ewolucja wsteczna

Zgred tradycyjnie śledzi, komu aktualnie puszczają nerwy. Ostatnio puściły nerwy profesorowi Radosławowi Markowskiemu, kiedy pochylił się nad Ziemią (tak, z dużej litery):

[…] człowiek ma tak ogromny, niszczący wpływ na naszą planetę, że rozpoczyna nową epokę geologiczną. To jest już na wyciągnięcie ręki, za pięć-dziesięć lat najdalej, a jak pójdzie źle, to za trzy lata. My się powinniśmy zastanawiać nad miejscem człowieka w ogóle na tym globie. Ta Matka Ziemia już tego po prostu nie wytrzymuje. Ja jestem członkiem rady naukowej niemieckiego ministerstwa oświaty i rozwoju, Niemcy mają w tej chwili prezydencję w Unii Europejskiej i doradzamy w sprawie tego, jak rozlokować środki na naukę. Jak sobie pomyślę, o czym my tam rozmawiamy, jaki jest poziom dyskusji w tym ośmioosobowym gronie, i zestawię z tym, co tutaj, przepraszam, w tym grajdole, jest dyskutowane, to jest przepaść. A idzie paradygmatyczna zmiana w naukach społecznych, która musi uwzględnić, że mamy nową epokę geologiczną. Podkreślam: nawet w naukach społecznych, bo chemicy i geologowie już to od pewnego czasu wiedzą. Ale wracając do COVID-u – skrótowo to ujmę i będę brzmiał lewacko, choć to nie jest lewackie, tylko po prostu empirycznie trafny ogląd sytuacji – mianowicie ja mam takie wrażenie, że ten sfinansjalizowany kapitalizm, nie kapitalizm w ogóle, nie rynek w ogóle, tego nie krytykuję, tylko ten obłędny, produkujący głupstwa, ten nastawiony na neurotyczną, nikomu niepotrzebną innowacyjność kapitalizm szedł pełną parą na zderzenie z nami wszystkimi. Żeby zniszczyć tę Matkę Ziemię. I nie było żadnej siły, ani demokratycznej, ani politycznej, ani społecznej, żeby to powstrzymać. I nagle pojawił się wirus, który w ciągu kilku tygodni zatrzymał to szaleństwo produkowania w 80 proc. Niepotrzebnych rzeczy. Mamy bowiem do czynienia z chorobliwą innowacyjnością: 4.0, 5.0, jakiś nowy smartfon, który ma 150 nowych funkcji. Te gadżety produkowane dzisiaj przez tę formę kapitalizmu są sprzeczne z istotą gatunkową człowieka. My tego nie potrzebujemy.

Pomijając ten „sfinansjalizowany kapitalizm”, Profesor generalnie mówi do rzeczy, jak zawsze zresztą, chociaż wygląda, jakby mu coś wybuchło na głowie. To jeden z tych profesorów, w zderzeniu z którymi Zgred zawsze myśli: dlaczegóż, ach dlaczegóż to nie oni rządzą tym krajem?

Co do kwestionowanego w tej wypowiedzi postępu: już pacholęciem będąc dwudziestoletnim Zgred zanudzał każdego, kto chciał go słuchać, że ten postęp do niczego dobrego nie doprowadzi, że ludzkość powinna się opamiętać i w sposób kontrolowany odwrócić tę ewolucję, cofając się do XVIII wieku. Dlaczego akurat do XVIII? Ano, wiek ten jawił się Zgredowi jako beztroski i szczęśliwy. W którym czas płynął wolno, regulowany przez ruchy słońca na niebie i pory roku.

Wiek bez trenerów personalnych, spin doktorów, influencerów, wizażystów i tysiąca pięciuset innych absurdalnych zawodów. Wiek np. bez szelek męskich do wyprostowania koszuli:

Wiek trakcji konnej i pouczających podróży dyliżansami. Mogli co prawda człowieka po drodze obrabować, ale i to mogło być zrobione z wdziękiem:

Taka podróż dyliżansem dawała np. podróżującym politykom szansę nauczenia się czegoś po drodze. Co ma z tego taki premier, czy inny minister, który w 3 godziny znajdzie się w Londynie? Jakby jechał przez 2 tygodnie przez protestanckie Niemcy, potem rzygał na pokładzie żaglowca płynąc przez Kanał, może by co podpatrzył? Coś zrozumiał? Na koniec nabrał pokory? Zastanowił się nad sobą?

Wygląda jednak na to, że ludność planety zaczyna spełniać dawne marzenia Zgreda. Zaczęła od tego, że w swojej masie  mentalnie cofnęła się do XVIII wieku. Trochę za głęboko, jak na gust Zgreda, bo w czasy jeszcze przed Oświeceniem.

Podobno rząd polski stwierdziwszy, że w kwestii walki z pandemią nasz raźny marsz w kierunku Lombardii nie daje się zatrzymać, rozważa tzw. „opcję atomową” i negocjuje z Episkopatem, żeby ogłosił konieczność utworzenia na granicach Ojczyzny łańcucha modlitewno-różańcowego, żeby zarazę raz a dobrze zdusić.

miscellanea 2

1. CYTAT DNIA:

Tym razem nerwy puściły Władysławowi Frasyniukowi:

Normalnie zwykły obywatel nie interesuje się grupą przestępczą, która zapowiada, że będzie do siebie strzelać w ramach rozliczeń. Jeśli obywatel się zastanawia, to raczej nad tym, dlaczego państwo prawa dopuściło do tego, by taka grupa przestępcza funkcjonowała. I jak to jest możliwe, że nagle media nas epatują tym, że mamy się zainteresować, czy jeden odstrzeli drugiego i kto tak naprawdę w wyniku tego konfliktu ma zostać szefem mafii. Pewnie wszyscy byśmy to „zlali”, gdyby nie jeden problem – że ta zorganizowana grupa rządzi naszym państwem. I to nam pokazuje, jak my, obywatele, jesteśmy bezradni. Ta grupa przestępcza uzmysławia nam, że nie ma żadnej instytucji, która by kontrolowała funkcjonowanie państwa. Nie ma prokuratorów, sądów, Trybunału Konstytucyjnego. Można powiedzieć, że nie ma pewności, iż policja będzie reagować tak jak powinna. Jesteśmy w sytuacji, w której wiemy, że część tych przestępców, być może i kryminalnych, powinna stanąć przed Trybunałem Stanu. Wiemy, że grupa jest tak skonfliktowana, że gotowa jest do siebie strzelać. Do tego stopnia, że uznali, że powołają starszego mafii, który będzie rozstrzygał kompetencje sporów między jednym a drugim watażką. […]

Co mnie obchodzi, kto szybciej do kogo strzeli. Problem polega na tym, że po drugiej stronie mamy infantylną grupę ludzi, którzy kompletnie nie reagują na to, co się w państwie dzieje. Mamy opozycję, która nagle nie wiadomo dlaczego postanowiła trzymać stronę starszego zakonu, czyli najstarszego mafioza Jarosława. Kompletnie nie rozumiem zachowania w opozycji, która w Sejmie mogła się wstrzymać od głosu i powiedzieć, że życie fretki ich bardzo interesuje, że to czy nasze krowy będą jedli muzułmanie czy żydzi, to jest niezwykle dla nich ważne, ale oni się wstrzymali od głosu tylko i wyłącznie z tego powodu, że tryb przeprowadzania tej ustawy jest trybem niedemokratycznym. Gdyby ta ustawa upadła, to ktoś do kogoś musiałby strzelić, a tak to wor zakonu, czyli główny Jarosław, otrzymał niespodziewane wsparcie z naszej strony. […]

Opozycja uznała, że do problemów fretek i bydła dołożymy problem koni, które ciągną wozy nad Morskie Oko, a nikt nie zastanawia się nad sytuacją gospodarczą i tymi wykresami, które mogą spowodować, że za chwilę znowu stanie jakaś część gospodarki. To jest zagrożenie. Dzisiaj w bankomatach wciąż wypadają te nowe dwustuzłotowe dodrukowane banknoty, a nikt nie zastanawia się, kto i kiedy spłaci kredyt, który zaciągają ci, którzy rządzą państwem. Ja mam w ogóle wrażenie, że ta debata o ustawie o ochronie zwierząt pokazuje, że nie ma osób, które by wzięły na siebie odpowiedzialność za państwo.

Tak szybko?

2. EKOLOGIA NA CO DZIEŃ:

Zgred pilnie obserwuje różne podejścia do produkcji i segregacji śmieci. A oto przykład z wczoraj:

Kubecek z napojem produkcji, a jakże, niemieckiej. Jak pociągnąć za ten odstający języczek, papierowa etykieta oddziela się od plastikowego kubecka.

Tzw. blister pewnego leku; gdyby pomyśleć ekologicznie, pudełko byłoby 4 razy mniejsze, ale może lek wyglądałby mniej poważnie?

3. ZE SPORTU:

Zgred dowiedział się, że piłkarz Milik Arkadiusz właśnie zapałał szczerym oburzeniem i odrzucił ofertę, zgodnie z którą miałby zarabiać tylko € 417 000 miesięcznie.

Słusznie, niech się chłopak ceni. W końcu coś umie, a Ty, sfrustrowany Czytelniku, zrób rachunek sumienia: czy w porównaniu z piłkarzem Milikiem NAPRAWDĘ coś umiesz?

W mediach trwa serial pt. „Robert Kubica”. Coś chłopakowi nie idzie, w coraz niższych klasach startuje, ale emocje rosną, bo KIEDYŚ przecież passa się odwróci i dzielny ów kierowca odbije się od dna? Z pomocą Orlenu, oczywiście.

Zgred też uważa, że w gokartach będzie niezrównany. Albowiem powiedziano w Piśmie: „Z gokartów powstałeś, do gokartów wrócisz”.

4. Z ŻYCIA INTERNETU:

(Fragment dyskusji dotyczącej apelu pewnej pani burmistrz o opamiętanie się, wygłoszonego przed kościołem, w którym gorliwy miejscowy funkcjonariusz Pana Boga mocno grzmiał przeciwko nieheteronormatywnym owieczkom)

andrzejg52        25.09.2020, 06:23

Pani Burmistrz (z szacunku dla Niej z dużej litery) powinna moim zdaniem wejść w czasie mszy na ambonę i wygłosić swój apel, po czym ostentacyjnie opuścić kościół.

36    2

Ukajali     25.09.2020, 08:46
Wszystkie władze powinny przemawiać z ambony, a następnie lud winien opuścić Polskę.

1      0

I ja z nimi muszę pracować…

5. Z ŻYCIA NACZELNIKA PAŃSTWA:

W poprzednim odcinku (2 tygodnie temu) Naczelnik udawał się dokądś w celu zbawienia Polski. Teraz wraca:

6. Z ŻYCIA MŁODZIEŻY:

Zgred ostatnio trafia na nowy typ memów, w których wykorzystuje się ilustracje z dawnych manuskryptów. Niektóre go bawią, a poza tym wiele mówią o zainteresowaniach szerokich kręgów młodzieży, której treść życia, jak zawsze, stanowi co? Imprezowanie, oczywiście. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie imprezował…

7. A TYMCZASEM NA PODHALU:

Budzi się społeczeństwo obywatelskie. Tamtejsza młodzież nie imprezuje, zakłada nowe endżiosy:

miscellanea 1

  1. CYTAT DNIA

Pandemia obnażyła ociężałość, niezwrotność naszych prób rozumienia rzeczywistości.

Media – tradycyjne i społecznościowe – bardzo próbują uchwycić, opisać ją w jakimś ogólnym jej stanie, stworzyć jej obowiązujący obraz. Ledwie jednak zdążymy się go złapać i w nim utwierdzić, już jest nieaktualny. Nim zdążymy wszystko, czego doświadczamy, ogarnąć myślą i nazwać, już jest inaczej. Tworzony przez nas opis jest niewydolny. […]

Przyłapuję się tu na czymś bardzo ciekawym. W wieku 37 lat łapię się na oczekiwaniu, że oto ktoś uderzy ręką w stół i powie coś, co zwyczajnie wszystkim nam uprzytomni, czego doświadczamy, i sprawi, że przywrócony zostanie porządek. A to nie ma prawa nastąpić.

Ciekawi mnie ta naiwna intuicja podlegania jakiejś starszyźnie, jakimś autorytetom, ludziom, którzy wiedzą, co robić.

To domyślny, ale bardzo nieaktualny model świata. Doszło do tak potężnej inflacji autorytetów, hierarchii, porządków mentalnych i moralnych, że już nikt nigdy tego nie zrobi.

Odruch zwrócenia się do ludzi starych, a więc mądrych – tych, którzy mają dostęp do uniwersalnych praw rządzących światem – nie ma już racji bytu, bo te uniwersalne prawa zniknęły. O mityczną starszyznę to raczej najbardziej trzeba się bać, żeby ktoś jej nie wcisnął kredytu albo nie oszukał „na wnuczka”.

Nagle okazało się, że najbardziej dorośli w obecnej sytuacji jesteśmy my, nasze pokolenie. A i tak jakby nie mamy już kluczy do tej rzeczywistości, mocy sprawczej.

(Dorota Masłowska w rozmowie z Michałem Nogasiem. Ta dziewczyna to ma dar od Pana B.)

2. GWAŁT NA JĘZYKU

Z językiem polskim dzieją się rzeczy. Swego czasu naturalnie było powiedzieć „Visą możesz płacić i w Ikei i w Makdonaldzie”. Teraz obowiązuje nowa wersja: „VISA możesz płacić i w IKEA i w McDONALD’S”.

Jakiś przysłany tu Szwed czy inny Amerykanin nie mający pojęcia o językach fleksyjnych nie życzy sobie, żebyśmy naruszali Znak Towarowy jego firmy, a my pokornie gwałcimy naszą ojczystą mowę…  Zresztą do gwałtu na polszczyźnie nikt nie musi nas specjalnie namawiać, bo tak bardzo już kochamy angielszczyznę, że zaczynają nam się te języki kiełbasić*.

Ale Zgred może nie powinien się wypowiadać o nowych trendach w języku, bo dla niego „molestować” wciąż znaczy „nagabywać, naprzykrzać się”, co wyraźnie pokazuje, jakim jest dinozaurem.

3. BRZYDOTA

Brzydota niektórych wyrobów rąk ludzkich wciąż Zgreda zaskakuje; ostatnim nr 1 na tej liście jest taka oto czapka:

4. ZA GRANICĄ

klauni trzymają się mocno

5. A TYMCZASEM U NAS

Naczelnik Państwa udaje się zbawiać Polskę.

Ale nie bójcie się Państwo,

—————————————————————————————————————————————-

*na potrzeby młodzieży tłumacząc na współczesną polszczyznę : „kiełbasić się” znaczy „pierdolić się”.

Pudełkowa i inni

Niedawno wyszło na jaw, że Pan Prezydent podwyższył pracownikom swojej Kancelarii pensje. To oburzyło niektórych, bo do wszystkich już trafiło, że w czasie zarazy trzeba zaciskać pasa (już zapowiedziano zwolnienia w budżetówce), ale jeszcze więcej ludzi oburzyło coś innego, co przy tej okazji wyszło na światło dzienne: mianowicie, że Kancelaria PAD liczy sobie 400 pracowników.

– Po co tylu ludzi gościowi, który tylko podpisuje to, co mu położą na biurku! – grzmieli malkontenci, którzy zawsze się znajdą.

No i te memy… I tu malkontenci wykazali całkowite niezrozumienie, o co chodzi w prezydenturze. Bo prezydent to jest taki zapasowy król, król dla ubogich, jakby powiedzieli ci, co nie boją się niepoprawności politycznej. A król potrzebuje dworu, bo ten daje mu prestiż i szacunek.  No i znowu jakby Zgred słyszał malkontentów: że niby szacunek to osobowością i autorytetem, a nie sztafażem… Ludzie, a skąd wziąć takiego z osobowością i autorytetem? Załóżmy, że by się taki znalazł – czy on/ona naprawdę chciałby/chciałaby być prezydentem/prezydentką wszystkich Polaków?

Dwór Stanisława Augusta Poniatowskiego, ostatniego polskiego króla przed Romanowymi liczył sobie około półtora tysiąca osób, a my tu robimy to po taniości.

– No, ale to był król, panisko, a ten tu robi, co mu każą – słyszy Zgred kolejnego malkontenta.

A SAP to niby nie robił, co mu Katarzyna kazała?

Poza tym ludzie myślą, że dla tych 400 osób nie ma roboty. Nic bardziej mylnego!  Tak jak SAP miał swojego łożniczego, koniuszego, woźniczego podczaszego, stolnika, kuchmistrza, podkomorzego, kaznodzieję, piwniczego, spiżarnego, kapelana, szafarza i kogo tam jeszcze, tak na innych dworach mieli różnych innych umyślnych…

Ponieważ WSZYSCY czytelnicy tego bloga czytali „Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego, zapewne pamiętają tych różnych dworzan, niezbędnych cesarzowi Haile Selassie – woreczkowego do opieki nad woreczkiem z drobnymi, w razie, gdyby trzeba było rzucić w tłum, poduszkowego do błyskawicznego podkładania poduszki pod odnóża Najjaśniejszego Pana, gdy ów zasiadał na tronie, żeby mu się nie dyndały, bo był – nie bójmy się tego słowa – kurduplem, czy ściereczkowego do błyskawicznego wycierania butów gościom, gdyby piesek Najjaśniejszego Pana im je obsiusiał, jak to miał w zwyczaju.

Nie wyobrażacie sobie Państwo, ilu ludzi tak naprawdę trzeba do obsługi króla, cesarza, prezydenta, wszystko jedno.

– A co ten nasz robi, podpisuje, albo wręcza ordery – grzmi malkontent. A no właśnie. A co zrobić wtedy z pudełkiem? Ręce Głowy Państwa zajęte przecie orderem!

(kf) PAP/Piotr Nowak

Bez pudełkowej ani rusz. A jak, na ten przykład, Prezydentowi parasol wydmie?

Na szczęście parasolowy zawsze na podorędziu!

Albo takie flagi. To nie takie hop-siup, trzeba wiedzieć, które misternie zaaranżować, sprawdzić, czy odbiorca jest krajowy, bo wtedy niech wie, że to prezydent Narodu Polskiego, a nie jakiś tam wybierany przez Niemców czy kogoś tam,

czy też to idzie na Europę, bo wtedy trzeba wyciągnąć z szafki na szczotki te niebieskie szmaty. Taki flagowy musi naprawdę mieć wyczucie sytuacji.

Naprawdę ważny jest też kotwicowy. Trzeba uważać, żeby Głowa Państwa nigdy nie straciła równowagi, bo wrogowie natychmiast by to wykorzystali.

Prezydent generalnie się nie wychyla, ale raz się poczuł młody i zachciało mu się nad poziomy wylecieć, na szczęście kotwicowy czuwał.

Zgred nie wie, czy PAD ma swojego kapeluszowego, ale jeżeli ma, to niech go wypieprzy z roboty.

polsk riksdag

Niemieckie Polnische Wirtschaft pomału się dezaktualizuje, bo na unijnych kroplówkach od lat dajemy sobie radę lepiej, niż ktokolwiek inny, ale szwedzkie polsk riksdag trzyma się mocno. W języku szwedzkim ów „polski sejm” to synonim chaosu i bałaganu, co wzięło się z czasów, gdy mógł go zerwać byle podgolony łeb.

Rząd nasz w teorii Polską rządzący właśnie coś z siebie wydalił, a spadkobierca rzeczonego sejmu właśnie to coś prawie jednogłośnie uchwalił, a teraz prawie połowa tych, co głosowali „za” zawstydzona wchodzi pod stół i szczeka…

Zgred co rusz dostaje na telefon taki oto dość prostacki mem

pokazujący, jak widzi to demos. Którego nic nie rozsierdza bardziej, niż nierównomierna dystrybucja kasy. Oto partia rządząca zastawiła prymitywną pułapkę, a opozycja dała się w nią wmanewrować jak stadko przedszkolaków w odblaskowych kamizelkach prowadzone przez Panie Przedszkolanki.

Od lat wiadomo, że samorządowcy zarabiają za mało, a nieustannie są wodzeni na pokuszenie, i że to samo dotyczy wiceministrów i ministrów. I że wstyd, żeby premier zarabiał mniej, niż nadobne asystentki prezesa narodowego banku, a żona prezydenta wypełniała obowiązki charytatywnie (zwłaszcza, że bywa aktywna, a wyjątek tylko potwierdza tę regułę). I oczywiste jest też, że obniżenie diet poselskich decyzją szeregowego posła woła o pomstę do nieba.

Tyle, że naprawienie tych ewidentnych nieprawidłowości wymaga taktu. Wyczucia sytuacji. Która jaka jest, każdy widzi, ale chyba nie z Wiejskiej.

Zgred, który przygląda się tej Burzy Ruchowej Małych Zwierzątek (jest ponoć takie pojęcie w zoologii) z rozrzewnieniem myśli o swoim ulubionym europejskim kraju, w którym np. zaproponowana i przyjęta przez parlament zmiana konstytucji głosowana jest dopiero PRZEZ NASTĘPNY PARLAMENT. Ot, takie demokratyczne zabezpieczenie przed zabezpieczeniem…. sobie własnych korzyści. Można? Można! – żeby zacytować pachnącą rosołem klasyczkę.

No, ale może ten kraj absolutnie nie powinien być dla nas wzorem, bo, proszę sobie wyobrazić, tam NIE MA POWIATÓW. Są gminy, a nad nimi zaraz odpowiednik województwa. A ichni wojewoda to figurant, na ogół emerytowany polityk wysokiej rangi. Skandal! Powierzchnię ma ten kraj jak Polska, województw też mniej więcej tyle (choć ostatnio łączą się w większe), i nie ma powiatów, bo ludzie tam uważają, że demokracja realizuje się właśnie na poziomie gminy. Skandal! *

No i jakim wzorem może być kraj, który wstydzi się własnego wojska do tego stopnia, że w święto narodowe na paradę wysyła dzieci?

A skoro już o dzieciach mowa: wyobraźcie sobie Państwo, że tam się uważa, iż dzieci NIE SĄ WŁASNOŚCIĄ RODZICÓW (sic!), a pełnoprawnymi, choć słabszymi członkami społeczeństwa, które ma prawo je przed krewkimi rodzicami chronić. Np. przed byciem bitym, a widomo wszystkim Polakom od wieków,  że „dziateczki rózeczką duch Święty bić każe”. A z braku technicznych możliwości dać z liścia.

—————————————————————————————————————–

*Zgred jak przez mgłę pamięta, że tzw. Mumia Wolności jeszcze w czasach, gdy składała się z politycznych idealistów  (właśnie umierają ostatni) chciała wprowadzić taki sam system, ale wybito jej to szybko z głowy; zdaje się, że zaniepokoiło się wtedy o stołki ZSL, obecnie znane – wśród członków tej partii – jako „pe-ez-el”… Zgred czerpie niesłychaną satysfakcję z tego, że ksobna ta i obrotowa partia wreszcie osunęła się w niebyt.

neuropolityka, czyli puszczające nerwy 2

Zgred obiecuje, że to ostatni raz, kiedy przytacza coś in extenso i w ogóle obiecuje, że to ostatni taki komentarz powyborczy. Tekst jest profesora Jana Hartmana, z POLITYKI sprzed tygodnia. I jest, co tu ukrywać, jak na to pismo, dość bulwersujący. Zgred nieraz się zastanawiał, dlaczego wyważony red. Baczyński pozwala Hartmanowi, temu strasznemu dziecku tygodnika tak poszaleć, i doszedł do wniosku, że Profesor jako harcownik ma stanowić swoistą przeciwwagę dla stada harcowników Drugiej Strony. Z drugiej strony, czy jest w stylu spokojnego i zdystansowanego tygodnika obrażać wyborców Drugiej Strony już w pierwszym zdaniu? Czy jest politycznie tak wywijać cepem inwektyw? Profesor z całą pewnością wyraża uczucia Tej Strony, ale czy powinniśmy się zniżać do poziomu przeciwnika i jego „zdradzieckich mord” i „chamskiej hołoty”? A może dość już gry w krokieta,

skoro przeciwnik od początku gra w salonowca, w wyższych sferach zwanego dupniakiem?

Witajcie w czterech literach!

No to nam prowincja urządziła kraj. Głosami mieszkańców wsi i małych miasteczek, „zaopiekowanych” przez TVP, Kościół i „Twój Weekend”, pan Jarosław „pięćdziesiąt tysięcy dla księdza” Kaczyński wygrał drugą kadencję prezydentury. Nadal może sobie robić z nami, co chce i co mu jego paranoiczny umysł i suflerzy podpowiedzą.

Gangsterzy i „służby” schowane za plecami Kaczyńskiego i jego partyjnych czynowników zacierają ręce – czy prowadzisz burdel, czy handlujesz bronią, znajdziesz swego „przyjaciela”, który da ci zarobić i zadba, żeby włos z głowy ci nie spadł. Złowrogi „delfin” Ziobro nadal budować będzie swoje imperium strachu i zemsty.

złowrogi delfin

Rydzyk i inne pasożyty Watykanu jeszcze głębiej wcisną w nas swoje ssawki i podwoją perystaltykę ssania.

złoty, ale skromny

Nie ma co się łudzić. Duda będzie trochę fikał i podskakiwał, bo to ostatnia kadencja, ale z próżnością i poczuciem godności ludzi małych i nawykłych do służenia jest tak jak z pieskami – szczeknie raz czy dwa, a potem już leży grzecznie u stóp pana. Więc co tam dobrego będzie jeszcze Anżejek musiał podpisać? Coś o samorządach, żeby do końca przejąć niepokorne miasta. Coś tam o mediach i organizacjach pozarządowych, żeby nie śmiały pisnąć, bo stracą kasę. Coś tam o uczelniach, żeby wszyscy czmychali przed panoszącymi się płaskoziemcami, a uniwersyteckie aule gościły bez ograniczeń konwentykle faszystów. Po prostu Budapeszt, nic specjalnego.

I żeby była jasność. Żadnej demokracji już nie ma. Wybory były fikcją i ich wynik nie daje żadnej legitymacji wybranemu prezydentowi. Wybory przeprowadzono w niekonstytucyjnym terminie, wedle nielegalnie zmienionej ordynacji, z udziałem instytucji rządowych do tego niepowołanych. W kampanię wyborczą bezprawnie zaangażowano rząd i media publiczne, a jej treść i forma niczym nie odbiegały od wulgarnej agitki pospolitej dyktatury. Sam proces wyborczy zorganizowany był w wielu miejscach – zwłaszcza za granicą – w sposób urągający standardom.

W porządnym kraju do takich wyborów by nie doszło, a nawet gdyby doszło, musiałyby zostać powtórzone. Jednakże „fakty dokonane” zawsze zwyciężają. Cała władza PiS już dawno się sama zdelegalizowała, notorycznie łamiąc konstytucję i uprawiając monstrualne, nieporównywalne nawet z II RP złodziejstwo. I co? Nie możemy nic z tym zrobić, musimy się z tym pogodzić, a w konsekwencji musimy się zachowywać tak, jakby rząd PiS był legalny, a wybory prawomocne. Na tym polega upokorzenie zniewolonego narodu, że musi uznawać władzę taką, jaką jest, i wbrew sobie ją legitymizować. A więc witaj nam prezydencie Dudo!

Czy mogło się stać inaczej? Oczywiście. Gdyby opozycja była odpowiedzialna i w ciągu ostatnich pięciu lat współpracowała, zamiast bawić się w przepychanki, Kaczyńskiego dawno by już nie było. Ale nawet w tych ostatnich tygodniach można było pokazać jedność i odpowiedzialność. Gdyby politycy niechętni Platformie wznieśli się ponad swoje uzasadnione nawet idiosynkrazje i dla dobra sprawy aktywnie włączyli się na te kilka dni w kampanię Rafała Trzaskowskiego, miałby te ćwierć miliona głosów więcej, których zabrakło mu do zwycięstwa.

Trzaskowski zrobił świetny wynik, tylko co to za pociecha? Nie jest liderem partyjnym, lecz prezydentem stolicy. Nie ma za bardzo jak i kiedy odgrywać roli anty-Kaczyńskiego, czyli przywódcy opozycji. Czy Budka ma mu oddać swą władzę? Czy Kosiniak-Kamysz ma mu złożyć hołd lenny? Za kilka miesięcy wszystko wróci do normy – będzie w Sejmie business as usual, czyli żałosna i frustrująca szarpanina bez perspektyw, a polityczni gangsterzy będą się nam śmiali w nos. Trzaskowski nic na to nie poradzi.

Los Polski jest teraz w rękach przywódców Unii Europejskiej. Za chwilę popłyną wielkie pieniądze, za które PiS będzie mógł nadal, mimo kryzysu, kupować i epatować swą pychą i megalomanią ogłupionych już ze szczętem mieszkańców prowincji. W jakim stopniu ten strumień pieniędzy będzie regulowany politycznie? Czy Zachód zechce postawić wymagania Kaczyńskiemu, czy też uzna, że to już i tak nic nie da i lepiej zapchać pieniędzmi autorytarną dziurę na rubieżach Unii, żeby nie stała się rozsadnikiem populizmu?

Obawiam się, że zbrzydzenie Polską i cynizm zwyciężą. Unia z odrazą będzie płacić, a Kaczyński z pogardą i rozkoszą chciwca będzie te pieniądze brał. I obie strony będą doskonale rozumieć, do czego posłużą – do umacniania władzy gangsterskiej sitwy zblatowanej z Partią i biorącej w posiadanie państwo polskie jako swój łup. Łup należny, bo w mentalności hołoty wszystko zawsze należy się temu, kto umie po to sięgnąć.

Jednak nie sądźcie, że stanie się coś gwałtownego. Ogromna większość ludzi nie czuje żadnej opresji w związku z panowaniem dyktatury. Bo dyktatura zawsze gnębi i prześladuje mniejszości, dając spokój ludziom, którzy się nie wtrącają. I tak będzie nadal. Dyktatura pewna siebie staje się wielkoduszna i łagodna. Zresztą Kaczyński jest już słaby, wobec czego rządzące „rodziny” będą zajęte układaniem się w sprawie schedy po „ojcu chrzestnym”.

niedościgniony ideał

Targi o władzę i pieniądze nie będą sprzyjać dokręcaniu śruby. Przy dzieleniu łupów powinien wszak panować spokój.

Dlatego proces hungaryzacji będzie przebiegał spokojnie i miarowo, czyli „na salami”. A za trzy lata wybory będą już tylko farsą. Jeśli nie udało się wygrać tych, które jeszcze były do wygrania, to jakim cudem mamy wygrać w czasie, gdy gangstersko-partyjny monopol władzy będzie już ustanowiony i ugruntowany w pełni? W PRL, gdyby jakiemuś sekretarzowi przyszło do głowy dopuścić wybory wielopartyjne, PZPR nie miałaby kłopotu z wygraniem takich wyborów. Dlaczego miałby je mieć PiS, skoro wkrótce dysponować będzie taką władzą, jaką w PRL miała PZPR?

Po 30 latach wracamy do starego ustroju, skorygowanego o istnienie internetu i wolności słowa oraz legalną opozycję. Różnica niby znaczna, lecz w obliczu dramatycznej nierównowagi sił jest to różnica o charakterze moralnym, a nie realnym. W takim ustroju nawet działalność opozycyjna legitymizuje władzę, bo stwarza pozór wolności i demokratyzmu, podczas gdy jest tylko niszowym folklorem. Witajcie w czterech literach! Czujcie się jak u siebie w domu!

neuropolityka, czyli puszczające nerwy

No, kurz powyborczy powoli opada, a niektórym puszczają nerwy. Zgred nie mówi o sobie, bo ma co prawda swoje polityczne sympatie i na tym blogu są widoczne, ale stara się trzymać akurat tyle dystansu do aktualnych wydarzeń, żeby nerwy jakoś utrzymać na wodzy. Ale jakże tu nie skomentować czegoś, czym ostatnio żyły obie (części) Polski? No więc komentarz Zgreda będzie pośredni, w formie długiego cytatu z kogoś, kto ową wodzę wypuścił.  

Słowo wyjaśnienia: M-lle naśmiewa się ze Zgreda, że e-wykluczony, bo trzyma się z dala od Świętej Dwójcy formatującej myślenie młodego pokolenia;

istotnie, Zgred nigdy nie będzie od Zuckerberga, bo był, jest i będzie zawsze od Gutenberga, przedkładając słowo nad obrazek i porządek linearny nad mozaikowy. Nie znaczy to, że nie wie, co się w „soszial mediach” (jak mówią dziennikarze) dzieje. Zna paru dobrych ludzi, co mu coś zawsze podeślą, a i sam aktualności w internetach rutynowo przeczesuje, WIĘC Z GRUBSZA WIE.

Tak więc szparko trafił na emocjonalny tekst, który wyprodukował Migalski Marek, doktor nawet habilitowany, rodem z Raciborza.

Tyrannosaurus Rex i dr hab. Marek Migalski

Jako politolog i specjalista od modnej ostatnio neuropolityki (cokolwiek by to nie było) rzeczony Migalski posiada aparat, pozwalający mu nie tylko ogarnąć, ale także zgrabnie opisać polityczne zachowania społeczeństwa, co daje mu tu i tam status popularnego politycznego komentatora. Tym razem jednak całkowicie sprzeniewierzył się roli habilitowanego akademika*, samodzielnego pracownika nauki, pokazując bardzo osobiste, emocjonalne zaangażowanie w badaną dziedzinę i czyniąc z siebie smakowity obiekt badawczy właśnie dla neuropolitologów…

No więc Migalski, postać – jak niektórzy powiadają – barwna, a niektórzy, że leciuchno groteskowa, z ostrym parciem na szkło i łamy portali, które nie nudzą, tylko NAPRAWDĘ ludzi interesują,

dr hab. Marek Migalski i jakaś pani

wydalił z siebie tekst  na tyle soczysty, że Zgred NIE MOŻE go in extenso NIE przytoczyć:

ŻEGNAM WAS….

12 lipca ponad 10 milionów wyborców Andrzeja Dudy zdecydowało o tym, kto będzie przez następne pięć lat prezydentem mojego państwa. To ludzie, którym nie przeszkadzało szczucie przez kandydata i pisolubne media na osoby LGBT, Niemców, Żydów (za ich roszczenia majątkowe), wolne media; którzy nie widzieli niczego nagannego w pięcioletnim łamaniu demokracji i wolności przez głowę państwa, w nocnych jego rozmowach z Ruchadełkiem Leśnym czy podporządkowaniu Jarosławowi Kaczyńskiemu. To grupa, w której nadreprezentowany jest elektorat z wykształceniem zasadniczym i zawodowym, mieszkańcy na wsi, starsi wiekiem, zamieszkujący Polskę Wschodnią (to nie ocena, tylko stwierdzenie oczywistych faktów – do sprawdzenia na stronach PKW). Tak, ta masa wybrała mi prezydenta. Ale nie może wybrać mi sposobu życia i tego, jak będzie ono wyglądać. Przez następne 2-3 lata politykę zastąpi wojna gangów.

Kaczyński będzie wojował z Gowinem, Gowin z Ziobro, a Ziobro z Kaczyńskim. Gdzieś w tym wszystkim będzie pałętał się usamodzielniający się Duda. Tak, będzie bardziej niezależny, niż był przez ostatnie pięć lat, bo uwolnił się z łańcucha, na którym trzymał go prezes PiS strasząc, że nie wystawi go w kolejnych wyborach. I ta pocieszna postać będzie teraz starała się być „prezydentem wszystkich Polaków” (a może nawet Polek), bo liczy, że zapisze się w historii nie tylko jako popychadło Kaczyńskiego.

Prezes Kaczyński przygotowuje się do naruszenia nietykalności osobistej niezidentyfikowanego osobnika (tzn. do wypłacenia mu liścia)

Poza tym po skończeniu drugiej kadencji Duda będzie miał dopiero 53 lata i pewnie liczy na jakąś zagraniczną posadkę, ale by ją zdobyć, musi jednak być kimś więcej, niż marionetką starego prezesa jednej z partii. Więc tak, będzie wykonywał jakieś pojednawcze gesty, a PSL czy Konfederacja będą kuszone przez PiS wejściem do koalicji, po ewentualnej rozprawie z Gowinem. Ktoś z kimś będzie toczył gangsterskie wojny – jak kiedyś „puławianie” z „natolińczykami” w łonie PZPR.

przygotowania do wojny gangów w Natolinie k/Warszawy

Najbliższe lata będą straszne i obrzydliwe, choć nie będzie tak źle, jak myślą wszyscy ci, którzy głosowali na R. Trzaskowskiego (nie będzie też tak dobrze, jak sądzą wyborcy Dudy). Pamiętajcie, tu jest Polska, a to znaczy, że tu nic nie jest na poważnie i do końca. Tu nic się w polityce nie udaje – nie udał się Polakom faszyzm przed wojną, nie udał się im komunizm po niej. I nie udała się też demokracja po 1989 roku. Ten miękki autorytaryzm też się nie uda, bo budują go nie groźni perfekcjoniści, lecz Gang Olsena, chytre na „pieniążki” gapy, nieudacznicy, którzy przegrywali przez całe życie z lepszymi od siebie. Dlatego tak nienawidzą III RP – bo w niej byli tylko aspirantami do władzy, do stanowisk na uczelniach, w mediach, w biznesie. W sumie to nieszczęśliwi popaprańcy. Tyle, że zrozumieli, iż takich, jak oni, są miliony i że mogą razem rozwalić państwo, w którym im do tej pory nie wychodziło.

Prawdziwa polityka skończyła się na jakieś dwa, dwa i pół roku – zastąpiona przez wojnę gangów i potyczki natolińczyków z puławianami w ramach PZPR. Dlatego nie ma tu roboty dla politologa. Może dla byłych kremlinologów, którzy z odległości od Breżniewa na trybunie pierwszomajowej wnioskowali o spadaniu lub pięciu się górę poszczególnych aparatczyków, znajdzie się tu jakieś zajęcie, ale dla mnie raczej nie będzie niczego ciekawego do komentowania.

Breżniew to ten, co słucha tego, na którego pozostali patrzą z zazdrością

Tu Zgred musi wyjaśnić młodemu pokoleniu, że Leonid Breżniew był przywódcą nietuzinkowym i pionierem zmian. Jako pierwszy odważył się okazać swojemu partnerowi uczucie w miejscu publicznym.

Leonid i jego polityczny partner, Erich

Pewnie nie robiłbym tego gorzej, niż ci, którzy stawią się ochoczo do tej pracy, ale mam w planach ciekawsze zajęcia na najbliższe kilkadziesiąt miesięcy. Nie chce mi się patrzeć na te gęby usatysfakcjonowane triumfem, utuczone na państwowych posadkach, butne w swej pysze i pełne nacjonalistycznych pohukiwań oraz szczucia na słabszych. Mam na siebie nieco inny pomysł. Już teraz ich widok psuł mi nastrój. Obecnie, gdy mają pełnię władzy i trzyletnią perspektywę czerpania łychami w państwowej michy, oglądanie ich za dużo kosztowałoby mnie psychicznie. To nie na moje skołatane, stare nerwy.

Dochodzi do tego także irytacja na polityków (oraz po części wyborców) opozycji. Oni w sumie też nikogo nie chcą słuchać. Mogłem w czasie kampanii pisać co tylko mi do głowy przyszło i mówić o tym wszem i wobec, ale nikogo to nie obchodziło. Gdyby choć jeden strasznie zajęty sztabowiec R. Trzaskowskiego skorzystał z moich sugestii, być może dziś Duda nie mościłby się w pałacu prezydenckim na następną kadencję.

Bo te wybory były dla demokratów do wygrania, ale oni nikogo nie chcieli słuchać, pewni swoich racji i już rozdzielający między siebie stanowiska w kancelarii prezydenta. Miałem od dłuższego czasu poczucie mówienia w pustkę. Lub tylko do siebie. Co na jedno zresztą wychodzi. I już mi się nie chce.

Żeby rzetelnie wykonywać obowiązki komentatora politycznego, trzeba być na bieżąco. Trzeba śledzić, co kto o kim powiedział, czytać prasę codzienną, śledzić portale internetowe. Słowem – należy poświęcać wiele czasu na obserwowanie bieżącej polityki. Robiłem to przez lata i chyba nawet nieźle mi to wychodziło. Ale polityka właśnie się skończyła – zastąpiona wojną gangów, frakcji, koterii wewnątrz obozu władzy.

Nie mam ochoty i czasu na śledzenie tego, zatem muszę zrezygnować z obowiązków komentowania bieżącej polityki. O czym, niniejszym, zawiadamiam. A o tym, że nie mam „obowiązków polskich” wie każdy, kto czytał mój „Naród urojony” czy „Budowanie narodu”. Zatem zostawiam na pewien czas tę populację, zamieszkującą między Bugiem a Odrą, bez moich komentarzy. Poradzi sobie beze mnie. A ja bez niej.

Oczywiście, jeśli jakieś medium będzie chciało ze mną przeprowadzić poważną rozmowę na poważne tematy, to jestem do dyspozycji. Zwłaszcza gdyby można było wykorzystać moją wiedzę o neuropolityce, która w warunkach polskich chyba jest unikatowa. Jeśli znajdą się czytelnicy, widzowie, słuchacze zainteresowani tym, co sądzę o ogólnoświatowych trendach, o sytuacji Polski w tym, co dzieje się w globalnej polityce, o wpływie nauk biologicznych na rozumienie i uprawianie polityki, wówczas będę więcej, niż szczęśliwy, mogąc podzielić się swoimi przemyśleniami na te tematy. Ale nie liczcie już na mnie w dziele komentowania tego, co jeden aparatczyk powiedział o drugim oraz co sądzę o wczorajszym skandalicznym zachowaniu tego czy owego ministra czy posła.

Moi Drodzy, właśnie kończę pisać bardzo ważną dla mnie książkę o tym, jak neurobiologia, kognitywistyka i prymatologia tłumaczą kryzys liberalnej demokracji oraz… podpowiadają jak ją ratować (to rozwinięcie mojego ostatniego dzieła, napisanego we współpracy z wybitnym memetykiem z mojego uniwersytetu, „Homo Politicus Sapiens. Biologiczne aspekty politycznej gry”) oraz dokonuję finalnych poprawek w mojej najnowszej powieści. Jutro lecę do Toskanii. Opiekuję się także moimi starzejącymi się już kotkami.

kotki, niektóre starzejące się

I cieszę się na powrót październik, kiedy znów będę mógł prowadzić wykłady dla moich studentów. To są ważne sprawy (oczywiście kontakty interpersonalne także!). Temu będę się poświęcał w najbliższej przyszłości. Oczywiście, że od czasu do czasu coś sobie z polskiego bagienka politycznego skomentuję tu i ówdzie, ale nie liczcie na to, że na moich mediach społecznościowych będzie tego dużo. Udaję się na zasłużoną wewnętrzną emigrację.

Dlaczego? Bo nic tu po mnie; bo mam 51 lat i nie wiem, kiedy umrę; bo jest tyle krajów do zwiedzenia i ludzi do poznania; tyle książek do przeczytania i napisania; bo i tak nikt nie słucha politologów; trzeba dać tej władzy zadławić się państwowymi fruktami; bo trzeba dać demosowi czas, by zobaczył, kogo wybrał i by zawył w poszukiwaniu nowego władcy; bo zawsze warto usiąść na brzegu rzeki i czekać aż trup naszego wroga spokojnie nadpłynie.

Bo życie jest piękne i nie można go tracić na rzeczy, które nam to piękno przesłaniają.

Do zobaczenia. Albo i nie.

——————————————————————————————————————————-

*złośliwi powiedzieliby, że nie bez wpływu na to miało miejsce owej habilitacji, czyli Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ale Zgred tak nie powie.

gdzie jest Polska?

Zgred nie raz już nawoływał, żeby uważnie słuchać artystów, bo ci mają szczególny instynkt, pozwalający im wyraźnie wyczuć puls epoki i nadciągające niebezpieczeństwa. Dziś polityczny ekstrakt z wywiadu-rzeczki z najnowszej GW, przeprowadzonego przez Donatę Subbotko z Markiem Kondratem, byłym aktorem, a obecnie smakoszem win i życia.

– Myśląc o Polsce, staram się zawsze umieścić ją w świecie. Sporo podróżuję, znalazłem miejsce do życia poza Polską i korzystam z tego, co mi Polska zaoferowała, wchodząc do Unii Europejskiej. Ale nie zapominam, że ledwie pięćdziesiąt parę procent myślało tak jak ja. Pamiętam, że tuż przed akcesem do UE prof. Geremek mówił mi: „Wierzę, że wejdziemy do tej Unii, ale będziemy z tym mieli jeszcze kłopoty, dlatego że za krótko byliśmy wolni. Musimy pozałatwiać sprawy z przeszłości, żeby do końca rozumieć, czym jest ten akces”. Jestem pewien, że właśnie jesteśmy w takim momencie. To, co się dzieje dzisiaj w Polsce, jest rodzajem rewolucji. Dwie mniej więcej równe grupy stoją naprzeciw siebie i krzyczą: „Tu jest Polska!”. To takie Mrożkowe. […]

Gdzie jest Polska?

– Moja? Jest już odległa. W poezji Leśmiana, Tuwima, Baczyńskiego, w dziennikach Gombrowicza, prozie Konwickiego. To nazwiska niepoprawne dla zwolenników tendencji czysto narodowych. Kiedy ojczyzna dawała mi świadectwo dojrzałości w 1968 r., postawiła mnie w pierwszym poważnym konflikcie, który odczuwam do dzisiaj, i tego mojej ojczyźnie nie zapomnę. Bo to nie była ojczyzna jakichś „komunistów”, jak chce się dzisiaj uważać, tylko moich rodaków. I ci moi rodacy – lub ich potomkowie – mają dzisiaj podobne odruchy, jakie mieli w ’68 czy jakie mieli ich protoplaści z międzywojnia. Te odruchy mnie martwią. […]

Parę lat temu zamówiłem drzewo genealogiczne – u mnie wszystko jest przesunięte w kierunku Ukrainy, o czystości rasy nie ma co gadać. Każdy z nas ma jakiś korzeń, który dowodzi wielkości tej ojczyzny biorącej się z różnorodności. W swoich najlepszych okresach ojczyzna potrafiła z tego zrobić wartość, która nas uplasowała w centrum Europy, na znacznie większej powierzchni, z większym szacunkiem innych dla nas niż dziś. Potem znikaliśmy z tej mapy albo przesuwaliśmy się w te i wewte, nie mogąc przyzwyczaić się do innych ani innych do siebie. To rzeczy znane, ale pozwalają zrozumieć, co się dzisiaj dzieje w naszej piwnicy.

Z piwnicznego okienka wynurzył się łeb narodu, ale tułów wciąż pozostał w piwnicy. Zablokował się i nie chce wyjść. Ci otwarci, lepiej wyedukowani chcą być częścią świata, ale co zrobić z tamtymi? […]

Teraz na wybory wracam do kraju. Bo potrzebne jest rozumne przywództwo.

Czyli jakie?

– Takie, które doceni walor obecności różnych ludzi. Otworzył się dla nas świat, dotarły do nas z opóźnieniem rzeczy dla wielu Polaków szokujące, które Europa przyjmowała stopniowo i zaaprobowała stosunkowo niedawno. Myślę o różnorodności preferencji seksualnych, prawach kobiet, równości rasowej itd. Jedni są na to bardziej otwarci, dlatego że np. podróżują tak jak ja, ale inni, którzy nie mają takich możliwości, często ufają ludziom mówiącym, że różnorodność jest niebezpieczna. […]

Prezes nie bywa za granicą, siedzi zamknięty w domu, w swoich wewnętrznych konfliktach ze sobą i światem. On ponosi potworną odpowiedzialność za to, co się dzieje w Polsce, ale zachowuje się, jakby tego nie odczuwał. Kiedyś powiedział, że chce być zbawcą narodu. Nie tego oczekuję od polityka. Oczekuję empatii, zrozumienia, że jedni ludzie są tacy, drudzy tacy, a różnice stanowią o bogactwie ojczyzny. Gdyby prezes przeleciał się do Nowego Jorku, toby zobaczył, na czym zbudowano bogactwo tego miasta. Wystarczy zresztą skoczyć do Pragi w Czechach czy Berlina, już nie mówię o Londynach i Paryżach, które są kolorowe. Dzisiaj świat cywilizowany podkreśla poprawność polityczną, chociaż samo to słowo jest niezbyt poprawne. Ale określa coś, co pozwala ludziom koło siebie istnieć. Jest kulturą obecności koło siebie.

Prezes mówi, że poprawność ogranicza wolność. Nasza wolność jest większa niż wasza. Trudno się nie zgodzić.

– To śmieszne, niemądre. […] Prezes definiuje wolność fałszywie. Polskość nie zostanie naruszona, jeśli powstrzymamy się od wytykania palcami homoseksualistów albo od wskazywania, kto ma nos większy od klasycznego.

Takie zachowania przechodzą do światowego lamusa. Poprawność jest czymś pożytecznym. Jak siedzimy przy stole, to – za przeproszeniem – nie puszczamy bąków… Bo, panie prezesie, nie wypada. Niestety, Polska stała się stołem, przy którym do takich zachowań dochodzi.

Obserwuję generalny zjazd jakości politycznej, ta władza to jest piąty garnitur wobec tego, co było. Ale tak się dzieje na całym świecie. To nie czas Adenauera ani de Gaulle’a. Polityka zrobiła się bardziej cwana, erudycja i emocje przeżycia prawdziwego już nie odgrywają roli, liczą się marketing i wiedza, jak mieszać ludziom w głowach. Uczciwość polityków stała się wątpliwa, bo muszą dotrzeć do jak największej liczby ludzi, co zaburza im także obraz siebie samych. […]

Postęp, wyrównywanie szans wiąże się z zapewnieniem jak najlepszego dostępu do wiedzy, a nie z rozdawaniem pieniędzy. To, nawet doceniając gest, niewiele da na przyszłość. Wiem, na czym polega krzywda z przeszłości pewnych warstw społecznych, wiem, że ma kontynuację genetyczną, że ten wrzód kiedyś musiał pęknąć. Ale nie uważam, że wyborca PiS to współczesny Jakub Szela, to by było za proste. Bartłomiej Sienkiewicz uważa, że to wcale nie jest ciemiężony biedny chłop, raczej mieszkaniec obrzeża aglomeracji, człowiek w sumie dobrze ułożony w społeczeństwie, w jakiejś komitywie z Kościołem, dobrze ubrany, zbudował dom, otoczył go murem, a swoich pracowników trzyma za mordę. Czyli gość, który przebrał się za pana, za dawnego oprawcę swoich protoplastów.[…]

My, Polacy, jesteśmy straszliwie rozgrzani. Nie mamy czasu. Sami go sobie skracamy. Nasz oddech jest krótki, jakbyśmy brali udział w biegu na sto metrów, a nie w maratonie. Stąd te emocje. Nie wierzymy w duże odległości, w to, że coś możemy zmieniać ewolucyjnie. Historia nas tak wychowała. No, ale to odwieczny problem, prof. Tazbir dobrze to wyjaśniał w „W pogoni za Europą”. Kiedyś nieliczni, którym udało się pobierać nauki w Bolonii czy Wittenberdze, wracali i mówili, że jesteśmy opóźnieni o pięć wieków, ale kto ich tam słuchał. A to opóźnienie się prolonguje. Rzym, niestety, nie był łaskaw nas podbić. […]

Z dystansu wygląda na to, że w naszej ojczyźnie toczy się prymitywny bój z tzw. elitami. Jest w tym jakiś anachronizm, który wynika z niewiedzy, braku wykształcenia i z nadmiernego związku państwa z Kościołem broniącym swojej pozycji, która jest nie do obrony, bo bierze się nie z duchowości, ale z drapieżności i pazerności. […]

Miłość to warunek wszystkiego. Nawet polityk, jeśli nie ma wsparcia w kochającym mężu albo żonie, nie będzie dobrym politykiem. To też się tyczy naszego prezesa, który chętnie wypowiada się o rodzinie, co mi przypomina Kubusia Fatalistę, który mawiał, że nikt bardziej nie lubi śpiewać niż jąkały, nikt bardziej nie lubi chodzić niż chromi.

Mówimy „prezes to, prezes tamto”, a pan poznał przecież Jarka i Leszka. W 1960 w Łodzi, kiedy oni kręcili film „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”, a pan „Historię żółtej ciżemki”. Śliczny pan był wtedy.

– Chłopaki też były śliczne, ale charaktery miały takie, jakie ujawniły w dorosłych czasach.

Leszek był ugodowy, potulny i zawsze dostawał blachę w łeb od Jarka. Rzutkie chłopaki, dobrze się wysławiające. Mieliśmy po 10, 11 lat, to o czym tu gadać. Bawili się głównie w wojnę. Spotykaliśmy się w ich pokoju albo moim, w łódzkim Grand Hotelu. Mieli sześć pudeł żołnierzyków.

We wszystkich bitwach, które toczyliśmy, Jarek wygrywał. A potem to wiadomo, Leszek wiódł jakieś życie, a Jarek z miłości miał tylko ojczyznę. Lękam się ludzi, którzy kochają tylko i wyłącznie ojczyznę. […]

W postawie Jarka jest coś abstrakcyjnego, poza logiką. Cała historia jego flirtu z władzą polega na jakimś niespełnieniu, na odrzuceniu – ludzie formułowali to już dziesiątki razy. Nie lubili go moi dawni mistrzowie, Mazowiecki i Geremek, ani Wałęsa, który go wcześniej wprowadził na salony. W każdej sytuacji, w której Jarek się znalazł, konfliktował towarzystwo – jakby odbijał sobie jakieś straty moralne. Jakby mówił: „Nie zauważacie mnie, ale ja jestem. To wy jesteście do niczego i ja wam to udowodnię”. On bez przerwy coś udowadnia. Komiczne, gdy facet mówi do ludu hasła typu: „Cała Polska z was się śmieje…”, stojąc na trzystopniowej drabince, żeby był widoczny.

To znowu z Mrożka, z literatury, która jest bliska naszemu polskiemu poczuciu humoru.

I trochę z kina, z Chaplina.

– Też. Jako były aktor lubię historie o niedowładzie osobowym, urazie, który jest motorem poważnych zdarzeń. Zresztą cytowany jest teraz chętnie w internecie passus ze szkicu Tomasza Manna „Brat Hitler”. Podobieństwa są uderzające. Jakiś rodzaj zwichnięcia w postaci Jarka jest dla mnie odczuwalny. Tyle lat siedział w Sejmie, że nauczył się różnych partyjnych sztuczek, tylko że dla niego to wszystko było za grzeczne. Te mędzące Geremki, ci nudni faceci robią wszystko wolno, po kolei – a przecież można posiedzieć całą noc i przegłosować parę ustaw, rządzić sprawnie. Nie można? Jak to nie można? On nie rozumie demokracji w takim wydaniu, w jakim my ją rozumiemy. On nie ma na to czasu.

Gdyby miał fajne zajęcie, fajną kobitę albo chłopaka, gdyby lubił się napić, poszedł czasem pobalangować, to nie miałby aż takich związków uczuciowych z Polską.

Tak, spotkaliśmy się jako aktorzy – ja zostałem w tej dziedzinie, a jeżeli czegoś żałuję, to tego, że oni też nie zostali aktorami. […]

Ojczyzna mi się nie śni, tyle że cały czas przeżywam, co się tam dzieje. Złapałem się za dziedzinę, która zakłada powtarzalność, ciągłość i trwałość. To moja maniakalna potrzeba. Ale urodziłem się w kraju, który żyje haustami i podgrzewa atmosferę, bo – jak mawia Koterski – w temperaturze 36,6 Polska umiera z nudów. Nawet to pojęcie „dobrej zmiany” ma w założeniu kłamstwo. Obserwowaliśmy ten kraj i on nie był w ruinie, a katastrofa smoleńska była katastrofą, a nie zamachem. Więc ta władza ma skazę, podwalina „dobrej zmiany” jest gliniana. Nie wierzę, żeby tyle fałszu, tyle kłamstwa mogło być u podłoża czegoś zdrowego i długotrwałego. Nawet ci najbardziej zagorzali, którzy nie chcą widzieć rzeczywistości, w końcu ją zobaczą, ekonomia ich dopadnie, bo nie można bezkarnie rozdawać pieniędzy. I nie można bez połowy narodu przejść przez morze. Czas ich dopadnie. 

nomina sunt odiosa

Zgred miał wrzucić coś przed Wyborami, a właściwie Wyborem (przed którym stoimy), a tu ani się obejrzał, cisza wyborcza i dupa blada, nie można nikomu nikogo zasugerować, żadnego z Pretendentów pochwalić, nikogo w ogóle po nazwisku (ani nawet po imieniu) wspomnieć…

No więc Zgred może tylko wyrazić żal, że w szranki stanęły same chłopy, czyli, jak by to z właściwą sobie subtelnością określiła pisarka Gretkowska Manuela, „dziadeks”.

jak okiem sięgnąć, same garnitury, koszule i krawaty

Tak jakby połowy ludności Kraju Przywiślańskiego nie stanowiły kobiety, które – jak wszyscy wiedzą – są bardziej praktyczne, koncyliacyjne, empatyczne itd. itp… A niekiedy potrafią pokazać, że one to wcale nie takie cimcirymci jak ich niektórzy mężowie, że jak trzeba, to i ruski myśliwiec popilotują, albo ubiorą się w taki świeży zestaw kolorystyczny,

że skopiuje go sama Jej Wysokość…

No cóż, na nic to wszystko, o kant d… rozbić, bo DZIADEX RULES.

Jak wiadomo, kiedy Zgred chce napisać coś sensownego, to lubi się podeprzeć cytatem z mądrzejszych od siebie, więc uderzy w patriotyczny dzwon i zacytuje pewnego sławnego (dla wielu osławionego, chociaż kto dziś zna to rozróżnienie?) jąkałę, który z kolei cytuje pewnego emerytę:

Czas ciszy przedwyborczej zobowiązuje mnie do rezygnacji ze wskazania moich preferencji politycznych. Przeto z dala od polityki podążam w świat kultury.

Janek Nowicki, wybitny aktor i świetny człowiek, ujawnił niedawno na łamach „Newsweeka” swoje marzenie o Polsce, choć nie wskazał oczywiście kandydata, na którego odda głos.

Mówił: „Wiem, jakiej Polski bym chciał, wyobrażam ją sobie miłą i uśmiechniętą, w której nie wypada być idiotą i chamem. Na razie jednak mamy, co mamy”.

A potem zaczyna Janek swą opowieść o przeszłości, nie tylko polskiej. Najpierw cytuje własny wierszyk dotyczący zamierzchłej przeszłości:

„Marzną kwiaty, część z nas znika,
Bezimiennie, wróblą śmiercią.
A gość pewien w twarz nam sika,
Bez ryzyka. Bez ryzyka”

A jak ktoś chce wiedzieć, co Pan Jan rzekł dalej, niech se znajdzie.

Polska Święconka (kropidło 4)

motto:

Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył, chwycił je, ucałował, z radości podskoczył, Zakręcił je nad głową…

Mickiewicz Adam, Pan Tadeusz

0-krop-zamach

Jak PT Czytelnicy tego prawie raptularza zapewne wiedzą, Zgreda fascynują niektóre polskie rytuały (nic co Polskie, nie jest nam obce), a wśród nich ogromna zaciętość, z jaką funkcjonariusze Pana B. wywijają kropidłem, kropiąc wszystko co żyje, a jeszcze chętniej to, co nie żyje. Swojej fascynacji Zgred dawał wyraz na przykład tu:

https://zapiskizgreda.home.blog/2019/04/30/polska-swieconka-kropidlo-1/

https://zapiskizgreda.home.blog/2019/04/30/polska-swieconka-kropidlo-2/

Z ostatnio odnotowanych przykładów, Zgred przytoczy tu kilka, które zrobiły na nim wrażenie. Może najbardziej spektakularnym pomysłem było uzbrojenie Kropiącego w ręczny karabin maszynowy, gdyby trzeba było doraźnie dać odpór Złemu:

Wiadomo, Zły zhardział i byle święcona woda mogłaby go nie odstraszyć. Zwróćcie Państwo uwagę na nieortodoksyjny pojazd Kropiącego, najwyraźniej nawiązującego do polskiej tradycji, w tym wypadku zapewne Żołnierzy Wyklętych.

W związku z morowym powietrzem coraz więcej uwagi poświęca się w społeczeństwie szpitalom, a tam, wiadomo, pomoc z Tamtej Strony jest kluczowa. Więc trzeba zaznaczyć Jej obecność:

Zwróćcie Państwo uwagę na kolor ubioru Kropiącego, bo świadczy on o wadze, jaką do tego miejsca w Instytucji się przykłada.

Co prawda wprowadzanie duchownych do przybytków medycyny jest nieco ryzykowne, bo rozochocony Kropiący może chcieć polecieć po całości, a w którymś pomieszczeniu może go spotkać siurpryza:

No niby to fantom, ale sytuacja nieco niezręczna… Kropiącemu może się zrobić nieswojo. Zwróćcie Państwo uwagę na polowe kropidełko w ręku Kropiącego. Swego czasu Zgred zgłębił typologię tego urządzenia i poświęcił mu sporo miejsca tu:

https://zapiskizgreda.home.blog/2019/05/03/polska-swieconka-3/

Z ciekawych przykładów Skropienia mamy jeszcze ten:

Sytuacja jest niejasna: czy kropiona jest droga, czy Kropiący czyha na nadjeżdżający samochód, bo dostał cynk, że tego kierowcę trzeba prześwięcić? A może po prostu – jak mówi przyjaciel Zgreda, pewien oficer WP – „zamotał się żołnierz”?

Ale wróćmy do aktualności, choć nieco przebrzmiałej, ale pandemia wszystko spowalnia i niektóre rzeczy nieco się w komputerze Zgreda przeleżały: w związku z morowym powietrzem zabroniono oto zgromadzeń, a tu zaskoczyła wszystkich Wielkanoc, a jak Wielkanoc, to święconka, a do kościoła jak tu iść, skoro zabronili? Funkcjonariusze Pana B. specjalnie w wirusa nie uwierzyli, ale dura lex etc., więc trzeba było jakoś ten problem rozwiązać. Zdecydowali się więc na Kropienie typu defiladowego, wcześniej już przez Zgreda w którymś z powyższych linków opisane. Jak zwykle w takiej sytuacji do dyspozycji Wielebnemu stanęła miejscowa Straż Pożarna, bo sojusz Straży i Kościoła ma w Polszcze długą tradycję:

Wygląda jednak na to, że nie wszystkim Kropiącym to odpowiadało, o czym świadczą liczne przykłady. Na przykład na Podhalu kropiono z dorożki, ryzykując, że po drodze może paść wyeksploatowany na drodze do Morskiego napęd:

Na ogół jednak Wielebny korzystał z uprzejmości Wiernych, przy czym niekiedy uciekał się do ostentacji, podkreślając swoje ubóstwo w najlepszym duchu aktualnego trendu w Rzymie:

A może chodziło o zawstydzenie skąpych Wiernych, co jest socjotechniką bardzo wśród funkcjonariuszy popularną?

Na ogół jednak sięgano do nowocześniejszego, prywatnego środka lokomocji:

stare, bo stare, ale zawsze Volvo

Preferowany był jednak styl defiladowy:

Najchętniej jednak sięgano do wygodnych pick-upów, kojarzących się może Wielebnemu z papamobile:

Chociaż akurat powyższy typ samochodu zaprojektowano specjalnie nie tyle dla pasterzy, ile dla zwykłych farmerów, żeby mieli czym przewieźć balot słomy, czy – nie daj Boże – wieprza.