lament 1

Najpierw będzie lament Macieja Maleńczuka (wywiad Gnoińskiego w ostatniej Polityce)

Czym według ciebie jest dziś patriotyzm?
Choćby postawą prospołeczną, czyli zaszczepieniem się. Jeśli nie chcesz tego zrobić dla swojego zdrowia, zrób to dla społeczeństwa, dla wspólnoty, w której żyjemy. Ale widzę, że reszta ma w dupie wspólnotę. Zastanawiałem się kiedyś, ilu porządnych ludzi mieszka w Polsce.

Jaki wynik ci wyszedł?
Widać to choćby przy szczepieniach. Ta liczba zatrzymała się mniej więcej w tym miejscu, ilu jest głosujących, na poziomie 50–60 proc. Na tych liczbach kończy się społeczeństwo. Tej reszcie jest wszystko jedno, czy będą mówić po niemiecku czy po rosyjsku. Każdy pilnuje swojego tyłka, oczekuje, że inni zrobią coś za niego. Orwell pisał: żeby być złodziejem, też trzeba mieć troszeczkę charakteru. Cała masa Polaków nawet nie ma charakteru, żeby coś ukraść. Nie mówiąc już o tym, żeby coś wypracować.

W jakiej Polsce chciałbyś żyć?
W oczytanej, pośród inteligentnych ludzi, którzy dobrze mówią po polsku. To chyba marzenie ściętej głowy.

Wojciech Olszanka EAST NEWS. Sorry, panie Wojcieehu

Jak widać z powyższego konterfektu*, MM stara się zmienić tzw. imydż. Najpierw oswoił szeroką publiczność kreując się na drobnego pijaczka i do dziś zarabia na tym w reklamach, teraz znienacka daje się zdejmować na tle książek, co zawsze w modzie. I wciąż zachował, jakże cenną, umiejętność wkurwiania wielu ludzi naraz niewielkim wysiłkiem. Bo niby swój, pije jak smok, ale jakiś taki, panie, za mądry. Wysferzył się, a przecież nawet licencjatu nie ma!

Jak zwykle w takich przypadkach, użyto tu słowa-pałki: wykształciuch.

(teraz Zgred będzie się wymądrzał, wykształciuch jeden):

Swoją drogą ciekawa kariera tego wywiedzionego z ruskiej образованщины, zgrabnie spolszczonego epitetu.

http://www.lib.ru/PROZA/SOLZHENICYN/obrazovan.txt

W zamyśle twórcy, Sołżeniecyna, образованщинa to zjawisko posiadania formalnego wykształcenia, ale niemożność sprostania ideałom inteligenckiego etosu.

Wykształciuch objawił się Polsce jakieś 15 lat temu, zaprezentowany szerokiej publiczności przez niejakiego Dorna Ludwika, który być może patrząc w lustro zobaczył wykolejonego inteligenta,

który stracił kontakt z własnym narodem, i postanowił tego kogoś jakoś nazwać.

Ale to dawne czasy. Dziś wykształciuch to po prostu każdy, kto komuś wydaje się przemądrzały i arogancki, a/bo ma jakieś tam wykształcenie.

Co do licencjatu: ci, co robią w edukacji, wiedzą, ile on jest wart – niektórzy wręcz mówią, że tyle, ile przedwojenna „mała matura”.

A do radia bez doktoratu w ogóle nie zapraszają.

Zresztą wykształcenie, przynajmniej w Polsce, kraju dziesiątek uniwersytetów (np. Gimnastycznych – dawniej AWF), jest mocno, mocno przeszacowane. Ale za to jak nam przez ostatnie 30 lat wzrósł współczynnik skolaryzacji!

A już profesorów, to mamy jak psów, osobliwie we władzach. Może dlatego tak się wszystko sypie? Tę niepokojącą zależność zauważył już stary Otto von B…

Acht und achtzig Professoren und Vaterland, du bist verloren**

Krzywa Gaussa jest nieubłagana ale pojemna,

a kontrast między jej lewą a prawą końcówką (fiolet) jest niewiarygodny. Dlatego też w zbiorze „profesorowie”, czego byśmy u nich nie badali, powtarzam: czego byśmy u nich nie badali, mieszczą się zarówno niektórzy rozpolitykowani profesorowie z KULu (pozdrawiamy z rozbawieniem), z Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Ostrołęce (jakże ona memogenna!) czy krakowskiego AGH,  jak i poważni profesorowie SWPS i WPiA UW na literę M (kłaniamy się nisko).

Zgred się tak rozpisał, że opadł z sił i już mu się nie chce. Dokończy zatem to gaworzenie za dwa tygodnie. Będzie więcej o Maleńczuku, inteligencji i wykształciuchach. Kto zainteresowany, niech zajrzy.


* słowo trudne, ale warte przyswojenia. zawsze można wrzucić od niechcenia, komuś zaimponować i uzyskać, że będzie o Was za plecami mówił „wykształciuch”.

** Google trans powinien dać radę, jakby co.

List do Pana B.

Wielce Szanowny Panie Boże,

grzesznym jestem człowiekiem i na pewno zasłużyłem na mój los. Prawda jest taka, że z „siódemki J. Chrystusa” wziąłem na klatę większość grzechów,

ba, nawet w Twojej „dziesiątce” znalazłoby się to i owo, co – jakby trochę naciągnąć – też mnie obciąża. Na przykład w kwestii „Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani roli, ani sługi, ani służebnicy, ani wołu, ani osła, ani żadnych rzeczy, które jego są” kategorycznie odżegnuję się od sługi, wołu i osła, ale czy to zasadniczo zmienia postać rzeczy?

Tak więc grzesznym jestem człowiekiem i na pewno zasługuję na życie w tym właśnie kraju, chociaż wolałbym w innym, ale jeżeli już muszę tu, to żeby zaludniali go obywatele, a nie Polacy. Ale: przecież nie raz dawałeś sygnały, że jesteśmy krajem przez Ciebie wybranym; najnowszym taki  sygnałem było sprawienie, że w rzucaniu taką kulą na drucie

jesteśmy bezapelacyjnie najlepsi w świecie!

No więc skoro nas wybrałeś, nie mógłbyś załatwić nam innego Pana Prezydenta? Na takiego bardziej tradycyjnego? Jak już mieliśmy? Nie musi zaraz mieć takiego kręgosłupa jak prezydent Wojciechowski,

co na moście Poniatowskiego w dniu zamachu majowego powiedział Piłsudskiemu „Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej” a jak Marszałek i Orlicz-Dreszer wtedy na niego spojrzeli!

Albo być takim paniskiem jak prezydent Raczyński.

Nie musi być za mądry, wystarczy, żeby był jak prezydent Mościcki, to znaczy żeby nawet w sytuacji sportowej miał jakąś prezencję.

Ja wiem, że ten nasz jest w sumie OK, taki bardziej reprezentatywny dla narodu, nie raz i nie dwa widywałem w Polsce (A, B, a nawet C) do niego podobnych,

ale niechby miał w sobie ociupinkę tego majestatu, co by szkodziło?

Twój oddany grzesznik, ale wciąż patriota,

Zgred

myśli różne

  1. wynurzenia pewnego znanego kucharza:

– Młodzi ludzie nie mają doświadczenia PRL-u, tak jak moje pokolenie. My pamiętamy, czym jest wszechobecne kłamstwo w życiu publicznym, czym jest fasadowość instytucji, z nazw mających służyć obywatelom, a w rzeczywistości ich gnębiących. Dlatego też gdy rządzący po kolei wymontowywali różne rzeczy z systemu trójpodziału władzy, protestowali głównie ludzie starsi. 

– Jeżeli widzi się, jak rząd tańczy na urodzinach Radia Maryja, czyli instytucji, która według wielu ludzi wierzących nie ma nic wspólnego z ideałami chrześcijaństwa, widzi się tam pląsającego z różańcem w dłoni dawnego gorliwego komunistycznego prokuratora, który teraz jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego, to jest to Monty Python. Tak, z naszego życia publicznego i politycznego uczyniono „Latający Cyrk Monty Python’a”, ale w tym wypadku zupełnie wyjątkowo mnie to nie śmieszy.

– Niestety większość polskiej klasy politycznej to tandetne wydmuszki. Czas, by znaleźć nowych liderów, gdyż tak dłużej nie da się żyć.

– Demokracja to jest dyskusja społeczna, to szukanie konsensusu, a nie narzucanie swojej woli w sposób budzący wątpliwości prawne. Te wszystkie sztuczki, aby opanować różnego rodzaju instytucje publiczne, aby zdemontować, trójpodział władzy są po prostu niekonstytucyjne i niedemokratyczne. Myślę, że to wszystko młodzi ludzie właśnie teraz zrozumieli.

2. biadolenie pewnego znanego dziennikarza:

– Nasza skuteczność […] jest mała. Wyborcy PiS nas nie czytają, nie słuchają i nie oglądają, bo mają nas za wrogów. Kultura postprawdy sprawia, że wielu widzów, słuchaczy, czytelników myśli: „Jedni mówią tak, inni tak, jak jest, nie wiadomo”. Duża część troszczy się tylko, by egzystencjalnie dać radę. A tych, którzy się interesują, trudno jest przekonać, bo już są przekonani. Media służą więc dziś raczej potwierdzaniu poglądów niż ich kształtowaniu. 

3. spostrzeżenie pewnego nieznanego internetowego Wernyhory (Danvoxa):

– Za sto lat w zapisach historii Europy nasze wnuki odnajdą na ten temat tylko jeden akapit, na przykład taki:


…na przełomie 20. oraz 21. stulecia Polska, za sprawą dojrzałych ruchów społecznych, podjęła imponującą próbę politycznego i ekonomicznego stowarzyszenia się z rozwiniętymi krajami Europy Zachodniej. Po fali przejściowego wzrostu uznania i zaufania dla Polski oraz pewnych realnych sukcesów zjednoczeniowych, proces akcesji został przerwany i odwrócony, w rezultacie działań polskich patriotów zorientowanych na odwieczne związki kraju na Wisłą z jego wschodnimi przyjaciółmi.

4. wyznanie pewnego znanego, wiekowego aktora:

– Odfruwają chłopcy. A ja wciąż tutaj – na płocie. Mogę więc śmiało powiedzieć, że zjawisko śmierci porusza mnie i towarzyszy od samego początku. Nawet jeśli brzmi to pompatycznie, taka jest prawda, a prawda często brzmi pompatycznie. Pamiętam trupy z okresu wojny, bo urodziłem się w 1939 r. Miałem pięć lat, gdy widziałem wielu zabitych Niemców. Gdy nie było ich gdzie chować, umieszczano żołnierzyków w wielkiej szopie, gdzie leżeli zamarznięci na sopel. Były wtedy potężne mrozy… Nie wiem, czy to można napisać, ale na jednym z takich Niemców… zjechaliśmy kiedyś jak na sankach. To są fakty! Trzeba było tylko uważać, by nie jechał nogami do dołu, bo hamowały jazdę.

żeby nie było

że Zgred zapomniał o swoim blogu. Po prostu mu się nie chciało i tyle. No cóż, służba nie drużba, więc do roboty:

  1. Cytat roku:

Gdy się obudziłem, olśniło mnie, że pośród wszelkich mądrości narodów, pomiędzy nieprzebranymi skarbami przysłów, brylantami wszechwiedzy, diamentami ostatecznego zrozumienia, nic nie da się porównać ze skromnym polskim zdaniem, które brzmi: Życie jest jak gówno na kole – raz jest na górze, raz jest na dole. Nie znam niczego w dorobku poznawczym kultur i cywilizacji, w uniwersalnym wysiłku filozofii od Sumeru poprzez Grecję, Konfucjusza, Talmud i chrześcijaństwo aż do szkoły wiedeńskiej, egzystencjalizmu i logiki formalnej, co dałoby się porównać z głębią tego stwierdzenia

2. Piłka kopana, półfinał:

No cóż, mimo, że Europa kibicowała obiektywnie

Sterling zanurkował, sędzia odetchnął z ulgą i pokazał wapno*. I po krzyku.

3. Susza:

My, jak zwykle, mamy nasz własny, Polski sposób na wszystko:

4. Kicz roku:

Pomińmy już fakt, że Marszałek nigdy nie zakładał zielonego munduru.

5. Cytat tygodnia:

…na Węgrzech zmieniono programy szkolne, napisanie nowych podręczników np. historii zlecono ludziom związanym z władzą i zaczęto uczyć młodych Węgrów „prawdziwej” historii ich kraju i świata. A potem poszło samo. Jak w komunizmie szkoła stała się częścią aparatu władzy, dyrektorzy szkół stali się zależni od partii rządzącej, a nauczyciele zaczęli się bardzo pilnować podczas lekcji, by nie powiedzieć czegoś, co władza mogłaby uznać za antypaństwowe. Jednym słowem szkoły cofnęły się do czasów komunizmu. Tego procesu nie odnotowała Unia Europejska, OBWE ani Rada Europy, organizacje wyczulone na łamanie praworządności czy wolności mediów (Prof. Daniel Kelemen).

A u nas w Polszcze mówi się, że zamiast angielskiego w szkołach wprowadzi się lekcje rosyjskiego, w końcu Rosja to nasz coraz bliższy sąsiad, i to słowiański, trzeba go bliżej poznać.

6. Kącik ekologiczny:

Jedna z najpiękniejszych alej w Wielkopolsce właśnie poszła pod topór. No, ale tamtejsze drzewa znane były ze swojej agresywności i wielu przypadków atakowania kierowców.

Można? Można (uwaga – product placement):

Pudełko chusteczek ze słabo widocznym, przezroczystym plastikowym wkładem, który trzeba było wyrywać przed recyklingiem. I nie było to łatwe, bo się bestia bronił.
Pudełko w nowej wersji, z wkładem papierowym

7. Cytat dnia:

…ten nasz szanowny plan „Dobry ład”, „Przyszły ład”, „Zły ład” – otóż jest to plan, który w ogóle nie odnosi się do przyszłości kraju. Nie ma tam żadnych istotnych uwag, którymi byłyby np. te, że inwestujemy w szkoły powszechne, że inwestujemy w uniwersytety, w uderzeniowe nauczanie lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych, że kupujemy trzy razy więcej karetek pogotowia niż czołgów. Że rezygnujemy z kupowania samolotów bojowych za ileś miliardów, ponieważ one i tak nam się w żadnej wojnie nie przydadzą, a helikoptery sanitarne, które będą latać, a może i nawet drony sanitarne, które mogłyby pomóc w ratowaniu ludzi, są znacznie ważniejsze niż samoloty. To są problemy, o których powinniśmy dyskutować (Prof. Łukasz Turski).

8. No, Król Internetu oczywiście też musi być:

______________________________________________________________________________________________________

* z piłkarskiego na nasze: zarządził rzut karny

RL9 & Co., Euro 2020/21, CR7 i CC

Zgred przyzna się bez bicia – mimo całej swojej ojkofobii, jest na tyle patriotą, że ogląda mecze piłkarskiej kadry. A może jest ojkofobem, bo jest patriotą? Tak czy owak, jego miłość do Kraju Przywiślańskiego jest bardzo trudną miłością.

Ale wróćmy do kadry i Euro 2020. Oczekiwania były duże, czemu wielu dało wyraz, między innymi duet Make Life Harder, dawniej Make Poland Great Again:

LIST OTWARTY DO REPREZENTACJI POLSKI

Panowie, Koledzy, Bracia,

gdy za kilka godzin wybiegniecie niczym Russell Crowe w „Gladiatorze” na skąpaną w słońcu murawę stadionu w Petersburgu, my setki kilometrów dalej w swoich wynajmowanych za zbyt wysoką cenę mieszkaniach zasiądziemy przed telewizorami, w jednej ręce trzymać będziemy laysy zielona cebulka, w drugiej ściskać różaniec. I na chwilę […]  zamilkną kłótnie, ojcowie owinięci w biało-czerwone flagi wreszcie otworzą pielęgnowane od rana w lodówce piwko, matki zaczną się modlić do świętej panienki.[…]

Panowie, nie będziemy ukrywać: ilekroć wychodzicie na murawę, jesteśmy, kurwa, przerażeni. Ale wiemy, że Wy jeszcze bardziej. I że kiedy wybiegacie na murawę i sprawiacie wrażenie, jakbyście prowadzili walkę z oporem powietrza oraz trudną sztuką przyjmowania piłki, to tak naprawdę toczycie heroiczny bój z niewidzialnymi demonami – to są demony nadziei i oczekiwań 40 milionów Polaków.

Jak było po bólu, czyli meczu (otwarcia i o wszystko zarazem),

duet wystosował drugi list:

LIST OTWARTY DO REPREZENTACJI POLSKI

Panowie,

co to, kurwa, było?

Z poważaniem,

Make Life Harder

Z kolei pisarz Kuczok Wojciech, jako osoba starsza i w konsekwencji bardziej wyważona, skomentował klęskę Drużyny Narodowej tak oto:

Pierwszych kilkanaście minut oglądałem w nieznośnym napięciu, bo nasi nie grali tragicznie, to nie był rzęch od pierwszego wejrzenia, jak niegdyś z Ekwadorem czy Senegalem, nawet się wydawało, że jesteśmy optycznie lepsi, choć bardzo niekonkretni. Aż wreszcie stało się, obrońcy się ośmieszyli, bramkarz wykonał nieszczęsny ruch i wpłynęliśmy na spokojny ocean niemocy.

Im gorzej graliśmy, tym mniej się denerwowałem – zamiast natłoku pytań przyszła stanowcza odpowiedź: co za ulga, znowu jesteśmy w dupie. Czyli w dobrze znanej, oswojonej przestrzeni, naszym naturalnym środowisku, znamy tu każdy kąt, terra incognita została zastąpiona przez terytorium klęski. Wreszcie graliśmy to, co umiemy, czyli rolę wiecznych przegrywów, nie oddaliśmy celnego strzału przez całą pierwszą połowę, a celny po przerwie niechcący – bo Linetty przy golu szczęśliwie skiksował. (GW)

W ogóle na tym Euro się dzieje. Oto piłkarz Ronaldo Cristiano, jako cyborg w zasadzie nie potrzebujący nazwiska, przeto używający nazwy fabrycznej CR7, w bezczelności swojej przedłożył nad Coca-Colę co? WODĘ.

A ponieważ gość ma zasięgi, o których marzyłby papież, Potus i Przewodniczący Komunistycznej Partii Chin razem wzięci, chryja z tego wybuchła niesłychana:

Huncwot nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, a że głupota winna być ukarana, Zgred ma nadzieję, że WSZYSTKIE firmy odetną mu kasę z kontraktów reklamowych i zmuszą, żeby odtąd  przemieszczał się JEDNYM samochodem. No, może dwoma. No, może trzema.


 

ten nowy Stasiuk

Jakieś 200 lat temu niejaki Samuel Coleridge, słabo u nas znany angielski poeta romantyczny, ukuł termin willing suspension of disbelief, czyli „chętne zawieszenie niewiary” – stan umysłu niezbędny do wejścia w świat poezji (czy literatury w ogóle) i poddanie się jej czarowi; Zgred kiedyś już zresztą coś o tym pisał.

W czasach, kiedy dominującym gatunkiem sztuki popularnej stają się produkty korporacji Netflix, terminu częściej używa się w odniesieniu do świata filmowego. Krótko mówiąc – jeżeli nie chcemy, nie potrafimy dać się oszukać twórcom filmu, bo za bardzo widać w nim fastrygę, coś nie trzyma się kupy, albo przegięli z prawdopodobieństwem wydarzeń, a my jesteśmy krytyczni, to nie będziemy mieli z filmu czy serialu uciechy.

Zgred lubi być dobrze oszukany, ale krytyczny jest jak jasna cholera, więc mało co mu się podoba i często idzie pod prąd popularnych opinii o dziele. Dlatego też rozczarowało go np. „Imię róży” Umberto Eco, bo wzorowana na Sherlocku Holmesie główna postać, William z Baskerville, nie miała prawa zaistnieć w Średniowieczu; czytając książkę, Zgred czuł się więc za bardzo robiony w bambuko.

Zgred przeprasza za ten przydługi wstęp, ale jest on niezbędny, aby p.t. Czytelnik pojął*, dlaczego Zgredowi nie spodobała się najnowsza powieść Andrzeja Stasiuka, której recenzję u Zgreda poniekąd zamówiono.

Zgred jest wielkim admiratorem Pisarza i posiada pewnie wszystkie jego książki, ale ponieważ sporo z nich stanowi w gruncie rzeczy jedną, długo już pisaną książkę w nieco zmienianych realiach, od pewnego czasu delektuje się już tylko jego wywiadami, bo w nich skubaniec nad podziw trafnie diagnozuje otaczającą nas rzeczywistość. Kiedy jednak z towarzyszeniem fanfar wprowadzono na rynek jego nową powieść

i okrzyknięto ją prawie arcydziełem, Zgred nie mógł pozostać wobec niej obojętnym.

I otóż powieść nie rzuciła Zgreda na kolana, z tej samej przyczyny, dla której zdegustowało go „Imię róży”. Bohaterowie „Przewozu” mają bowiem świadomość postaci z XXI wieku, a Pisarz nie oparł się pokusie załatwienia tą powieścią porachunków z duchami przeszłości podnoszącymi łby we współczesnej Polszcze. Zgreda zaś wkurza, kiedy chce zawiesić niewiarę, a robi się go w bambuko.

W powieści widać też ową nieszczęsną fastrygę, którą tak bardzo przeszkodziła Zgredowi zachwycić się „Mistrzem i Małgorzatą”, gdzie wątek „jerozolimski”, czyli piękna opowieść o Joszuem, ewidentnie napisana w innym czasie i w innym celu wstawiona została tam przez Bułhakowa na siłę,  czyli, ujmując to skrótowym językiem ograniczonej ekranem telefonu młodzieży, jest z dupy.

U Stasiuka też mamy taki obcy wtręt – tzn. wątek odchodzącego ojca, sztucznie wpleciony w jedyną w swoim rodzaju opowieść partyzancką; co prawda w czasach literackiego postmodernizmu nie takie rzeczy my ze szwagrem robili, ale zasadniczo zakłóca to klarowność tej opowieści.

Trochę szkoda, bo są tam rzeczy literacko smakowite: Stasiuk to absolutny mistrz pobudzania u czytelnika reakcji receptorów zmysłowych. Czytając, wyraźnie widzi się poszczególne sceny i czuje się towarzyszący im smród, co mało który pisarz potrafi wywołać. Czystej wody turpizm**, ale w jakim wydaniu!

———————————————————————————————————-

* dobrze, dobrze: …Czytelniczka pojęła…

** fajne słowo, warto przyswoić i błysnąć w towarzystwie. Niezła jest też „skatologia”.

zwycięstwo lewactwa

Szanowni Państwo,

w dniu dzisiejszym wszelkie lewactwo w Polszcze będzie otwierać szampana – weszły bowiem w życie nowe przepisy drogowe w odniesieniu do pieszych:

Art. 13. 1a. Pieszy znajdujący się na przejściu dla pieszych ma pierwszeństwo przed pojazdem.

Art. 26. 1. Kierujący pojazdem, zbliżając się do przejścia dla pieszych, jest obowiązany […] ustąpić pierwszeństwa pieszemu znajdującemu się na tym przejściu albo wchodzącemu na to przejście.

Szanowni Państwo,

tak, to niesłychane! Dzięki uporowi lewackich lobbystów i słabości Naszego Państwa dołączyliśmy do grona krajów, w których przejeżdżanie pieszych na pasach, a nawet tylko gonienie ich, by obserwować, jak uciekają w uciesznych podskokach, będzie ścigane prawnie.

Nie lękajcie się jednak, bracia kierowcy! Eksperci od rana dodają nam otuchy i tłumaczą w radio, że podejście do pasów i „wyrażenie chęci” przejścia przez namolnych, roszczeniowych pieszych nie wystarczy. Wcale nie musimy wtedy zwalniać! Zdejmujemy nogę z gazu dopiero, jak na pasy wtargną; no, wtedy to już musimy im pozwolić ujść z życiem.

Poza tym, któremu psu będzie się chciało stać przy pasach i wypisywać mandat na widoku, kiedy łatwiej zaczaić się z suszarką przed tablicą

i jakoś z kierowcą dyskretnie się dogadać?

kicz wiecznie żywy

Zupełnym przypadkiem Zgred nabył onegdaj drogą kupna* paczkę chusteczek higienicznych, i zainteresował się znajdującym się na nim wyobrażeniem:

Jako że słynie ze zdolności detektywistycznych, rychło odkrył, że jest to wizualny cytat z nowego filmu Koncernu Disneya, który to cytat obliczony jest na nakłonienie nieletnich do zastosowania środków nacisku psychologicznego na rodziców celem wejścia w posiadanie produktu, tzn. chusteczek, czy np. mydła w płynie, i tym samym podreperowanie finansowej kondycji Koncernu.

Zgred zauważył też, że cytat utrzymany jest w stylistyce uwypuklania pewnych cech anatomicznych przedstawianych tam postaci w kwestii rozmiaru głowy i organów wzroku  – Koncern najwyraźniej poczuł na karku oddech konkurencji z Kraju Kwitnącej Wiśni:

Tym samym Koncern wpisał się w pewną amerykańską tradycję, którą dotychczas ignorował, tzn. osiągnięcia tzw. Big Eyes Movement, który nabrał rozmachu we wczesnych latach 60-tych wraz z niejaką Margaret Keane:

Keane szybko znalazła w USA naśladowców, np. Harolda Stephensona Abruzziego,

czy Lee Eden,

ponieważ owe anatomiczne przerosty, jak się okazało, rozczulały publiczność i idealnie trafiały w jej gust. Tu zwróćmy uwagę na kotka w prawym (patrząc od nas) skrzydle tryptyku. Rychło spostrzeżono, że zwierzątka o smutnych oczach również mają cechy rozczulające (wszyscy widzieliśmy te słodkie kocięta) i pojawili się artyści w nich tylko się specjalizujący, np. niejaki (niejaka?) Gig:

Nic jednak nie mogło przebić połączenia wielkogłowego i wielkookiego człowieczka z wielkogłowym i wielkookim zwierzątkiem, najczęściej kotkiem lub pieskiem. Odkryła to w końcu nawet sama Margaret Keane:

Ruch Wielkich Oczu zainspirował także twórców europejskich, takich jak Brytyjka Audrey Dallas Simpson:

Prawdziwą furorę jednak zrobił we Francji niejaki Michel Thomas, którego wielkogłowcy stali się hitem pamiątkarskim, największym zaraz po miniaturowej wieży Gustawa Eiffela, i rozlali się po świecie, trafiając nawet pod polskie strzechy i nie tylko – ostatnio Zgred widział jednego w Murowanej Goślinie:

Po prawdzie Michel Thomas nawet nie był Francuzem, tylko Chorwatem i nie nazywał się Michel Thomas, tylko Stanislas Pozar, ale coś wyczuł, w coś trafił, i to jego poulbots stali się symbolami francuskiej ulicy.

A czy uniwersalny, jak się okazuje, Ruch Wielkich Oczu nie zawitał do kraju żubrówki, JP2 i RL9? Ależ zawitał, zawitał… W latach siedemdziesiątych, w postaci pani Danuty dwojga – a jakże – nazwisk Muszyńskiej-Zamorskiej:

Pani Danuta, posługująca się pseudonimem artystycznym Dania, wyspecjalizowała się w rozczulających dziewczynkach, wzbogacając repertuar trzymanych przez nie rekwizytów nie tylko o kwiatki, ale także o pomarańcze i ptaszki:

Szczytowym punktem jej artystycznej kariery było przekazanie przez władze PRL w osobie ówczesnego Naczelnika Państwa Dziewczynki z Gołąbkiem

(w odmianie gobelinowej) Naszemu Papieżowi podczas jego pierwszej wizyty w kraju, oczywiście jako dar Narodu Polskiego:

W ten sposób estetyka Wielkich Oczu i Wielkiej Głowy stała się oficjalną estetyką PRL, co tak bardzo nie dziwi.

I tu jakiś malkontent powie zaraz, zaraz, a czy nasz Wyspiański, czy on aby…

No jednak nie. Bo gdzieś przebiega bardzo wyraźna granica między sztuką a jej parodią. Kicz jest kiczem i nic tego nie zmieni.

———————————————————————————————-

* a nie zaboru mienia, czy też wymiany

znowu Stasiuk

Stali czytelnicy tego raptularza – o ile tacy w ogóle są – wiedzą, że Andrzej Stasiuk jest ulubionym pisarzem Zgreda. Co łatwo udowodnić, sięgając do poniższych wpisów:

https://zapiskizgreda.home.blog/tag/andrzej_stasiuk/

Ponieważ Pisarz wydał ostatnio na świat powieść, jest chętnie tu i ówdzie wywiadowany, chociaż może niekoniecznie w Do Rzeczach ani w Sieciach, ale na to nikt nic nie poradzi. Zgred owej powieści jeszcze nie czytał; póki co książka, dzięki M-lle, dostarczycielce wszystkich powieści Stasiuka, leży sobie na stole, pachnie farbą drukarską i czeka.

Zgred na jej temat nie będzie się wymądrzał, bo nie ćwiczył słynnej książki Pierre’a Bayarda Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało i bałby się, że się wyda, że nie czytał.

Ale przeczyta, przeczyta, jak wszystkie książki Stasiuka, chociaż przez ostatnie kilkanaście lat była to ta sama, ciut już męcząca opowieść o turpiście z Wołowca, eksplorującym Wschód i napawającym się panującym tam „rozkosznym pierdolnikiem”.

Zgred nie podziela tej fascynacji, ale i tak uważa AS za nieprawdopodobnie bystrego obserwatora otaczającej nas rzeczywistości i do każdego wywiadu z Pisarzem przysysa się jak głodne niemowlę do cycka, ewentualnie butelki z mlekiem, zależnie od szkoły i życiowych okoliczności.

Osobliwie zaś z satysfakcją śledzi jego wypowiedzi o naszym nieszczęsnym kraju, bo Stasiuk – mimo swojego kosmopolityzmu, choć ograniczonego do Europy Wschodniej, niekiedy miejscami mylnie zwanej Środkową – jest chory na Polskę. Tyle, że dolegliwość ta nie powoduje bielma, zaćmy, zeza, czy astygmatyzmu, więc widzi swoją chorobę ostro, wyraźnie na historycznym tle i potrafi ją opisać w syntetyczny sposób. Bo Stasiuk wielkim komentatorem jest.

A jaka ta Polska jest, jak nie z XIX wieku? Wszystkie projekty modernizacyjne są po kilkunastu latach kwestionowane. Tu myśli się kategoriami XIX-wiecznymi: walki, niepodległości, wrogości, przetrwania, polskości, której trzeba bronić do ostatniej kropli krwi. Jakieś partyzantki, powstania. Czy tego chcemy, czy nie, Polska jest z XIX wieku. […] Jesteśmy anachroniczni. Nie potrafimy pojąć własnej antropologii, przyjąć do wiadomości, że rzeczywistość wokół się zmienia. Gorzej – nie chcemy brać udziału w tej zmianie. […] I toczymy polską wojnę o to, żeby było jak kiedyś. Śnimy sen o potędze, że siłą i perswazją zdołamy narzucić nasz model innym. […] – Może perspektywą Polski jest perspektywa zaścianka, bo gdy żyje się między Wschodem a Zachodem, to jest się skazanym na wieczne rozdarcie. Unurzanie w kompleksach, wieczną niesprawczość – tak nas geografia i historia ułożyły. A my się szarpiemy nieustannie.

[wywiad Aleksandry Pawlickiej, Newsweek 13/21]

– Zjawy nie znikają. Wcielają się. Proszę pomyśleć o tych wszystkich chłopcach w koszulkach z wilkami, z husarią. Na jesiennych manifestacjach stali pod farą w rozkraczonych pozach, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Tak naprawdę nie mieli czego bronić. Rozradowany, zbuntowany tłum młodych ludzi miał w dupie farę. Ale oni tam stali jak jakieś cienie, wcielenia Kordeckiego z tą częstochowską obroną przed fantazmatycznym wrogiem. Pewnie w swojej imaginacji chcieliby umrzeć, a tu tylko gdzieś w kraju ktoś w kościół rzucił jajkiem, nie granatem. A oni by chcieli, żeby świat dał im szanse heroizmu, tak jak dawał chłopakom w ich wieku podczas tych wszystkich przegranych wojen i powstań. Bo to by miało jakieś znamiona sensu, a nie smętnej egzystencji w niezrozumiałej rzeczywistości. […]

– Żeby świat docenił. A świat nie jest zwyczajnie zainteresowany. Bo ile można słuchać o Skłodowskiej i Janie Pawle – tym bardziej, że temu drugiemu jakby się termin ważności kończył? Nie, no oczywiście mamy jeszcze Auschwitz w skali światowej, ale jednak Niemcy nam to zbudowali. No więc niczego specjalnego nie mamy, to w obronnym ruchu odwracamy się tyłem do świata i zaczynamy sycić sie przeszłością i wsobnością. Ja to rozumiem. Tutaj od setek lat wszystko było z importu. I dobre, i złe. I wolność, i niewola. Byliśmy kolonizowani przez armie, idee i ustroje. Tego można mieć dość i to się czkawką w końcu odbiło. A spryciarze w rodzaju Rydzyka i Kaczyńskiego tylko na to czekali.

[wywiad Doroty Wodeckiej, GW 13/21]

Miscellanea

ZE ŚWIATA UPRAW:

To jest Pani Kamila. Pani Kamila jest rolniczką. Jest rolniczką, bo posiada pieczarkarnię, przynajmniej notarialnie. Ponieważ w okolicy Pani Kamili rolnicy są jacyś słabi, Pani Kamila, mimo wszystkich niebezpieczeństw z tym związanych, przełamała się i postanowiła pojawić w TV. A konkretnie wziąć udział w specjalnym programie w TV, kojarzącym pary rolników. Może jakiś bardziej ogarnięty Pan Rolnik ją zobaczy? Kibicujemy Pani Kamili.

ZE ŚWIATA SPORTU:

Polskie dobro narodowe, piłkarz Lewandowski został odznaczony przez Pana Prezydenta orderem. Kibice zachwyceni, natychmiast dali temu wyraz:

Niestety, wkrótce nowy selekcjoner lekkomyślnie* wystawił Dobro Narodowe w meczu z Andorą i stało mu się kuku. Nie Prezydentowi, Panu Robertowi. Być może któryś z tych fryzjerów czy kelnerów postanowił zabłysnąć i mieć o czym wnukom opowiadać? Krótko mówiąc załatwili nam Lewego. W Bayernie burza ruchowa małych zwierzątek, prowadzą śledztwo, czy temu fryzjerowi czy kelnerowi aby PSG nie kupiło jakiego Ferrari, jednym słowem heca na 9 (RL9?) fajerek…

ZE ŚWIATA FILOZOFII:

Nie dajcie się zwieść pozorom! To światowej sławy filozof, Sławoj (tak, Zgred wie, że to trefne imię) Żiżek. Właściwie nad tymi „z” powinny być takie ptaszki, ale Zgredowi nie chce się ich szukać. No więc SZ rzecze tak:

– W 1979 r. Woody Allen zażartował: „Ludzkość stoi na rozdrożu: na lewo desperacja i brak nadziei, na prawo całkowita zagłada”. Musimy założyć długi kryzys, nie bądźmy naiwni. Wraz z pojawieniem się szczepionek ludzie mówią: „W końcu widzimy światełko w tunelu”. Oczywiście, że je widzimy – nadjeżdża pociąg.

A poza tym, jako że to nie tylko optymista, ale i niepoprawny lewak, dodaje:

[…] bezpardonowa koncentracja bogactwa nie jest już tajemnicą. Jest ostentacyjnie widoczna. W ultrakapitalizmie Gates, Bezos i cała reszta przedstawiani są jako rada mędrców, nowa arystokracja. Z drugiej strony Amazon czy Microsoft nie praktykują klasycznego wyzysku – ja haruję, a ekstra profity zbiera kto inny – tylko prywatyzują to, co Marks nazywał dobrem wspólnym, współdzieloną przestrzeń, gdzie się komunikujemy, i czerpią z tego dalsze korzyści. Kapitalizm zmienia się w stronę bardziej feudalnego i cyfrowego, w którym ostatecznie kilka megaprzedsiębiorstw będzie kontrolować wszystko i będzie w zmowie z aparatami bezpieczeństwa państw. Nie chodzi o to, że cię zgeolokalizują o każdej porze – to nie wzbudza obaw czy dyskomfortu. Chodzi o to, że wiedzą, jaką książkę czytasz, że telewizor rozpoznaje twój wyraz twarzy, by stwierdzić, czy to, co oglądasz, ci się podoba.

ZE ŚWIATA EKOLOGII:

Zgred onegdaj nabył drogą kupna kopertę z takimi bąbelkami w środku. Na kopercie była instrukcja ekologiczna:

Z czystej ciekawości Zgred nie wysłał tego, co miał wysłać, ino wywlókł ze środka ów plastikowy wkład. A oto, co uzyskał:

I od tego czasu zadaje sobie pytanie, czy jest zarzyganą i zasmarkaną sierotą, co nie potrafi nawet prostej czynności wykonać? Bo oddzielenie bąbelków od papierowego podkładu wymagałoby operowania skalpelem przez dobre 25 minut; skąd wziąć skalpel? A może robią nas w bambuko?

*a może, jak mówi Pan Naczelnik Państwa, „inni szatani byli tam czynni”?