjski i polski. Teraz nie jest już różowo.

(z wywiadu w WeMen)