Jak żyć?

Wszystko się zmienia.

Onegdaj na wjeździe do wsi Zgreda postawiono taką oto tablicę,

a na wyjeździe, a właściwie wjeździe od drugiej strony, taką:

Tak oto do wsi Zgreda wkroczyła globalizacja.

W tej zmiennej rzeczywistości człowiek potrzebuje stałych punktów odniesienia, takich kotwic, które utrzymują jego świat w konkretnym miejscu i nie pozwalają mu odpłynąć w nieznane. Rzeczy niezmiennych, instytucji, które trwają. I nawet te zawodzą: na przykład nie ma już Królowej.

W życie Zgreda weszła z przytupem, bo włożono Jej na głowę ciężką i niewygodną koronę

tego samego dnia, kiedy w małym miasteczku na wschodzie Europy on właśnie wydał z siebie pierwszy wrzask. Przypuszczalnie już wtedy przeczuł, że lekko nie będzie.

Siedziała na tym tronie, kiedy Zgred przeżywał młodość durną i chmurną, była tam, kiedy wszedł w wiek męski, wiek klęski, tkwiła tam, kiedy zrobił swój pierwszy życiowy błąd, miłościwie panowała, gdy popełniał wszystkie następne. I co? Odeszła, a Zgred został. W świecie, który coraz trudniej mu zrozumieć. Jako mizantrop Zgred unika z nim kontaktu, a wiedzę o nim czerpie bezpiecznie, nie z obserwacji uczestniczącej, a z internetów. I co chwila jest zaskakiwany.

Dni temu cztery czyta na ten przykład na Onecie artykuł o kotach-atencjuszach, a tam takie zdanie: Jeżeli zachowanie waszego pupila zmienia się diametralnie i wyczuwamy desperackie błaganie o uwagę ze strony czworonoga, to przede wszystkim należy zrozumieć przyczynę takiego behawioru. Zgred przeczytał i mocno się zafrasował, bo jako żywo wydawało mu się, że jego koty sygnalizują w ten sposób pustą miskę, a tu się okazuje, że to behawior. I trzeba go specjalnie rozkminiać.

A na kolejnej stronie wielki tytuł: CICHOPEK ODPOWIADA SMASZCZ. Zgred myślał, że z nagłówka zawsze da się wyczytać coś na temat zawartości newsa,  a tu ni chu. Czy ten Cichopek na forum publicznym prowadzi jakąś rozmowę z tą Smaszcz?  A może Smaszcz coś Cichopkowi bałachnęła, a teraz Cichopek się odwinął? A może Smaszcz  rzuciła w przestrzeń pytanie, np. o sens tego wszystkiego, i to właśnie Cichopek dostarczył konkluzywnej odpowiedzi? A może Smaszcz zrobiła przetarg na siebie w jakimś kuplerskim programie telewizyjnym, Cichopek zawalczył i wygrał, tzn. podpasował tej Smaszcz? A może poszła plotka, że Smaszcz puszcza Cichopka kantem i ona teraz to dementuje? Relacje międzyludzkie mogą być takie skomplikowane.

Na szczęście wciąż jest to i owo, co się nie zmienia.

Na przykład pracowicie wpajane polskim kursantom przez kolejne pokolenia instruktorów jazdy, że kierunkowskaz nie sygnalizuje zamiaru skrętu, a sam skręt. I że najpierw hamulec, potem migacz i skręt. Wpajane owocnie, trzeba przyznać.

Albo na ten przykład, że opozycja knuje, knuje,

A Naczelnik Państwa bardzo się tym niepokoi.

Boh trojcu lubit

Złe języki gadają, że Tym tam chodzi tylko o kasę (pięknoduchy powiedziałyby: konfitury), że zasadą naczelną Tych tam jest TKM , czyli „tera, kur..*, my”, że Oni jak ta szarańcza obsiedli to Polskie drzewo

I że nie spoczną, aż ogryzą do końca,

no bo przecież bratu szwagra kuzyna też coś się od życia należy, a ciocia dziesięć lat przepracowała jako księgowa, to co, jako wiceminister finansów sobie nie poradzi?

Nie, nie sprowadzajmy tego do ludzi! Szanowni Państwo, TO NIE LUDZIE, TO IDEOLOGIA. Czuwają nad nią Pan Zdzisław, Pan Ryszard i Pan Jarosław.

Taka „trojka”, która pracowicie ciągnie te Polskie sanie.

A taka trojka przyspieszyć też potrafi, jak trzeba, nie bójcie się.

Trójek nie lekceważmy: kiedyś trójki murarskie odbudowały nam Ojczyznę i co, źle odbudowały?

Wschodni nasi bracia Słowianie to do trojki mają sentyment;

mawiają Бог троицу любит, trojka u nich w wielkim poważaniu.

Ale wracajmy do Naszej Trójki.

Aspiruje do niej jeszcze Pan Patryk,

Ale póki co śpi w nogach i biega po piwo, jak to Młody. Ostatnio mówił, że Ojczyzna kiedyś już raz upadła, bo polskie elity brały pensje od obcych potencji. No i głupio wyszło, bo on sam, Pan Zdzisław i Pan Ryszard biorą przecież pensje od Unii, czyli Niemców. Tylko Pan Jarosław nie musi, bo pieniędzy nie potrzebuje i w ogóle o nie nie dba. On nadaje kierunek.

Pytacie Państwo o tę ideologię? No, sprawa jest złożona, nie na darmo profesorskie głowy Pana Zdzisława i Pana Ryszarda się nią zajmują. A bezsilni ich wrogowie mogą se co najwyżej coś nabazgrać:

————————————————————–

* chodzi, oczywiście, o „kurde”

słabnie patriotyzm

W ramach programu „podróże kształcą” Zgred i M-lle udali się tradycyjnie w kierunku południowym, żeby odpocząć od trudu konfrontowania się na co dzień z wyzwaniami aktualnego życia w najnowszej wersji III RP. Przy tej okazji, będęcy na lotnisku,  Zgred zauważył tam pewne wzmożenie patriotyczne, m.in. w postaci patriotycznego podgłówka do samolotu,

patriotycznych pralinek w sklepie wolnocłowym z portretem Wielkiego Polaka,

a także takiego oto wielkiego plakatu:

Szczególnie ten ostatni zastanowił Zgreda swoją perswazyjną wymową. No bo przyznajmy, patriotyzm w Polsce nie ma się najlepiej. Są nawet oszczercy, którzy za jakieś obce pieniądze twierdzą, że nie ma z czego być dumnym, zwłaszcza ostatnio.

Pewną miarą osłabienia polskiego patriotyzmu jest kwestia tzw. Pałacu Saskiego.

Że trzeba go odbudować, to jasne, no bo mieszkali tam Szopen ze swoim starym, Chopinem (co z tego, że pałac wyglądał wtedy zupełnie inaczej?),

a potem nasi matematycy łamali w nim Enigmę!

Są tacy oszczercy, którzy twierdzą (ciekawe, w czyim interesie?), że w ostatniej, XIX-wiecznej odsłonie był to po prostu shopping mall, centrum handlowe zaprojektowane dla ruskiego kupca, jakiegoś Iwana Skwarcowa.

I że po nim przejęło go niby carskie wojsko i miało tam siedzibę warszawskiego okręgu wojskowego tego swojego Imperium,

Ale przecież potem było tam Nasze Wojsko i miał tam swoją siedzibę Sztab Generalny, który tak dzielnie bronił Polski w 1939!

Nasze Władze w tej ciężkiej sytuacji wysupłały 3.200.000 zł na akcję promocyjną, w którą zaangażowało się tylu Sławnych Ludzi

i proszę sobie wyobrazić, że z ulgi podatkowej na ten cel skorzystało tylko 95 osób i że w sumie zebrano dotychczas 150.000 zł. Skandal! Gdzie ten polski patriotyzm? Na meczach hymn śpiewają, mordy drą, aż się Narodowy Kosz trzęsie, a wydać parę groszy na taki Zasłużony Zabytek nie łaska?

Pewnie jak zwykle w Polsce chodzi o zazdrość, bo prezesi w spółce „Pałac Saski” zarabiają niby ponad 30.000 miesięcznie. Zarabiają, bo odpowiedzialność duża – przed Narodem i Historią!

Białego Orła przypadki

Nie dalej jak wczoraj Pan Prezydent tradycyjnie odznaczał zasłużonych Polaków (i Polki, ale rzadko) najwyższym odznaczeniem RP, Orłem Białym. Tym razem załapał się wreszcie Pan Antoni.

Order jest starożytny i bardzo ładny,

ma błękitną szarfę, jak Państwo widzicie wyżej, zakładaną na prawe ramię do lewego boku. Jest to taka osobliwość, bo wszystkie inne szarfy orderowe na świecie idą z lewego ramienia do prawego boku, ale my, Polacy, jak to Zgred po wielokroć opisywał, mamy nasz własny, niepowtarzalny sposób robienia różnych rzeczy. Z Orderem idzie gwiazda na pierś; kiedyś skrzyła się diamentami – dlatego tę konkretną 3 lata temu z Drezna buchnęli, a teraz wystawili na sprzedaż w Darknecie,

albo była haftowana złotogłowiem i przyszywana do kontusza czy fraka. Do dziś można taką znaleźć w jakiej starej trumnie i odpruć:

Wszystko jednak psieje, więc robią ją teraz trochę po taniości:

Co nie dziwi, bo w III RP nadano Order Polakom już 177 razy. W II RP byli bardziej skąpi, nadali go tylko 24 razy, a i wtedy też nie obyło się bez wpadek. Dostał go np. Benito (1923), ale kto mógł wtedy wiedzieć?

Były też różne zawirowania: kiedy trzykrotny premier RP, wójt z Wierzchosławic, okazał się wrogiem Narodu, bo chciał obalić aktualny rząd, to trzeba było mu odebrać (1931). A kto daje i odbiera, wiadomo. Potem (1939) mu zresztą oddali, bo zmieniła się władza, ale co mu przykrość zrobili, to jego.

Mało kto wie, że Order po powstaniu listopadowym przywłaszczył sobie jeden z królów Polski rezydujących w Petersburgu (a Ty, edukowany w polskiej szkole Czytelniku, pewnie myślałeś, że po Stanisławie Auguście Poniatowskim już królów polskich nie było?) i zmieniwszy nieco insygnia,

nadawał zasłużonym dla Imperium.

Jak to dobrze, że do zasobów Prezydenta RP nie zaplątał się przez pomyłkę jeden z tych trefnych ruskich egzemplarzy i nie został komuś wczoraj przypięty. To by dopiero było!

klawe życie

Taki cysorz czy inny król albo królowa to mają klawe życie. No bo weźmy na ten przykład tą królową, co ją dopiero co pochowali. Chciała poznać Bonda, to se go do pałacu wezwała i poznała.

Albo tego miśka w budrysówce, co w kapeluszu nosi kanapki.

Ale po prawdzie, to głównie z prezydentami się spotykała, z niektórymi chyba niechętnie, ale mus to mus. Niektórzy byli młodzi, jak ten, co żadnej babie nie przepuścił, aż się dla niego truły:

A inny to znowóż lisek taki, kłamał jak z nut, niby premier jaki, a przecie prezydent:

Ale ten następny, niby jakiś taki nijaki, ale od razu wiedział, jak kobitę zbajerować:

A czasem kowboj mógł się trafić i aktor, dwa w jednym. Temu, to nikt kitu nie wcisnął i Królowa się na nim od razu poznała. I wypić też lubiał.

Ten następny też bajerował, ale słabo jakoś. To trzeba umieć!

A ten następny to dopiero jajcarz i swój chłop. Cygaro zapalić albo co innego, na saksofonie w jakiejś piwnicy zagrać…

A ten? — Naprawdę? Co pani powie, nie wiedziałem!

Ale od takiego czarnego, to czego ona mogła się dowiedzieć?

Za to ten następny, to był dopiero prezydent, jak się patrzy. Z nikim się nie obcyndalał. I komu to przeszkadzało? Pewnie jakiś spisek, wiadomo czyj!

No bo ten, co po nim, ciaptak jakiś i stary pierdziel.

A z innych krajów też jej prezydentów przyprowadzali. Ten, zdaje się, z Holandii? Szkoda sobie głowę zawracać.

Z tym od razu widać, że różnymi językami mówią, bo on, jak to żabojad, lengłidżem ani w ząb:

A ten? Nie wiadomo, z Afryki może.

krew, pot i łzy

Dni temu kilka Zgred w celach czysto prokrastynacyjnych włączył telewizor, i na którymś przypadkowym kanale oczom jego ukazał się mecz piłkarski. Zgred jął ten mecz oglądać, mimo, że nie katuje się meczami poniżej poziomu kilku najeleganciej grających drużyn świata, a w ostateczności kadry narodowej, a te ekipy na takie mu nie wyglądały. Tym razem jednak postanowił potraktować oglądanie jako ćwiczenie czysto intelektualne (sic!), mające na celu ustalenie, za pomocą logicznego wnioskowania, kto tu mniej więcej z kim gra. Zgred stara się albowiem trzymać na dystans tego Wujka z Niemiec (jak mu było? Jakoś tak na „A”?), a grzanie zwojów mózgowych zadaniami różnego rodzaju ponoć w tym pomaga.

Roboczą hipotezą dotyczącą drużyny z czerwoną gwiazdką było to, że to jakaś ekipa z Afryki.

Rychło jednak hipoteza ta upadła, bo pojawił się wśród czarnych braci jakiś białas, a ten czas jeszcze nie nadszedł, żeby afrykańskie drużyny po świeże mięso wysyłały skautów do Europy.

Nazwiska na plecach gladiatorów (Santos, Holes, Traore, Usor, Tiehi, Dorley) niewiele pomogły, więc Zgred jął lustrować drużynę przeciwną, która już zawczasu włożyła żałobne koszulki.

Tu sytuacja wydała się łatwiejsza, bo Arsenić (kapitan), Kovacević (bramkarz) i Rundić (zawodnik) mocno pachnieli Bałkanami. Chociaż… Tudor (Zgred myślał, że ta dynastia wymarła), Papanikolau, Berggren wyraźnie byli skądinąd. Zresztą na boisku pojawił się jakiś Czyż, bo Polacy, jak wiadomo, są wszędzie. Tak czy owak Żałobni walczyli dzielnie, nie żałując krwi, potu i łez, i chociaż podstawiali nogi

i wzywali Boga nadaremno,

Nie dali rady.

Aha, potem się okazało, że to czeska Praga spuściła łomot Częstochowie, i że te chłopaki w miesiąc zarabiają kilka razy więcej, niż Ty, Czytelniku, przez cały rok. Dlaczego? Ano, bo w odróżnieniu od Ciebie, coś umieją.

Mondo gatto

1. Chudzia

Jakieś sześć lat temu, któregoś ranka po prostu pojawiła się na gumnie. Dzikie koty stale bowiem patrolują okolicę, poszukując szczęścia, czyli czegoś do zjedzenia. Koty udomowione, tak zwane wychodzące, też zresztą patrolują okolicę, ponieważ ich ambicją jest mieć jak najwięcej domów i stołować się w każdym z nich.

Była chuda, niezbyt higieniczna i na dodatek miała wredną mordkę, ale Zgred, pomny, że w Piśmie powiedziano „głodnego kota nakarmić, spragnionego kota napoić” spełnił swój chrześcijański obowiązek. Zgred uważa albowiem, że w kwestii kotów, posiadanie domu na wsi zobowiązuje. No i Chudzia zaczęła rano zaglądać  do Rezydencji na śniadanie, po czym udawała się dalej w sobie tylko wiadomych sprawach. Chudzia to właściwie zdrobnienie od Chudoby, ponieważ, kiedy jeszcze nie miała imienia, pewien dawno nie widziany znajomy, którego Zgred poinformował o swojej przeprowadzce na wieś, spytał: „a chudobę jakąś masz?”

Chudzia pozostała dzikim kotem, więc przyjaźń z nią była  szorstka. Zgred któregoś dnia zapragnął ją pogłaskać; był to błąd, którego więcej nie powtórzył.

Zimą Zgred zauważył, że Chudoba przychodzi na śniadanie z drewutni, więc zrobił jej tam ocieplany domek. Żadne wyżyny sztuki architektoniczno-inżynierskiej, ale zawsze. Nie znaczy to, że Chudzia tam zamieszkała, ale miała tam, w każdym razie, miejsce stałego zameldowania; czasami przepadała na tydzień, dwa, w porywach trzy.

2. Szylkretka

Którejś jesieni Chudzia przyprowadziła ze sobą dwa małe kotki.

Nie ma pewności, czy kocięta były jej, czy przysposobione, chociaż jeden był podobnie łaciaty. Drugi natomiast był szylkretowy, i ten się nie wykruszył. A właściwie nie wykruszyła. Szylkretka długo nie miała imienia; roboczo nazywana była Kotem Chagalla.

3. Buras

Tak ze dwa lata temu Chudzia, odkarmiona, podstępem odrobaczona i wyleczona z jakichś tam swoich kocich chorób, najwyraźniej zyskała na atrakcyjności na erotycznym kocim rynku, bo zaposiadła  partnera, niejakiego Burasa. Był może nieduży, ale zawsze.

Buras nie był tu dobrze widziany, ale tolerowany, bo z Chudzią i szylkretką stworzyli jakąś formę podstawowej kociej komórki społecznej. A właściwie społecznego ménage à trois, chociaż szylkretka była nieletnia.

I wtedy, a był to brzemienny w skutki marzec, na gumnie pojawił się Metody.

4. Metody

Metody był czarny jak smoła i dostał tak na imię, ponieważ pierwszy kot w historii Rezydencji był też czarny jak smoła, a miał na imię Cyryl. Ale to zupełnie inna, długa historia.

Metody był jednookim piratem, seksualnym drapieżcą, który długo w okolicy nie zabawił. Wystarczająco długo jednak, bo pozostawić po sobie ślad. Był jak żołnierz Armii Czerwonej: zanim pociągnął dalej, na Berlin, brał wszystkie, bez względu na wiek. Zgred przypadkiem stał się świadkiem wyjątkowego bestialstwa: Metody posiadł Chudobę w przytomności Burasa, dwa razy od niego mniejszego i bezradnego.

Latem Chudoba urodziła 4 kocięta, które Zgred znalazł rano w drewutni martwe. Następnego dnia szylkretka urodziła trojaczki. Dwa kocięta były szylkretowe, po matce, a jedno czarne jak smoła, ewidentnie po Metodym – ale u kotów trojaczki przyrodnie to nic nadzwyczajnego.

Lepsza Połowa Zgreda (znana też jako M-lle) nadała kociętom robocze imiona Hyzio, Zyzio i Dyzio, i tak były nazywane, dopóki nie okazało się, że to

5. Hyzia, Zyzia i Dyzia

Ich matka, nieletnia, nie miała za dobrze rozwiniętego instynktu macierzyńskiego; na szczęście jej własna matka (?), czyli Chudzia, wciąż w szoku poporodowym, uznała chyba kocięta za swoje. Karmione przez dwie kotki i dokarmiane przez Zgreda i jego Lepszą Połowę, rosły jak na drożdżach.

I wtedy Zgred i jego Lepsza Połowa kilkakrotnie zaobserwowali niezwykłe w przyrodzie zjawisko: kiedy obie matki udawały się na łowy (bo przyszedł czas zaznajomienia maleństw z odwiecznym obiektem kocich zabaw, myszą), Buras, który tymczasem popadł był w melancholię i nie ruszał się z ogrodu, pilnował rozpełzających się na wszystkie strony kociąt, zaganiając je do kupki jak pies pasterski. Zyskał sobie w ten sposób uznanie i wielką sympatię Zgreda i jego Lepszej Połowy.

Po jakimś czasie siostrzyczki były już na tyle ruchliwe i wszędobylskie,

że trzeba było zastanowić się nad ich przyszłością. Nikt nie chciał dla nich przyszłości w postaci przemiany w koty 2D na przebiegającej obok Rezydencji szosie; Zgred dał więc stosowne ogłoszenia. Bez większego skutku. Tylko Hyzia poszła w końcu, jak to mówią, do ludzi.

Dyzia, czarna jak smoła, nie miała szans, bo w oświeconym polskim społeczeństwie panuje wielka podejrzliwość w stosunku do czarnych kotów. Zgred sam zna pewną wykształconą osobę, która zapragnęła mieć kota, „tylko nie czarnego, byle nie czarnego”…

Tymczasem depresja Burasa pogłębiła się i któregoś dnia został znaleziony na poboczu wspomnianej szosy, 30 m od Rezydencji. Krańcowo upokorzony przez Metodego, nigdy całkiem nie przyszedł do siebie i chyba nie zależało mu już tak bardzo na życiu. Zgred zabrał go z szosy i pochował w ogrodzie, pod wielkim kamieniem. Spoczywaj w spokoju, Burasie.

Lepsza Połowa Zgreda tymczasem zakochała się w Zyzi, która pewnego dnia wtargnęła do domostwa i odmówiła wyjścia. I została kotem domowym. Teraz wygląda tak:

Miesiąc później dołączyła do niej Dyzia, a czas był najwyższy, bo już powoli dziczała. LPZ wzięła je obie do siebie, do Miasta. Teraz Dyzia wygląda tak:

A niedługo później zniknęła na dobre Chudzia, która już od pewnego czasu wyglądała niewyraźnie. Pewnie, jak to koty mają w zwyczaju, ukryła się gdzieś i cichutko zeszła z tego kocich łez padołu. Requiescat in pace, Chudziu… Dołącz do Burasa w krainie wiecznych łowów na myszy.

6. Kózka

Tak więc w drewutni ostała się jeno matka trojaczków, szylkretka, a.k.a. Kot Chagalla, ze względu na luźny stosunek do macierzyństwa niestandardowe zachowania od pewnego czasu zwana Matką-Wariatką.

O nieregularnych porach przychodzi coś zjeść, nie jest tak dzika jak jej domniemana matka, w czasie, gdy je, można ją nawet głaskać. A że śmiesznie podskakuje oparłszy się o węgieł drewutni, ma teraz na imię Kózka.

A od miesiąca zyskała towarzyszkę, starą, łaciatą, chudą jak szczapa kotkę o smętnym pyszczku, która godzinami leży na podeście rezydencji czekając na jedzenie, którego nigdy jej nie dość. Zgred karmi głodomorkę cierpliwie, bo kto wie, może ona jest jakimś znakiem z zaświatów, od Chudzi? Umaszczeniem bardzo do niej podobna… LPZ dała jej na imię Genowefa.

A tymczasem w domu czasem dochodzi do kociej zgęstki, bo przywożone są z Miasta urodzone w drewutni koteczki i dołączają do dwójki kotów-rezydentów, hr. Negroni i Fridy, które też mają swoją historię. No i wtedy otwieramy Oddział Terenowy Towarzystwa im. Violetty Villas.

ojczyzna-angielszczyzna

Zgred już swego czasu trochę o tym pisał, ale łoj tam, łoj tam. I tak nikt poza nim o tym nie pamięta, albo tego postu nie doczytał.

Otóż: swego czasu wszyscy Polcy i Polaki znali się na medycynie, a polscy mężczyźni dodatkowo na sporcie, osobliwie na piłce kopanej. Teraz jest tak dalej, ale do dziedzin, na których się dobrze znamy, doszedł język angielski.

 Tyle, że czasem zbiorowo nie udaje nam się wcelować. Zgred, który interesuje się językiem, zauważa, że pewne polskie wyobrażenia na temat wymowy poszczególnych angielskich słów szerzą się jak pożar buszu i pewnie są nie do opanowania. Tym niemniej Zgred, zawsze dydaktyk, postanowił zwrócić uwagę PT Publiczności na garść zastarzałych, powielanych przykładów fałszywych wyobrażeń. Na przykład z reklam, które, jak by się wydawało, są szczególnie starannie językowo obrobione. A tu ZONK.

Oczywiście nie chodzi o to, żeby te słowa wymawiać poprawnie, bo wtedy musielibyśmy powyginać wszystkie nasze samogłoski, a i przy spółgłoskach też trochę pomajstrować; chodzi o pewne przybliżenie do angielskiej angielszczyzny.

Nie, żeby Zgred miał nadzieję na jakąkolwiek zmianę na lepsze, ale od smogu Polcy i Polaki schodzą masowo, a od ciepłego smrodku dydaktycznego jeszcze nikt nie umarł. Znak ` oznacza sylabę, na którą pada akcent.

Oczywiście, jest tego znacznie, znacznie więcej…

Balkan(s)
Baltic
 Balkan(s)
Baltik
Bolken(z)
Boltyk
cover(powielany utwór)kowerkawer
Coventryostatnio w reklamie tamtejszego uniwersytetu,
który ratuje się dyplomami dla Polaków
kawentrykowentry
Leonardjak Cohen, due to popular demandlionardlened
Wordz tych nie do wyplenienia…łordłeed

Wowka, co z ciebie wyrośnie!

Zgred od dawna śledzi życie i karierę Władimira Władimirowicza P., zwykłego chłopaka, prostego dżudoki, którego miłość do ojczyzny zaprowadziła na wielkie światowe salony… Chociaż może nie takiego prostego, bo jego dziadek, Spiridon Iwanowicz, gotował dla Lenina, a później też i Stalina… Może dlatego WW tak starannie dobiera sobie kucharzy?

Z miłości do ojczyzny Wowka wybrał niełatwą, pełną poświęceń karierę na Łubiance, w tym gmachu po prawej. A kto tam, kto tam na tym pomniku? Toż to Żelazny Feliks, nasz człowiek w CzeKa! Nikt tylu Ruskich nie wygubił co on, ten nasz szlachciura spod Wilna…

Po prawdzie, to Wowa za często na Łubiance nie bywał, ot, co by legitymację ubezpieczeniową podbić, bo pracował na wysuniętej placówce. I prosto stamtąd do samej Moskwy!

No i poszedł Wowa jak burza… Mądrzy ludzie go za tę miłość do ojczyzny pokochali, karierę ułatwili i proszę!

Robota odpowiedzialna, ale przynajmniej ciekawych ludzi można w niej spotkać!

Ale nasz Wowka szybko się tym spotykaniem ludzi znudził. Mizantrop z niego zrobił się taki, że woli ludzkość trzymać na dystans. Najpierw zaczął eksperymentować z elipsą,

a potem WYNALAZŁ KOŁO, tę najdoskonalszą z figur geometrycznych!

Ale na tym nie poprzestanie, bo bardzo sobie ceni proste przyjemności, w końcu latka lecą, na przykład duże, wygodne fotele. I to najlepiej na podwyższeniu, żeby wszystkich z góry ogarnąć. Właściwie to na Kremlu taki jeden fajny fotel już jest. A te gadżety, co z nim idą, też gdzieś tam w skarbcu chyba są.

głos Człowieka Motyla

No, czas byłby najwyższy…

fot. Polska Press

Co starsi PT Czytelnicy tego raptularza być może pamiętają harce Człowieka-Motyla podczas pochodu z okazji Corpus Christi dekadę temu? Artysta ów upodobał sobie to święto jako obiekt działań happeningowych, pojawiając się na nim zresztą także w innych przebraniach. Zgred postanowił dać owemu człowiekowi, znanemu dotąd tylko z obrazów, głos. Niech zatem podzieli się swoimi refleksjami na temat polskiej rzeczywistości. Niech mówi, co go boli.

fot. Marcin Wojciechowski

[…] skupiałem się na krytyce partii politycznych i ich związków z Kościołem katolickim, a zupełnie umknęło mi takie zjawisko jak suweren. To suweren mnie dobił. Jestem obrażony na suwerena polskiego, który nie czyta książek, nie reaguje, ma tendencję do chowania się. Jestem obrażony na to, że Polacy nie są w stanie wyciągać wniosków, nie chcą być Europejczykami.

fot. Polska Press

[…] Ja w tej chwili czekam na taki zwrot akcji jak np. rozbiory. I bardzo chętnie idę na taki scenariusz. Chyba najbardziej by mi odpowiadał zabór duński albo szwedzki. Uważam po prostu, że my jako państwo straciliśmy szansę, której nie mieliśmy od wieków – żeby dołączyć do Europy Zachodniej i znaleźć się w jej centrum.

fot. Sergiusz Pęczek

[…] nie mam pretensji do polityków. Przez lata swojej aktywności uważnie przyglądałem się politykom i myślę, że wiem już, jak działają te mechanizmy. Zresztą chyba nasz premier jest najlepszym tego przykładem. To jest sól tej ziemi, ten pan Mateusz Morawiecki – ten, który pokątnie wykupuje działkę od arcybiskupka. To jest taki polski handlarz spekulant. To jest już najwyższe stadium rozwoju społecznego i gospodarczego, jaki my, Polacy, możemy osiągnąć.

fot. Polska Press

[…] Dość późno się zorientowałem, że ludzie, którzy wychowywali się na tych samych podwórkach co kacykowie PRL-owscy, są przecież tacy sami. Oni nie rozumieją, co to jest demokracja, boją się dać ludziom pełną wolność, kobiety nie mają prawa do decydowania o swoim życiu itd. Dlatego wylądowaliśmy tam gdzie Węgry. Sami siebie wykopaliśmy z centrum Europy i wydaje mi się, że Europa teraz na to bardzo chętnie przystanie, żebyśmy sobie siedzieli na jej obrzeżach. A w zamian da nam pięcioletnie diesle – czy nawet nowsze, bo będzie się ich pozbywała. […]  Samochód jest bardzo ważny dla Polaka. Właściwie Polak zamiast serca ma samochód.

fot. Polska Press