panoptikum

Jakiś czas temu pewna osoba o zdecydowanych poglądach politycznych, której tożsamości Zgred nie zdradzi, bo na niektórych to nazwisko podziałałoby jak płachta na byka i natychmiast zamknęliby tę kartę w przeglądarce, podsumowała partie polityczne Kraju Przywiślańskiego w taki oto sposób:

Oto pojawia się złotousty celebryta, o pobożnym sercu, z szeroką wizją Polski nowoczesnej (w każdym razie – jak obiecuje nazwa jego partii – w 2050 roku) i od razu zyskuje tysiące zwolenników, którzy kupują go w ciemno, choć przecież nie zrobił w życiu nic poza kilkoma telewizyjnymi show.

Oto od lat mamy na scenie politycznej starego kawalera, dziwaka, chorobliwie żądnego władzy, otoczonego skorumpowaną ekipą, który prowadzi Polskę do katastrofy, a którego popiera jedna trzecia społeczeństwa. Katastrofa, jak widać, jest społecznie pożądana, podobnie jak korupcja, zamordyzm, inflacja i nepotyzm (dla niepoznaki zwane – „dobrą zmianą”).

Oto mamy rycerza na białym koniu, pełnego wdzięku, inteligencji i światowego obycia, który przybywa zza gór, by wpuścić ducha w partię, z której on dawno już wyzionął. Rycerz roztacza swój urok, rozdaje obietnice i gwarancje rychłej zmiany, ale pozycja partii w sondażach stabilna, co znaczy, że 20 proc. narodu ciągle wierzy w jej rychłą reanimację i pokonanie pisowskiego smoka, ale w nic więcej.

Oto mamy inną partię prowadzoną przez jednego klauna, jednego cynika i kilku chłopców „od Dmowskiego”, rzucającą ksenofobiczne hasła, namawiającą do świętej wiary w krew, kościół i folię (jako remedium na wszelkie zło) i jakiś (rosnący!) procent społeczeństwa daje wiarę w to, że nacjonalizm i folia nas zbawią.

Mamy też partię lewicową, którą rządzi seksistowski narcyz o mentalności dziewiętnastowiecznego biznesmena, a wokół niego uwijają się prawdziwie progresywni, skuteczni, choć niewidoczni posłowie (zwłaszcza posłanki) ginący w cieniu jego spektakularnych walk o przywództwo. Partia ta cieszy się niewielkim poparciem, choć zapotrzebowanie na lewicę w kraju fundamentalizmu religijnego, autorytaryzmu, niesprawiedliwości i nierówności powinno być bardzo duże.

No i mamy […] Partię rozsądną, nowoczesną, postępową, której parytetowa struktura odzwierciedla rozkład płci w społeczeństwie, pozbawiona jest więc narcystycznych szaleństw, które toczą przywódców innych partii. Skupia się na sprawach najistotniejszych dla naszego zdrowia, dla środowiska, dla przyszłości, dla fundamentów naszego życia, a nie dla abstrakcyjnego narodu. Ma konkretny program, świetnych ludzi i… bardzo niewielkie poparcie.

Ponieważ powyższa lista jest niepełna, Zgred pokusił się o jej uzupełnienie:

Mamy partyjkę różnych ostro kalkulujących gości, mieszczącą się na kanapie (czy dwóch), dowodzoną przez politycznego amatora, żeby nie powiedzieć ignoranta, który swego czasu ze sceny porywał rockandrollową widownię i który w przypływie pomroczności jasnej, spowodowanej – jak niektórzy twierdzą – napojami wyskokowymi, wyobraził sobie, że porwie za sobą tłumy nie tylko rockandrollowe. Szczególnym zrządzeniem losu lokatorzy tej kanapy (czy dwóch) nagle stali się atrakcyjni dla starych politycznych wyjadaczy jako dostarczyciele ważnych głosów, i pławią się teraz we własnej zajebistości. A tymczasem nieszczęsny ich przywódca zatacza się od ściany do ściany.

Mamy partyjkę mieszczącą się obecnie na jednej kanapie (ze sporą ilością wolnego miejsca po kolegach, co wyszli na chwilę i nigdy nie wrócili), z liderem, który chyba ze względu na nietypowy kolor owłosienia uchodzi za przystojniaka; kieszonkowy ów Hamlet, straciwszy wpływy i owych rozglądających się od dawna za konfiturami kolegów, popadł oto w depresję, wciągnął na grzbiet pokutny worek i utrzymuje, że zrozumiał swój błąd. Liczy teraz na to, że lewica zapomni mu, do czego swego czasu przyłożył swoją prawicę.

Mamy partię doskonale obrotową, wyspecjalizowaną w bacznym przyglądaniu się kurkowi na dachu, żeby zorientować się jak najszybciej, skąd wieje wiatr i ustawić żagle tak, żeby móc dalej pomyślnie żeglować po falujących polach rzepaku i znów bezpiecznie dobić do portu w dzień wyborów. Powiadają, że kiedy na seansie spirytystycznym u subtelnego konowała, który robi tam za lidera, wywołali ducha Wincentego W. i poprosili o błogosławieństwo, wójt z Wierzchosławic spojrzał na nich, zwymiotował, i rozpłynął się w krakowskim smogu.

No i mamy partię gości, którzy wygodnie się rozsiedli na swojej kanapie (czy dwóch) i siedząc tak, nastawili się na długi marsz po władzę. Program ich prosty: wcisnąć ciemnemu ludowi, że nasza chata z kraja, zgrzebna koszula bliższa ciału, Europa znów nas chce wydymać, ale my się, kurwa, nie damy i tę całą kasę mogą sobie w dupę wsadzić. A jak już chłopaki osiągną swoje, bo Europa wreszcie zajarzy, że do tej rodziny jednak nie pasujemy, to tutejszy bogobojny ludek za twarz i pod but, bo jest jak pijane dziecko we mgle pocovidowej i sam nie wie, czego chce. Jest silne podejrzenie, że kieszonkowy Machiavelli, który tam dowodzi, nie ma w sumie żadnych politycznych poglądów, ale znajduje przyjemność w dokuczaniu owemu wcześniej wspomnianemu staremu kawalerowi, który zrobił ten błąd, że go niegdyś ostro przeczołgał i upokorzył. Nasz szachista, choć pionek, mu tego nie wybaczył (bo nigdy nie wybacza), a teraz trzyma go w szachu, mając swoje 15 minut słodkiej zemsty.

możecie nam skoczyć

Zgred jest zmęczony. Zmęczony prośbami zagranicznych przyjaciół i znajomych o wytłumaczenie im, dlaczego w kwestii poważnego zagrożenia świata chińskim morowym powietrzem

władze ojczyzny Zgreda nie wydają się nim specjalnie przejmować i ogólnie postępują w tej kwestii inaczej, niż władze wszystkich innych europejskich krajów. Zgred nie raz im tłumaczył jak chłop krowie na rowie, że my tu robimy wszystko na nasz własny sposób, ale ci – nawet po tym, jak wybraliśmy bliźniaków na premiera i prezydenta kraju – nie przyjmują tego do wiadomości. Gdyby lepiej znali historię Polski, wiedzieliby, że jesteśmy narodem specjalnym, żeby nie powiedzieć wybranym, specjalnie chronionym przez Tych z Góry, więc żadna zaraza nam nie straszna.

Protektorat Najświętszej Maryi Panny załatwił nam król Jan Kazimierz, który tak jakby abdykował na Jej rzecz, oddawszy Jej we Lwowie w Roku Pańskim 1656 berło i koronę. Co uwiecznił na płótnie sam Mistrz Matejko, malarz arcypolski, chociaż Czech i husyta.

Złe języki mówią, że król zrobił to w akcie desperacji, bo mu się koło dupy zaczęło palić, kiedy jego skądinąd rodacy najechali Polskę w charakterze potopu, ale hejt ma w naszym kraju długą tradycję. Jan Kazek nie był zły chłop, żołnierzem był dzielnym, i gdyby nie wpadł na głupi pomysł reformy Sejmu przez m.in. zniesienie liberum veto, zapisałby się w historii inaczej.  Próby ograniczenia w Polsce demokracji wtedy nie przeszły to i teraz nie przejdą, nad czym Sejm do dzisiaj czuwa!

Tak czy owak od czasów JK NMP miłościwie nam panuje.

A odkąd Chrystusikowi do szaty dołożono kawałek wiadomego Samolotu,

zyskaliśmy dodatkową ochronę.

Watykan odnosi się do tego królowania NMP w Polsce lekko sceptycznie, nie zaprzecza, ale też i nie potwierdza, ale najważniejsi są nasi właśni hierarchowie, a oni nie mają wątpliwości. Dlatego też poszli za ciosem i 360 lat później na wielkiej gali, w przytomności naszego Pana Prezydenta, do królowania w Polsce dokooptowali samego Syna Bożego!

Patrzy on teraz na nas z góry, korona na nim złota, anteną połączony z Centralą,

to co się nam może stać? Pandemia? Jaka pandemia, skoro władają Polską takie siły? Radujmy się, Rodacy! Jak ostatnio w Zakopanem, w czasie Sylwestra Marzeń

chociaż, jak widać, i w tym tłumie trafił się człowiek małej wiary. No cóż, zawsze i wszędzie jakaś czarna owca się znajdzie. Nic to, radujmy się!

kolwiek i anglopolski

Czy w  czasach Pegasusa ktoś komuś coś ważnego powie przez telefon?

Tak powiedziałbym ja, Zgred. Ale sporo z tych z PESELem zaczynającym się od 7, 8 czy 9 mogłoby powiedzieć tak:

Czy w czasach Pegasusa ktokolwiek komukolwiek cokolwiek ważnego powie przez telefon?

Owo „cokolwiek” i jego pochodne robią w polszczyźnie zdumiewającą karierę, co przeczy zasadzie ekonomiki języka, bo słowa trzysylabowe wypierają tu jednosylabowe. Bo kto dziś pamięta, że „cokolwiek” znaczy (znaczyło?) „wszystko jedno co, byle co”?

Procesy zachodzące w języku, podobnie jak wędrówka ludów, są nie do zatrzymania i Zgred może jedynie utyskiwać nad tym, że wskutek ignorancji użytkowników języka coraz więcej słów zmienia swoje pierwotne znaczenie. Głównie jednak dzieje się to pod wpływem angielszczyzny.

Zgred już wcześniej naśmiewał się z „molestowania” i w dalszym ciągu kiedy czyta

Zwrócił się do mnie zakonnik, pisząc, że poznał dwie zakonnice, które chciałyby mówić o molestowaniu. To były przypadki molestowania przez biskupa. (Tygodnik Powszechny)

To oczyma wyobraźni widzi biskupa, który naprzykrza się zakonnicom, uporczywie próbuje namówić je do ukwiecenia kościoła, wymiany w nim świec na nowe, ugotowania mu budyniu, a one się wykręcają, uważając to za zawracanie im dupy.

Kiedy czyta:

W XII wieku Usama opisał próbę leczenia choroby psychicznej za pomocą nacięcia skalpu. (artykuł w Onet Kultura)

To nie widzi tu logiki, jako że skalp nie ma już przecie połączenia z delikwentem?

Kiedy zaś czyta:

Bez tłustego filmu. Silne odżywienie o lekkiej konsystencji (Tytuł w Wirtualnej Polsce)

To zastanawia się, czy chodzi o zniechęcanie do filmu pełnego tłustych kawałów na rzecz lżejszej, ale wciąż pożywnej filmowej strawy duchowej?

No i oczywiście Zgred jest z czasów, kiedy „balans” był częścią zegarka,

więc nieodmiennie zaskakuje go coś w stylu

Przyjrzyjmy się, jak żeń-szeń i ashwagandha pomagają zachować zdrowy balans i zyskać więcej życia w życiu (reklama preparatu).

Czy przyszłoby p.t. Czytelnikom do głowy, że można ZAADRESOWAĆ coś innego niż kopertę? Bo tak zwanym, za przeproszeniem, copywriterom, którzy nawet sny mają w języku angielskim, przyszło:

A teraz…

Podobno najpopularniejszym młodzieżowym słowem roku nie jest K…WA, ale ŚPIULKOLOT:

No cóż, jest to jest.

Zgred uważa, że powinno się wybierać także najpaskudniejsze słowo roku. Ba, Zgred to ma nawet swój typ na najpaskudniejsze słowo dwudziestolecia – byłby to niewątpliwie MENTAL, zapewne zaistniały wskutek niezrozumienia, że analogiczne słowo angielskie jest przymiotnikiem. A słowo „mentalność” widać nie było, za przeproszeniem influencerom znane, albo nie miało tego APELU (appeal).

A skoro już jesteśmy przy klasykach, a Zgredowi nie chce się dalej zgredzić na temat angielszczyzny w polszczyźnie, zaapeluje do p.t. Czytelników, by byli jak dziki i pchali błoto ryjem do przodu. Bo tako rzecze inny klasyk memów polskich, Pudzian:

PS: a do serialu o graffiti wrócimy, niech sobie Państwo nie myślą.

Graffiti (sez. 2, odc. 4: PORADY)

Niektórzy graficiarze mają imperatyw, którzy każe im podejmować wysiłek naprawy otaczającej ich rzeczywistości. Niekiedy ma to wymiar bardzo jednostkowy,

ale na ogół jest w ich wysiłkach element silnie altruistyczny, na przykład promujący bardziej kontemplacyjny styl życia,

a niekiedy po prostu zdrowy, sportowy, w tym wypadku kajakowy (?):

Chociaż w tym ostatnim przypadku dano mu odpór.

Tu zdecydowanie promuje się zdrowe życie, choć nie pozbawione pewnych elementów New Age:

Ale ten tutaj to może tylko przykład tzw. nurtu jajcarskiego:

Zgred nie jest natomiast pewien, czy poniższe łapie się na promocję zdrowego trybu życia:

Zgred nie jest nawet pewien, czy to graffiti.

Czasami doradztwo może być przykrywką dla prezentowania własnych dokonań na niwie poetyckiej. A może i cudzych, kto to tam wie. Niekiedy efekt jest taki sobie,

a niekiedy coś w sobie ma,

np. ładne słowo „bezmiłość”.

W graficiarstwie doradczym istnieje także silny nurt, który np. do Zgreda zupełnie nie przemawia ze względu na ogólnikowość:

Chociaż ten ostatni przykład jakby ciut mniej pretensjonalny.

Natomiast ten tu jest zdecydowanie bezpretensjonalny:

Ten z kolei może wydawać się nieco ryzykowny, ale Zgred chce wierzyć, że jest w nim jakaś szczerość:

Tak jak i w tym:

A ten z kolei jest interesujący ze względu na sentencję łacińską, która najwyraźniej trafiła pod strzechy,

A w tej konkretnej wersji wydaje się mieć szczególną siłę wyrazu.

No i na koniec: niekiedy graficiarze-Wujciowie Dobra Rada pozornie udzielają wskazówek, ale w gruncie rzeczy chcą po prostu dać wyraz własnej frustracji, a co najmniej zniecierpliwieniu w stosunku do mniej kumatych mieszkańców miejskiej dżungli:

wpis zastępczy

Z braku mocy przerobowych Zgred chwilowo zawiesza serial o graffiti; zamiast tego coś na kształt fotoreportażu z mottem:

…lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku, tak smaku

ZH*

————————————————————————————————————————————-

*który nie dostał Nobla, a Miłosz dostał…

Graffiti (sez. 2, odc. 3: BYT)

Niekiedy graffiti staje się środkiem wyrazu takich czy innych wątpliwości autora co do własnej egzystencji. Brak akceptacji co do jej przebiegu może skutkować silną potrzebą odmiany, wyrażoną eksplorowaniem opcji, które mogłyby taką odmianę spowodować:

Generalnie chodzi tu o słabe branie u lasek i nadzieję, że brak wąsa temu zaradzi.

Niekiedy rozterki tego typu prowadzą do mało odkrywczej konstatacji, że

co, oczywiście, może być iluzją wynikającą ze słabej pamięci i tęsknotą za szczęśliwym – często pozornie – dziecięctwem.

Obecne media prześcigają się w katastroficznych wizjach przyszłości, stąd graffiti coraz częściej wyrażają nasze lęki:

Świat jest jednak pełen niedoinformowanych optymistów,

…i ci też dają wyraz swoim przekonaniom:

Niektórych z nich tak mierzi kląskanie malkontentów, że decydują się na wykładnię łopatologiczną:

W odpowiedzi malkontenci swoje przekonanie co do sytuacji  ujmują w krótkich, żołnierskich słowach:

U pewnych wrażliwców kryzys egzystencjalny pogłębia się do tego stopnia, że zaczynają zadawać pytania z tych najbardziej zasadniczych,

A u innych zapaść ontologiczna staje się tak dojmująca, że wręcz kwestionują swoje istnienie:

Niektórych uwiera wszechogarniająca samotność,

u innych zaś rodzi się bunt:

A jeszcze inni wykazują silne tendencje eskapistyczne

Zgredowi najbardziej jednak imponują ci, którzy posiedli umiejętność nie tylko ogarnięcia istoty ludzkiej kondycji, ale także znalezienia niezwykle syntetycznej formuły jej podsumowania:

Graffiti (sez. 2, odc. 2: SPORT)

Było o tym, co potrafi wyzwolić w nas wielkie emocje, czyli o miłości; równie wielkie emocje umie, przynajmniej u niektórych, wywołać jeszcze coś: mianowicie sport, a osobliwie piłka nożna.

Lat temu kilkanaście w kręgach tzw. gimbazy narodziła się szczególna moda na formy oznajmujące-deprecjatywne, zapewne mające swoje głębokie źródło w przedszkolnych przechwałkach typu  „a moja mama…”. Chyba pierwszym odnotowanym w mediach przykładem takiej formy była deprecjacja owej sławnej rodzicielki, wyrażającej aplauz dla pewnego kompozytora*, a może tylko dostarczającej rytmicznego tła w jego utworach?

Która tak chwyciła**, że gimbaza nie robiła już przez dłuższy czas niczego innego poza radosną twórczością na jej bazie.

Bardzo zresztą nierówną, często niecenzuralną, ale także świadczącą o żywym uczestnictwie w życiu kraju („Twoja stara prowadzi audycje u Rydzyka”), a nawet zagranicy („Twoja stara jest gubernatorem Kamczatki”).

Wiele tych oznajmująco-deprecjatywnych produktów wyrażało też pogardę dla nienadążania starszego pokolenia za rozwojem cywilizacji:

Po pewnym czasie wykształciły się nowe formy, z zaimkiem określonym + zdaniem podrzędnym (taka/taki… że):

Gdzie ostatnie słowo zdecydowanie należało do twórcy/twórczyni poniższego:

Ale to był, proszę Państwa, tylko wstęp. Bo rzecz będzie o sporcie, a właściwie o graffiti swego czasu stanowiących część plemiennej wojny między miłośnikami różnych klubów piłkarskich. Wojnę na graffiti należy tu widzieć nie jako wojnę zastępczą, ale raczej jako peryferyjne uzupełnienie tego, co stanowi sens każdej plemiennej wojny, czyli potyczek prowadzących do uszczerbku na zdrowiu przeciwnika. A to dzięki użyciu artefaktów zarówno egzotycznych, importowanych, takich jak maczety i kije baseballowe, jak i swojskich, takich jak łańcuchy rowerowe i motocyklowe i stare, poczciwe noże, kastety i sztachety.

Każde środowisko kibicowskie ma swoje bojówki, ale ma też plączących się na jego peryferiach i brzydzących się przemocą jajogłowych, czego wyraz można niekiedy znaleźć na murach:

Swego czasu sławna wojna na graffiti odbywała się na murach Miasta Łodzi – było to niezwykłe zjawisko, które Zgred chce przybliżyć tym PT Czytelnikom, których z różnych przyczyn ono ominęło.

Dla zupełnie niezorientowanych (czyli tzw. nieogarów): w Mieście Łodzi istnieją dwa kluby piłki kopanej, mianowicie ŁKS i Widzew, niekiedy nazywany też RTS-em***.

Oba te kluby mają zwolenników, którzy, dobrze przeszkoleni w gimbazie, w różnym stopniu opanowali sztukę pisania (a czasem nawet czytania) i mają imperatyw nomen omen dokopania Tym Drugim na murach miasta. Zaczęło się niewinnie i na pewnym poziomie:

Potem, niestety, hasła zaczęły przybierać formę donosu. Zaczęło się łagodnie:

Ale rychło wprowadzono elementy religijne, zawsze w Polsce ryzykowne:

To ostatnie było nawet dość wyrafinowane, ale potem donosy uległy znacznemu uproszczeniu:

A potem zeszły do poziomu skatologii****:

Pojawiły sie też hasła najbardziej typowe dla twórczości gimbazy, czyli te sugerujące niski poziom umysłowy adwersarza:

Można też odwołać się do deprecjatywnych motywów natury społeczno-ekonomicznej:

A jak już nie ma innych argumentów, to zawsze można ogłosić, że

albo zarzucić adwersarzowi, że jego działalność nosi znamiona przestępstwa:

A jak to nie pomoże, zawsze można użyć staropolskiego argumentu kończącego każdy spór:

I wszystko na ten temat.

—————————–

* którą, nawiasem, rzeczony kompozytor swego czasu zgrabnie sparafrazował jako „Twoja stara klaszcze u mnie”.

** i tym się różni Zgred od polskich Nowych Dziennikarzy (New Journalists, patrz starsze wpisy), że nie bierze tego słowa (i jemu podobnych słów) w cudzysłów.

*** proszę sobie wyobrazić, że klub ten powstał w zamierzchłych, przedwojennych czasach jako Robotnicze Towarzystwo Sportowe.

**** a sprawdź sobie to słowo, fajne jest, nie pożałujesz!

Graffiti (sez. 2, odc. 1: MIŁOŚĆ)

Jak powszechnie wiadomo, relacje natury erotycznej potrafią wywołać w nas tak silne emocje, że zaczynają one bulgotać, przelewać się i absolutnie musimy się nimi z bliźnimi podzielić. Niektórzy rozszerzają to grono nawet do anonimowych przechodniów; owi „trafieni strzałą Amora”, jak to się kiedyś ładnie nazywało, wybierają do tego celu ścianę, mur, czy inne stosowne podłoże.

To bodaj Kundera zgrabnie ujął, że relację z płcią przeciwną nawiązuje się w trzech kolejnych fazach: Rejestracji, Kontaktacji i Realizacji. Ta suka Matka Natura* urządziła to tak, że początek zaburzenia hormonalnego potocznie zwanego miłością może się zacząć już w fazie Rejestracji:

Na ogół jednak do zwiększonego wyrzutu stosownych hormonów dochodzi w pierwszej fazie Kontaktacji, w której zaczynamy negocjować ze sobą w myślach, a niekiedy też na murze:

No i w końcu przychodzi Realizacja,

a wraz z nią niekiedy całkowite zatrucie mózgu i zakłócenie procesów myślowych, aberracja skutkująca lekką lewitacją i zwiększoną potrzebą podzielenia się tym stanem ze światem:

Eh, ten zanik nosówek we współczesnej polszczyźnie…

Niektórzy starają się trzymać fason, że są cool, że niby ich do końca nie opętało,

ale to wciskanie kitu: stan jest ewidentnie ostry. Gdyby rzeczona (dla uproszczenia załóżmy, że to ona) miała talent Banksy’ego, mogłoby to wyglądać tak:

Analiza grafologiczna w dwóch kolejnych przypadkach

wyraźnie pokazuje ingerencję osoby trzeciej, zazdrosnej o deklarowany stan szczęściarza (czy szczęściary, let’s keep an open mind about it).

Tu też mamy ewidentnie do czynienia z interpolacjami**, bo pierwotnie chodziło o Alę, jej mądrość, wrażliwość, poczucie humoru i ogólnie o jej piękną duszę.

Co nie oznacza, że nie zdarza się silny pociąg do cielesności wybranki. A ponieważ nic, co ludzkie nie jest Zgredowi obce, nie zawaha się on i odnotuje tę odmianę miłości silnie zmysłowej – choć często jednostronnej. Z naukowej uczciwości Zgred nadmieni, że niektórzy badacze i badaczki upierają się, żeby seksu z miłością nie mylić:

Chociaż ten Iwan… Czyżby apokryf?

Ponieważ ta suka Matka Natura* obliczyła sobie, że po dwóch latach związku tzw. „owoc miłości” statystycznie będzie już zdolny do życia i co zatem idzie trzymanie się pary razem nie będzie absolutnie konieczne – a on ma przecież wpisaną w swój kod biologiczny potrzebę siania genów gdzie popadnie, a ona zmęczona jest macierzyństwem w pełnym wymiarze godzin – poziom rzeczonych hormonów opada, miłość może się zdezaktualizować

i może dojść do tzw. zdrady. Co ciekawe ikonografia odnotowuje głównie zdrady jej, choć są rzadsze, ale jak twierdzą samce – bardziej bolą, stąd pewnie liczniejsze uwiecznienia:

Dla naukowej uczciwości należy uwzględnić możliwość, że ta ostatnia deklaracja na ścianie poznańskiej kamienicy*** nie musi oznaczać żalu, że się kogoś zdradziło, ale żal, że się kogoś nieopatrznie rzuciło, albo komuś, kto, jak się okazało, nie był tego wart, pozwoliło nas poznać w sensie biblijnym („A potem ją dwakroć poznał i z tego urodził im się syn”). No, ale jak jest potomstwo, to następują silne komplikacje. Czasem to ona się uprze,

A czasem on się wykręca, nie łoży,

co, jak widać powyżej, w ekstremalnych przypadkach może doprowadzić do dewastacji jego ukochanej zabawki. Rozjuszona kobieta może się odwołać do działań jeszcze dotkliwszych:

I na koniec dość liryczna refleksja kogoś wyraźnie doświadczonego przez los:

Ale o czym musimy pamiętać? Ano o tym, że

—————————————————————————————————-

*vide 10. Prawo Murphy’ego: Mother Nature is a bitch.

** termin z dyplomatyki. Sprawdź se sam, człowieku. Zgred nie będzie za Ciebie robił wszystkiego.

***Zgred przyzna się, że to akurat zdjęcie zrobił ledwie 2 tygodnie wcześniej i to ono zainspirowało go do niniejszego wpisu…

Graffitti (sezon 2, wstęp)

Ano sezon 2, bo Zgred już kiedyś tam o graffiti pisał. Naśmiewał się wtedy z tak zwanych taggerów, czyli artystów (?) jednego dzieła, mianowicie swojego fantazyjnego podpisu:

Zgred postawił wtedy diagnozę, że tagger jest już z tych niepiśmiennych, alfabetu nie zna, ale te dziwne znaczki go w jakiś sposób fascynują, więc je próbuje na swój kiczowaty i kolorowy sposób oddać w dużym formacie na murze, bo taki ma imperatyw.

Taggerzy często łączą się z kolesiami, którzy próbują unieśmiertelnić się jakimś przedstawieniem figuralnym, i to jest dopiero nieszczęście:

Zgred jako konserwatysta uważa bowiem, że w każdej działalności artystycznej niezbędny jest po prostu talent i wkurwia go, że tak samo jak radio pełne jest nijakich piosenek stękających i kląskających panienek i gości, w których ktoś zainwestował (bo sama nieustająca ich obecność w mediach w obecnych czasach już ludziom wystarczy, żeby uznali za swoją własną ulubioną formę muzyczną), tak władze miast, zmęczone kosztownym zmywaniem kolorowych bohomazów,

po prostu pozwalają graficiarzom realizować się na dużych powierzchniach płotów, zachęcając ich w ten sposób i nieświadomie namnażając ich szeregi.

A Zgred uważa, że ostatni graficiarze z talentem wymarli kilkanaście tysięcy lat temu w jaskiniach Altamiry. I tyle.

Tylko żeby ktoś nie uznał, że Zgred ma coś przeciwko tzw. street art, choć termin jest ostro nadużywany. Powyższego dzieła na osikanym murku Zgred by za street art za nic w świecie nie uznał, jest natomiast wielkim wielbicielem Banksy’ego, ponieważ uważa, że ów jego styl „szablonowy” jest jedynym pasującym do przestrzeni miejskiej. No, o ile ma się talent, i jeszcze artyście o coś chodzi

Zgred cieszy się, że Banksy (tu prezentuje Venice in oil schowany za gazetą)

wdarł się przebojem do popkultury, o czym świadczy nie tylko to, że jego szablony stały się popularnym motywem w studiach tatuażu,

ale także i to, że znajdują naśladowców, co oznacza, że wypracował własny styl, jak na przyzwoitego artystę przystało od czasów quattrocento:

Swoją drogą, dlaczego uwieczniony tu osobnik rozstaje się ze swoją rękawicą bokserską? Czy dlatego, że postarzał się i stracił siłę perswazji? Wishful thinking

We Włoszech za miejscowego Banksy’ego uważa się niejakiego Mauro Pallottę, co zdaniem Zgreda z kilku powodów jest nadużyciem.

Chociaż akurat papieża Franciszka, przez niego z upodobaniem portretowanego, Zgred bardzo ceni za z góry skazaną na niepowodzenie, uporczywą walkę. Prawdziwy dżentelmen bowiem zawsze walczy o przegrane sprawy.

Ale nie o tym ten serial. Zgred uważa mianowicie, że bardziej interesujące, choćby ze względów socjologicznych, a i często nader ucieszne jest graficiarstwo tekstowe, czemu dał wyraz swego czasu, publikując poniższy przykład:

Graficiarstwo tekstowe jest stare jak świat; ponoć już w starożytnym Egipcie odkryto hieroglificzne napisy w stylu „faraon to ch..”:

Zdaniem Zgreda graficiarz cierpi na horror vacui, i widząc pustą ścianę ma imperatyw, żeby się na niej uskutecznić.

A z jakim przekazem, to w kolejnych odcinkach serialu. I to szybciej, niż się Państwu wydaje…

lament 2

W ostatnim wpisie Zgred zamieścił kostyczne* wynurzenia Macieja Maleńczuka, który podzielił się w wywiadzie swoim marzeniem o Polsce, w której chciałby żyć:

….oczytanej, pośród inteligentnych ludzi, którzy dobrze mówią po polsku.

Zgred nie ma tak wygórowanych marzeń. Zgred chciałby żyć wśród ludzi, którzy jako tako piszą po polsku. Zgred namiętnie czytuje bowiem internetowe portale, w których brylują przedstawiciele polskiego Nowego Dziennikarstwa (New Journalism), bez kompleksów, bo zapewne po licencjackich (a może nawet magisterskich!) studiach dziennikarskich, jak najbardziej uczestniczący w kulturze, tyle że w wydaniu współczesnym, czyli są oblatani w filmach i serialach. Z czytaniem u nich natomiast słabo, a jakoś tak jest, że ten, kto nie czyta, ten bardzo się z językiem polskim mocuje. Oto cytat z artykułu z ONETU sprzed kilku tygodni:

Przedziwna sytuacja wydarzyła się podczas koncertu TOPtrendy w 2007 r. Pierwsze miejsce, czyli krążek, który Polacy kupowali wtedy najchętniej, zajął album „Psauterz Wrześniowy”. 

Pal sześć ortografię, ale dobrze by było, żeby owi Nowi Dziennikarze rozumieli polszczyznę, którą się posługują. Zgred czasem nie wydzierży, i jak czyta, że

…politycy pokłócili się o rzędy dusz (też ONET),

rząd dusz

to nawet, jako znany upierdliwiec, poprosi w komentarzu Nowego Dziennikarza czy Nową Dziennikarkę, który/-a pewnie Dziady nawet oglądał/-a w telewizji o sprawdzenie, o co tam właściwie z tymi duszami chodziło… Ale na ogół mu się nie chce, bo zmiany w języku są jak współczesna wędrówka ludów: nie da się ich zatrzymać, a kto wierzy, że się da, ten kiep.

Tak więc chyba trzeba się przyzwyczaić, że wskutek takiej, a nie innej jakości narodowego wykształcenia słowa będą używane niezgodnie z ich znaczeniem tak często, że w końcu to znaczenie zmienią. Tak jak czasownik przyznać, który dla Nowych Dziennikarzy oznacza to samo, co „oświadczyć”, czy „stwierdzić”: Prezydent przyznał, że nie może się spotkać z kanclerz Merkel. Musimy się także pogodzić z tym, że nowe rządy się formułuje, że wskutek intensywnego pożyczania z języka angielskiego w zaskakujących (na razie) sportowych kontekstach pojawiają się w polszczyźnie słowa takie jak konferencja; a o tym, że molestowanie wcale nie oznacza(ło) narzucanych drugiej osobie awansów natury seksualnej pamiętają już tylko tacy zgrzybiali osobnicy, jak Zgred.

Osobnym zjawiskiem jest intensywne ociosywanie gramatyki polskiej, by była łatwiejsza w użyciu.

Dziś rano Zgred usłyszał w radio reklamę, rozpoczynającą się od słów Obecnie wiele matek ma problem, żeby pójść z dzieckiem do przychodni. Że co?

O nieszczęsnej półtorej i zaniku czasu zaprzeszłego i wcale nie subtelnych rozróżnień między powinien a powinien był Zgred już przynudzał; ostatnio fascynuje go coraz szersze użycie przyimka na, nie tylko w zwrotach typu na obiekcie czy na stołówce, bo to od dawna polski standard, ale także w z lubością używanym przez wywiadowanych parlamentarzystów zwrocie na klubie.

No, ale czas wrócić do meritum, czyli do wyzywanego nagminnie od wykształciuchów polskiego inteligenta.

Jest to osobnik coraz rzadziej występujący w przyrodzie. Za czasów słusznie minionych mówiono jeszcze o inteligencji jako warstwie społecznej; odkąd jednak odkryto, że polskie społeczeństwo jest klasowe, mowa jest tylko o klasie – ludowej i średniej, bo jesteśmy na dorobku i wyższej się jeszcze nie dochrapaliśmy**. W klasie średniej na wspomnianą inteligencję miejsca jednak nie ma, bo tu kryterium jest dochód, a z tym u inteligencji różnie bywa:

Co więc czyni z człowieka inteligenta? Jak już ustalono w poprzednim odcinku tego miniserialu, wykształcenie od dawna nie ma tu nic do rzeczy, a inteligentem wcale nie musi być ten, kto za takiego uchodzi.

Co więc czyni z człowieka inteligenta? Czytanie i związane z nim: orientacja we współczesnym świecie, wrażliwość, zdolność do refleksji, racjonalność, dystans do zachowań stadnych i poczucie odpowiedzialności – za siebie, innych i miejsce, w którym żyje. W największym skrócie.

A Maleńczuk? Można się z niego podśmiechiwać, że się każe fotografować na tle książek, ale ma do tego prawo, bo to inteligent pełną gębą. O czym wie każdy, kto zetknął się z jego „Cantigas de Santa Maria”.


* Niemodny już przymiotnik, ale można kogoś nim postraszyć w towarzystwie.

**Zgred proponuje, żeby roboczo do klasy wyższej zaliczyć każdego, kto w Polsce jeździ Bentleyem.