Jakiś czas temu pewna osoba o zdecydowanych poglądach politycznych, której tożsamości Zgred nie zdradzi, bo na niektórych to nazwisko podziałałoby jak płachta na byka i natychmiast zamknęliby tę kartę w przeglądarce, podsumowała partie polityczne Kraju Przywiślańskiego w taki oto sposób:
Oto pojawia się złotousty celebryta, o pobożnym sercu, z szeroką wizją Polski nowoczesnej (w każdym razie – jak obiecuje nazwa jego partii – w 2050 roku) i od razu zyskuje tysiące zwolenników, którzy kupują go w ciemno, choć przecież nie zrobił w życiu nic poza kilkoma telewizyjnymi show.
Oto od lat mamy na scenie politycznej starego kawalera, dziwaka, chorobliwie żądnego władzy, otoczonego skorumpowaną ekipą, który prowadzi Polskę do katastrofy, a którego popiera jedna trzecia społeczeństwa. Katastrofa, jak widać, jest społecznie pożądana, podobnie jak korupcja, zamordyzm, inflacja i nepotyzm (dla niepoznaki zwane – „dobrą zmianą”).
Oto mamy rycerza na białym koniu, pełnego wdzięku, inteligencji i światowego obycia, który przybywa zza gór, by wpuścić ducha w partię, z której on dawno już wyzionął. Rycerz roztacza swój urok, rozdaje obietnice i gwarancje rychłej zmiany, ale pozycja partii w sondażach stabilna, co znaczy, że 20 proc. narodu ciągle wierzy w jej rychłą reanimację i pokonanie pisowskiego smoka, ale w nic więcej.
Oto mamy inną partię prowadzoną przez jednego klauna, jednego cynika i kilku chłopców „od Dmowskiego”, rzucającą ksenofobiczne hasła, namawiającą do świętej wiary w krew, kościół i folię (jako remedium na wszelkie zło) i jakiś (rosnący!) procent społeczeństwa daje wiarę w to, że nacjonalizm i folia nas zbawią.
Mamy też partię lewicową, którą rządzi seksistowski narcyz o mentalności dziewiętnastowiecznego biznesmena, a wokół niego uwijają się prawdziwie progresywni, skuteczni, choć niewidoczni posłowie (zwłaszcza posłanki) ginący w cieniu jego spektakularnych walk o przywództwo. Partia ta cieszy się niewielkim poparciem, choć zapotrzebowanie na lewicę w kraju fundamentalizmu religijnego, autorytaryzmu, niesprawiedliwości i nierówności powinno być bardzo duże.
No i mamy […] Partię rozsądną, nowoczesną, postępową, której parytetowa struktura odzwierciedla rozkład płci w społeczeństwie, pozbawiona jest więc narcystycznych szaleństw, które toczą przywódców innych partii. Skupia się na sprawach najistotniejszych dla naszego zdrowia, dla środowiska, dla przyszłości, dla fundamentów naszego życia, a nie dla abstrakcyjnego narodu. Ma konkretny program, świetnych ludzi i… bardzo niewielkie poparcie.
Ponieważ powyższa lista jest niepełna, Zgred pokusił się o jej uzupełnienie:
Mamy partyjkę różnych ostro kalkulujących gości, mieszczącą się na kanapie (czy dwóch), dowodzoną przez politycznego amatora, żeby nie powiedzieć ignoranta, który swego czasu ze sceny porywał rockandrollową widownię i który w przypływie pomroczności jasnej, spowodowanej – jak niektórzy twierdzą – napojami wyskokowymi, wyobraził sobie, że porwie za sobą tłumy nie tylko rockandrollowe. Szczególnym zrządzeniem losu lokatorzy tej kanapy (czy dwóch) nagle stali się atrakcyjni dla starych politycznych wyjadaczy jako dostarczyciele ważnych głosów, i pławią się teraz we własnej zajebistości. A tymczasem nieszczęsny ich przywódca zatacza się od ściany do ściany.
Mamy partyjkę mieszczącą się obecnie na jednej kanapie (ze sporą ilością wolnego miejsca po kolegach, co wyszli na chwilę i nigdy nie wrócili), z liderem, który chyba ze względu na nietypowy kolor owłosienia uchodzi za przystojniaka; kieszonkowy ów Hamlet, straciwszy wpływy i owych rozglądających się od dawna za konfiturami kolegów, popadł oto w depresję, wciągnął na grzbiet pokutny worek i utrzymuje, że zrozumiał swój błąd. Liczy teraz na to, że lewica zapomni mu, do czego swego czasu przyłożył swoją prawicę.
Mamy partię doskonale obrotową, wyspecjalizowaną w bacznym przyglądaniu się kurkowi na dachu, żeby zorientować się jak najszybciej, skąd wieje wiatr i ustawić żagle tak, żeby móc dalej pomyślnie żeglować po falujących polach rzepaku i znów bezpiecznie dobić do portu w dzień wyborów. Powiadają, że kiedy na seansie spirytystycznym u subtelnego konowała, który robi tam za lidera, wywołali ducha Wincentego W. i poprosili o błogosławieństwo, wójt z Wierzchosławic spojrzał na nich, zwymiotował, i rozpłynął się w krakowskim smogu.
No i mamy partię gości, którzy wygodnie się rozsiedli na swojej kanapie (czy dwóch) i siedząc tak, nastawili się na długi marsz po władzę. Program ich prosty: wcisnąć ciemnemu ludowi, że nasza chata z kraja, zgrzebna koszula bliższa ciału, Europa znów nas chce wydymać, ale my się, kurwa, nie damy i tę całą kasę mogą sobie w dupę wsadzić. A jak już chłopaki osiągną swoje, bo Europa wreszcie zajarzy, że do tej rodziny jednak nie pasujemy, to tutejszy bogobojny ludek za twarz i pod but, bo jest jak pijane dziecko we mgle pocovidowej i sam nie wie, czego chce. Jest silne podejrzenie, że kieszonkowy Machiavelli, który tam dowodzi, nie ma w sumie żadnych politycznych poglądów, ale znajduje przyjemność w dokuczaniu owemu wcześniej wspomnianemu staremu kawalerowi, który zrobił ten błąd, że go niegdyś ostro przeczołgał i upokorzył. Nasz szachista, choć pionek, mu tego nie wybaczył (bo nigdy nie wybacza), a teraz trzyma go w szachu, mając swoje 15 minut słodkiej zemsty.













































































































































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.