1. Chudzia
Jakieś sześć lat temu, któregoś ranka po prostu pojawiła się na gumnie. Dzikie koty stale bowiem patrolują okolicę, poszukując szczęścia, czyli czegoś do zjedzenia. Koty udomowione, tak zwane wychodzące, też zresztą patrolują okolicę, ponieważ ich ambicją jest mieć jak najwięcej domów i stołować się w każdym z nich.
Była chuda, niezbyt higieniczna i na dodatek miała wredną mordkę, ale Zgred, pomny, że w Piśmie powiedziano „głodnego kota nakarmić, spragnionego kota napoić” spełnił swój chrześcijański obowiązek. Zgred uważa albowiem, że w kwestii kotów, posiadanie domu na wsi zobowiązuje. No i Chudzia zaczęła rano zaglądać do Rezydencji na śniadanie, po czym udawała się dalej w sobie tylko wiadomych sprawach. Chudzia to właściwie zdrobnienie od Chudoby, ponieważ, kiedy jeszcze nie miała imienia, pewien dawno nie widziany znajomy, którego Zgred poinformował o swojej przeprowadzce na wieś, spytał: „a chudobę jakąś masz?”
Chudzia pozostała dzikim kotem, więc przyjaźń z nią była szorstka. Zgred któregoś dnia zapragnął ją pogłaskać; był to błąd, którego więcej nie powtórzył.
Zimą Zgred zauważył, że Chudoba przychodzi na śniadanie z drewutni, więc zrobił jej tam ocieplany domek. Żadne wyżyny sztuki architektoniczno-inżynierskiej, ale zawsze. Nie znaczy to, że Chudzia tam zamieszkała, ale miała tam, w każdym razie, miejsce stałego zameldowania; czasami przepadała na tydzień, dwa, w porywach trzy.
2. Szylkretka
Którejś jesieni Chudzia przyprowadziła ze sobą dwa małe kotki.
Nie ma pewności, czy kocięta były jej, czy przysposobione, chociaż jeden był podobnie łaciaty. Drugi natomiast był szylkretowy, i ten się nie wykruszył. A właściwie nie wykruszyła. Szylkretka długo nie miała imienia; roboczo nazywana była Kotem Chagalla.
3. Buras
Tak ze dwa lata temu Chudzia, odkarmiona, podstępem odrobaczona i wyleczona z jakichś tam swoich kocich chorób, najwyraźniej zyskała na atrakcyjności na erotycznym kocim rynku, bo zaposiadła partnera, niejakiego Burasa. Był może nieduży, ale zawsze.
Buras nie był tu dobrze widziany, ale tolerowany, bo z Chudzią i szylkretką stworzyli jakąś formę podstawowej kociej komórki społecznej. A właściwie społecznego ménage à trois, chociaż szylkretka była nieletnia.
I wtedy, a był to brzemienny w skutki marzec, na gumnie pojawił się Metody.
4. Metody
Metody był czarny jak smoła i dostał tak na imię, ponieważ pierwszy kot w historii Rezydencji był też czarny jak smoła, a miał na imię Cyryl. Ale to zupełnie inna, długa historia.
Metody był jednookim piratem, seksualnym drapieżcą, który długo w okolicy nie zabawił. Wystarczająco długo jednak, bo pozostawić po sobie ślad. Był jak żołnierz Armii Czerwonej: zanim pociągnął dalej, na Berlin, brał wszystkie, bez względu na wiek. Zgred przypadkiem stał się świadkiem wyjątkowego bestialstwa: Metody posiadł Chudobę w przytomności Burasa, dwa razy od niego mniejszego i bezradnego.
Latem Chudoba urodziła 4 kocięta, które Zgred znalazł rano w drewutni martwe. Następnego dnia szylkretka urodziła trojaczki. Dwa kocięta były szylkretowe, po matce, a jedno czarne jak smoła, ewidentnie po Metodym – ale u kotów trojaczki przyrodnie to nic nadzwyczajnego.
Lepsza Połowa Zgreda (znana też jako M-lle) nadała kociętom robocze imiona Hyzio, Zyzio i Dyzio, i tak były nazywane, dopóki nie okazało się, że to
5. Hyzia, Zyzia i Dyzia
Ich matka, nieletnia, nie miała za dobrze rozwiniętego instynktu macierzyńskiego; na szczęście jej własna matka (?), czyli Chudzia, wciąż w szoku poporodowym, uznała chyba kocięta za swoje. Karmione przez dwie kotki i dokarmiane przez Zgreda i jego Lepszą Połowę, rosły jak na drożdżach.
I wtedy Zgred i jego Lepsza Połowa kilkakrotnie zaobserwowali niezwykłe w przyrodzie zjawisko: kiedy obie matki udawały się na łowy (bo przyszedł czas zaznajomienia maleństw z odwiecznym obiektem kocich zabaw, myszą), Buras, który tymczasem popadł był w melancholię i nie ruszał się z ogrodu, pilnował rozpełzających się na wszystkie strony kociąt, zaganiając je do kupki jak pies pasterski. Zyskał sobie w ten sposób uznanie i wielką sympatię Zgreda i jego Lepszej Połowy.
Po jakimś czasie siostrzyczki były już na tyle ruchliwe i wszędobylskie,
że trzeba było zastanowić się nad ich przyszłością. Nikt nie chciał dla nich przyszłości w postaci przemiany w koty 2D na przebiegającej obok Rezydencji szosie; Zgred dał więc stosowne ogłoszenia. Bez większego skutku. Tylko Hyzia poszła w końcu, jak to mówią, do ludzi.
Dyzia, czarna jak smoła, nie miała szans, bo w oświeconym polskim społeczeństwie panuje wielka podejrzliwość w stosunku do czarnych kotów. Zgred sam zna pewną wykształconą osobę, która zapragnęła mieć kota, „tylko nie czarnego, byle nie czarnego”…
Tymczasem depresja Burasa pogłębiła się i któregoś dnia został znaleziony na poboczu wspomnianej szosy, 30 m od Rezydencji. Krańcowo upokorzony przez Metodego, nigdy całkiem nie przyszedł do siebie i chyba nie zależało mu już tak bardzo na życiu. Zgred zabrał go z szosy i pochował w ogrodzie, pod wielkim kamieniem. Spoczywaj w spokoju, Burasie.
Lepsza Połowa Zgreda tymczasem zakochała się w Zyzi, która pewnego dnia wtargnęła do domostwa i odmówiła wyjścia. I została kotem domowym. Teraz wygląda tak:
Miesiąc później dołączyła do niej Dyzia, a czas był najwyższy, bo już powoli dziczała. LPZ wzięła je obie do siebie, do Miasta. Teraz Dyzia wygląda tak:
A niedługo później zniknęła na dobre Chudzia, która już od pewnego czasu wyglądała niewyraźnie. Pewnie, jak to koty mają w zwyczaju, ukryła się gdzieś i cichutko zeszła z tego kocich łez padołu. Requiescat in pace, Chudziu… Dołącz do Burasa w krainie wiecznych łowów na myszy.
6. Kózka
Tak więc w drewutni ostała się jeno matka trojaczków, szylkretka, a.k.a. Kot Chagalla, ze względu na luźny stosunek do macierzyństwa niestandardowe zachowania od pewnego czasu zwana Matką-Wariatką.
O nieregularnych porach przychodzi coś zjeść, nie jest tak dzika jak jej domniemana matka, w czasie, gdy je, można ją nawet głaskać. A że śmiesznie podskakuje oparłszy się o węgieł drewutni, ma teraz na imię Kózka.
A od miesiąca zyskała towarzyszkę, starą, łaciatą, chudą jak szczapa kotkę o smętnym pyszczku, która godzinami leży na podeście rezydencji czekając na jedzenie, którego nigdy jej nie dość. Zgred karmi głodomorkę cierpliwie, bo kto wie, może ona jest jakimś znakiem z zaświatów, od Chudzi? Umaszczeniem bardzo do niej podobna… LPZ dała jej na imię Genowefa.
A tymczasem w domu czasem dochodzi do kociej zgęstki, bo przywożone są z Miasta urodzone w drewutni koteczki i dołączają do dwójki kotów-rezydentów, hr. Negroni i Fridy, które też mają swoją historię. No i wtedy otwieramy Oddział Terenowy Towarzystwa im. Violetty Villas.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.